Kornel Makuszyński




ROZDZIAŁ SIEDEMNASTY

w którym jedno słowo do drugiego się uśmiecha
i tylko słowo: koniec - smutną ma minę

    W osiem dni potem trzech strojnych jeźdźców pędziło na wspaniałych rumakach; każdy z jeźdźców wiódł prócz tego na lince ciężko obładowanego luzaka. Konie przybrane były bogato, siodła nabijane były drogimi kamieniami, ludzie zaś przybrani byli po pańsku, w aksamity i altembasy. Na kołpakach mieli kolorowe pióra, za pasem kindżały, w głowniach rubinami sadzone. Świeciło na tych młodych postaciach srebro i złoto, najjaśniej jednak świeciła radość na ich twarzach. Jeden z jeźdźców miał powagę na pięknej twarzy, dwaj inni mieli na swoich gęste piegi. Na końcu świata poznalibyśmy po tych licznych znakach Jacka i Placka, jadących z Nieborakiem.
    Wyczekał on sumiennie terminu, po czym, po głębokim namyśle, postanowił ważyć się na wielkie przedsięwzięcie. Codziennie zwiedzał groty, w których niezmierne bogactwa nagromadziły jeszcze dawniejsze pokolenia zbójców, a banda kapitana Brodacza znacznie je powiększyła. Wreszcie wybrał spośród nich takie cenne rzeczy, które od stu laty chyba tam leżały, dziś już nie wiadomo czyje. Powiedzieli mu zbójcy przed laty dziesięciu, że mu tysiąckrotnie zapłacą za lata niewoli i zbójeckiej służby. Brał więc spokojnie, wiedząc, że przynajmniej część tych skarbów wróci do ludzi i jakieś łzy obetrze, a dawne krzywdy, co już nie mogą być naprawione, przynajmniej jakąś nędzę nakarmią. Z serdecznym wzruszeniem odnalazł swoje zawiniątko i uciułane w nim grosze; ukrył je na piersi, bo mu cenniejsze były od tych wszystkich cudzych skarbów.
    Jackowi i Plackowi oczy wylazły na wierzch na widok tych nieprzebranych bogactw. Dziwna jednak rzecz! Patrzyli na nie ze zdumieniem, ale nie zachłannie; widzieli już przeklęte skarby złotych ludzi i rozumieli wiele. Nie mogli jednak ukryć radości, kiedy wraz z Nieborakiem przywdziali świetne stroje, zrzuciwszy wstrętne łachmany.
    - Gdyby nie nasze gęby, można by mniemać, że jesteśmy królewskiego rodu! - rzekł z radością Jacek.
    - O tak, bracie królewiczu z Zapiecka! - zawołał Placek.
    - Czasem i królewicz ma brata idiotę! - mruknął z głębokim przekonaniem Jacek.
    Rozpierała ich radość i chcieliby już gnać na szybkich rumakach, których wiele stało w ukrytych stajniach. Nieborak wybrał sześć najszybszych, a resztę puścił wolno w las, aby nie poginęły z głodu. Wciąż był zamyślony i pilnie nasłuchiwał każdego szelestu, kiedy zaś przeminął tydzień, przeżegnał się i rzekł:
    - W drogę, najmilsi, i niech nas Bóg ochrania! Kierowali się słońcem i gwiazdami. Nie jechali wprost na wschód, obawiając się, że się mogą natknąć niespodzianie albo na czarownika, albo na zamek złotych ludzi, albo na to miejsce, gdzie w lasach zapadli zapewne zbójcy, lecz czynili daleki krąg, wędrując po nieznanych drogach i po dzikich pustkowiach. Chłopcom zdawało się czasem, że poznają znajome okolice, co jednakże było tylko złudzeniem, gdyż lasy są do siebie podobne, a w owych czasach ciągnęły się one na niezmiernych przestrzeniach. Czasem spotykali ludzkie sadyby, gdzie im się kłaniano w pas; powiadali się wtedy posłami króla do sułtana tureckiego, dla którego wiozą podarunki. Przy spotkaniu z ludźmi ratowali zawsze każdą napotkaną nędzę, głód i biedę.
    Słońce opaliło im twarze, a świeże powietrze karmiło ich zdrowiem, wciąż im się tylko zdawało, że konie biegną zbyt powoli. Chcieliby być jak najprędzej tam, dokąd dążyli, nie mogli jednak jechać zbyt szybko w dzikim kraju, w którym dróg jeszcze nie było, i z trzema ciężko obładowanymi końmi. Odpoczywali też często, nocami patrząc w gwiazdy. Chłopcy opowiadali Nieborakowi swoje przygody, których słuchał z podziwem i zdumieniem.
    - Ciężko was Bóg pokarał, ale wam za to odmienił dusze - mówił - nieszczęście wiele uczy. Czy tylko, o Boże! czy tylko żyją jeszcze nasze matki?
    Wtedy zamierały w nich serca i bez zwłoki dosiadali koni gnając je bez wytchnienia.
    Wielką mieli przed sobą drogę, mijały tygodnie, a oni wciąż jeszcze do znajomych nie dotarli szlaków; nie obawiali się zbójców, Nieborak bowiem znał wszystkie zbójeckie hasła i wiedział, że kruk krukowi oka nie wykole, a zbójca nie uczyni krzywdy swojemu komilitonowi. Bardziej lękali się dzikiego zwierza, którego wonczas pełno było w lasach; mieli wprawdzie ze sobą broń, zawsze jednak któryś z nich musiał nocą odbywać straż. Kiedy podczas miesięcznych nocy kolej stróżowania przypadła na Jacka lub Placka, czuli się dziwnie niepewnie i starali się ukryć twarz przed księżycem. Niemiła to była historia z tą kradzieżą księżyca, woleli przeto nie przypominać mu się zbytnio.
    Szczęście im sprzyjało, gdyż w ciągu długiej podróży nie zdarzyło im się nic groźnego; czasem tylko koń okulał, czasem Jacek i Placek zlatywali z niego okrężną drogą przez koński łeb, co nie jest zwyczajem dobrych jeźdźców.
    Jednego dnia zbliżyli się do wielkiego jeziora; ostrożnie jednak wychynęli z lasu, przestraszyła ich bowiem dziwna na jeziorze wrzawa.
    - Co się dzieje na tej wodzie? - zapytał zdumiony Nieborak.
    - Ha! - krzyknął Jacek. - To pelikany!
    - My znamy to jezioro - zawołał Placek.
    - Tak, tak, to to samo - mówił Jacek - omal w nim nie utonęliśmy, kiedy pelikany spadły z nami do wody. Były wtedy dwa tylko, a patrzcie, co się teraz dzieje!
    Chmura pelikanów, nie zwracając na nich uwagi, odbywała łowy z niewielkim jednak powodzeniem.
    - Może wśród nich są i nasi przyjaciele - rzekł ze wzruszeniem Jacek - dobre to były ptaki, choć dziwnie żarłoczne. Liczną stworzyły rodzinę, a same chyba zdechły z głodu, bo potomstwo ma zdumiewający apetyt.
    - Czy znacie już stąd drogę? - zapytał ze wzruszeniem Nieborak.
    - Przypominamy sobie, że na zachód od tego jeziora mieszkał czarnoksiężnik, a w przeciwnej stronie, ale bardzo daleko jest wielkie miasto, od którego już blisko do twoich bagien. Nie popasajmy tu jednak zbyt długo, bo im dalej będziemy od czarnoksiężnika, tym lepiej dla nas.
    Nagle w lesie ozwał się przeraźliwie smutny bek kozy.
    - W nogi! - wrzasnął Jacek.
    - To ciotka beczy! - krzyknął z przestrachem Placek. Gnali długo, nie obejrzawszy się nawet. Znowu wędrowali przez wiele dni, aż ujrzeli rzekę srebrzyście wijącą się wśród pól i lasów. Konie poczuwszy wodę zaczęły strzyc uszyma, a i jeźdźcom uczyniło się raźniej, bo im się wydało w przeczystym świetle ranka, że gdzieś na widnokręgu zamajaczyły wieże miasta. Im bardziej zbliżali się do rzeki, tym więcej zaczęli czuć dziwną jakąś woń. Konie stały się niespokojne, a jeźdźcy zatykali nosy.
    - Co to może być? - zapytał Nieborak.
    - Okropnie to pachnie - rzekł Jacek.
    - Ja myślę, że gdzieś w pobliżu leży albo zdechły zając, albo większa jakaś zwierzyna.
    - Patrzcie, tam jest most!
    - Stamtąd właśnie wiatr przynosi tę woń...
    Jacek zaczął się kręcić na siodle, schwycił wiatr w nozdrza i rzekł z największym podziwem:
    - Ja znam ten zapach!
    - I mnie się coś majaczy - mówił Placek, na próżno starając się sobie coś przypomnieć.
    Zbliżyli się do mostu, gdzie u przyczółka stał domek człowieka pobierającego myto.
    - Zapach idzie z tego domku - rzekł Nieborak - muszą tam być zdechłe ryby...
    Na odgłos tętentu otwarły się drzwi domku i stanął w nich dziwaczny człowiek, bardzo pokraczny, na krzywych nogach, z garbem na plecach, z kilkoma włosami na brodzie. Od niego właśnie biła ta przejmująca woń.
    Jacek i Placek przyjrzeli mu się pilnie i zdumienie ich nie miało granic.
    Człowieczek zbliżył się do koni, które zaczęły się cofać, parskając z powodu zabójczej woni i rzekł:
    - Witam was, dostojni panowie. Raczcie zapłacić myto za przejazd przez most.
    - Uczynimy to natychmiast, szlachetny hrabio Mortadello! - rzekł Jacek
    Pachnący człowieczek spojrzał na nich zdziwiony.
    - Nie wiem, skąd znacie moje piękne nazwisko - rzekł - bo ja nie mam zaszczytu was znać.
    - Zanim ujrzeliśmy Waszą Dostojność, poznaliśmy cię po tej twojej pomadzie na piękność!
    - Cha! cha! - zaśmiał się hrabia. - Wspaniała to jest i niezrównana pomada. Mniej jednak skuteczna jest na zachowanie piękności, ale inne walne ma zalety, bo na dziesięć mil dookoła zdechły wszystkie muchy i komary, których tu przedtem było w bród.
    - Jak to się stało, szlachetny hrabio - pytał Jacek - że potężny namiestnik został dozorcą mostu?
    - Rząd się zmienił - odrzekł melancholijnie hrabia Mortadella.
    Nieborak przysłuchiwał się tej rozmowie z wesołym zdumieniem.
    - Rad bym jednak - rzekł hrabia, pilnie im się przypatrując - dowiedzieć się, z kim mam szczęście i honor wspominania dawnych czasów?
    - Nie poznajesz nas, przystojny hrabio? Mortadella przyjrzał się im bacznie i mówił jakby do siebie:
    - Gdyby nie te książęce stroje i te rumaki, mógłbym mniemać... Ależ tak! Takich twarzy nie zapomni nikt, kto je raz choćby widział w życiu... Ach! ach! to wy jesteście owi nieporównani szybkobiegacze, którym kazałem dać...
    Przerwał zawstydzony, a Jacek na to:
    - Dokończ teraz, wspaniały hrabio, bo wtedy nie dokończyłeś.
    - Czy pragniecie zemsty? - zapytał hrabia z drżeniem, spojrzawszy na ich miecze.
    - O, nie! - zawołał Placek. - Słusznie nam się wtedy należało.
    Hrabia odetchnął i zapytał:
    - Jakże to się stało, że z dwóch łapserdaków wyrosło... trzech wspaniałych rycerzy?
    - Rząd się zmienił - zaśmiał się Jacek.
    - Wszystko jest możliwe - rzekł smętnie hrabia. Tymczasem Placek, poszeptawszy na stronie z Nieborakiem, wysupłał kilka dukatów i rzekł:
    - Racz przyjąć, nieszczęsny hrabio, tę drobnostkę.
    - Och! och! - stęknął z zachwytu hrabia - za tę cenę możecie do końca życia przejeżdżać przez most tysiąc razy dziennie. Za tak wspaniały dar muszę i ja wam dać pamiątkę.
    Wydobył coś z kieszeni i wyciągając rękę ku Plackowi zawołał:
    - Przyjmij to, hojny panie!
    - Co to jest? - zapytał niepewnie Placek.
    - Pomada mojego wyrobu - rzekł z dumą Mortadella.
    - W konie! - wrzasnął Jacek i pognali jak wicher, zostawiwszy w niepomiernym zdumieniu hrabiego Mortadellę i jego pomadę.
    Zadudnił most, a za chwilę pędzili urodzajnym krajem. Ominęli miasto, na którego widok Jacek i Placek poczuli jakieś niemiłe swędzenie pięt, i zmieniwszy nieco kierunek jechali aż do wieczora wśród bujnych zbóż. Zatrzymali się na widok chłopa, który dojrzawszy ich uśmiechnął się i zapytał:
    - Czy zdrowi jesteście, jaśnie wielmożni panowie?
    - Dziękujemy wam, jesteśmy zdrowi! - odrzekli.
    - To bardzo dobrze, gdyż zmartwiłbym się, gdyby było inaczej.
    - Powiedzcie nam, dobry człowieku - zapytał drżącym głosem Nieborak - czy są tu w pobliżu bagna?
    - A czemuż by nie miały być? Zawsze były, to i są.
    - A daleko?
    - Ej, nie bardzo...
    - Mila będzie?
    - Pewnie będzie mila.
    Wtem Jacek trącił Placka i mrugnąwszy wesoło zapytał:
    - A może dwie?
    - Musi być ze dwie...
    - A może sto?
    - Jak dobrze rozważyć, będzie ze sto. Nieborak słuchał zdumiony, a Jacek pytał dalej:
    - A dużoście już przenieśli królewskiej ziemi? Chłop pokazał w uśmiechu zęby i rzekł:
    - Widzę, że znacie mnie i moją sprawę z królem: mam już coś niecoś pola, ale nie zanadto.
    - A które to wasze? Chłop pokazał ręką dookoła.
    - To wszystko już moje, ale mało tego.
    - Jakżeż mało? Przecież wzrokiem tego nie ogarnie!
    - Iii... ziemi zawsze za mało - rzekł chłop.
    - I ciągle ją nosicie?
    - Jakbyście zgadli.
    - To królowi niedługo nic nie zostanie?
    - I mnie się tak widzi - zaśmiał się chłop.
    - Macie tu dukata, dzielny człowieku - rzekł Placek.
    - Przyda się - uśmiechnął się chłop - dużo to jest pieniędzy!
    - A cóż z nimi zrobicie?
    - Jak to co? Dokupię ziemi.
    - A macie już żonę?
    - Jeszcze nie, bo ziemi mam za mało, ale już miałem gospodynię. Dobra to była kobieta, bo mało jadła, ale taka chuda, że nie zawsze ją było widać.
    - A skąd ona była?
    - Sam dobrze nie wiem - rzekł chłop - gdzieś z daleka wiatr ją przyniósł; zaczepiła się kiecką o drzewo i narobiła wrzasku, tom ją zdjął; pilnowała mi za to gospodarstwa, ale nigdy nie chciała powiedzieć, skąd ją przywiało ani kto ona zacz?
    - A modliła się kiedy? - zapytał drżącym głosem Jacek.
    - Z początku nie chciała, alem ją sprał co nieco, to się potem modlić nauczyła.
    - Dziwne, dziwne!... - szepnął Placek. A Jacek na to:
    - Lepiej, że sobie stąd poszła. A długo była w tych stronach?
    - Nie bardzo, bo jednego dnia przyleciała ogromna wrona, pogadała z nią po swojemu, potem baba siadła na wronę i tyłem ją widział.
    - Całe szczęście - rzekł Jacek - bo to była żona strasznego czarownika i sama pewnie czarownica.
    - To i co z tego? - zaśmiał się chłop. - Jakbym jej był kazał nosić ziemię od rana do nocy, toby jej się odechciało czarów. Szkoda, że nie wiedziałem, iż to taka czarownica, bo byłbym jej kazał wyjadać robaki z pola. Po co ja jej dawałem uczciwego chleba?
    - Macie go dosyć.
    - Mało jeszcze, strasznie mało - żalił się uśmiechnięty chłop.
    Życzył im szczęścia, zdrowia i miłej podróży.
    - Ale - dodał - przez bagna nocą się nie przedzierajcie, bo tam nikt żywy w ciemności nie przejechał. Trzeba czekać dnia.
    - Bóg nas przeprowadzi! - rzekł ze wzruszeniem Nieborak.
    Kiedy minęli wyzłocone pola i przebyli nieurodzajne, karłowatymi krzakami porosłe pustkowia, wyszedł naprzeciwko nich wieczór, siwymi mgłami zasnuty. Po wilgotnej woni powietrza poznali, że dookoła rozlały się dymiące oparami bagna. Jechali ostrożnie ledwie widną drożyną, zygzakiem pełzającą wśród zdradliwej zieleni.
    Chłopcy zawahali się.
    - Bracie - rzekł nieśmiało Jacek - czy nie lepiej doczekać się dnia?
    - Pozostańcie, jeśli chcecie - rzekł Nieborak - ale ja pojadę. Moja matka czeka na mnie.
    - Pojedziemy razem! - rzekł Placek.
    - Przypominam już sobie tę drogę - mówił Nieborak, bystrze patrząc w mrok, ciężko oddychający mgłami.
    - Słychać jakieś głosy... - szepnął z trwogą Jacek.
    - Bagno zawsze gada - odparł Nieborak - tylko góry milczą, które są dostojne.
    Jechali w milczeniu, czasem tylko czyniąc na piersiach znak krzyża, kiedy daleko na bagniskach zapłakało coś rozdzierającym głosem.
    - Bóg jest z nami - mówił wtedy Nieborak.
    Na niebie nie było ani jednej gwiazdy, jak gdyby nie chciały świecić nad zatęchłym oparzeliskiem. Od niejakiej chwili jednakże musiała się jedna z nich litościwie krwawym zapalić blaskiem, bo na nieboskłonie ukazało się migotliwe światełko.
    Dojrzał je pierwszy Jacek i rzekł drżącym głosem:
    - Już nie zginiemy.
    Spojrzał niedawny zbójca i nagle wielki szloch wstrząsnął jego piersią.
    - O, matko moja! - zawołał. - Światłości wśród nocy, gwiazdo promienista!
    Chłopcy poczuli łzy na rzęsach.
    Kierując się światłem, co wciąż rosło, pognali konie. Coraz bliżej, coraz bliżej widzieli przed sobą płomienisty szczyt wzgórza. Nieborak dotknął ręką tego miejsca, gdzie łopotało jego serce. Jechał na przedzie i spojrzeniem, jak ostrym pazurem, rozdzierał mrok, coraz bardziej rzednący i coraz mocniej malowany różowym odblaskiem ognia. Kiedy zaś poczuli twardą ziemię, pognali konie w cwał. Mrok uciekał przelękły przed tą gromadką jeźdźców purpurowych w purpurowym blasku. Pędzili szybko pod górę, aż nagle przystanęli zdyszani, wpatrując się jak oczarowani w ognisko.
    Cisza była wielka. A wtem ozwał się słaby, jakby łzami nabrzmiały głos:
    - Czy to ty nadchodzisz, mój synu?
    - To ja, to ja, matko moja! - zawołał Nieborak. Ogień strzelił w górę pysznym płomieniem, zaśpiewała noc. Chłopcy patrzyli przez łzy, jak biedna kobiecina, słaniając się z nadmiernego szczęścia, ściska i pocałunkami okrywa najdroższą głowę klęczącego u jej stóp syna.
    Nie ma w języku ludzkim takich słów, napęczniałych od niezmiernej miłości, i nie ma słów tak rzewnych, a zarazem tak uśmiechniętych, aby nimi można wypowiedzieć szczęście tej matki bohaterskiej i jej syna: Słońce już wstało, a oni, śmiejąc się i płacząc na przemiany, jeszcze się witali. Chłopcy patrzyli na to z cichą zazdrością, ale i w nich rozpłakały się serca z wielkiego szczęścia, kiedy kobieta ucałowała ich głowy i rzekła synowi:
    - Już sił nie miałam, ale ci dobrzy chłopcy mnie poratowali. Gdyby nie mieli matki, ja bym nią dla nich była.
    - Wracają właśnie do swojej matki - rzekł Nieborak - i wiozą dla niej wiele dobytku.
    - Przecie to wszystko twoje - rzekł Jacek.
    - O nie, bracia moi, wasze jest to, co jest na dwóch koniach! Jedźcie czym prędzej, bo nie macie chwili do stracenia!
    Odjechali, spoglądając przez łzy na to ogniste wzgórze. Słońce przeprowadziło ich przez bagna na bezpieczne ziemie. Jechali smutni, z wielkim na sercach ciężarem, wspominając minione. Nieborak zastał swoją matkę przy życiu, czy oni znajdą jeszcze swoją? Czy nie zabiła jej boleść i ich niewdzięczność? Czy nie zamordował jej głód? Czy nie wypiła z niej życia tęsknota?
    Gnali znużone konie, ale niepokój ich biegł szybciej przed nimi.
    - Musimy dać koniom wytchnienie w tym brzozowym gaju - rzekł wreszcie Jacek.
    Placek spojrzał i krzyknął:
    - O, Boże!
    - Czemu wzywasz Boga?
    - Bracie, czy nie poznajesz tego gaju?
    Jacek spojrzał we mgłę wspomnień i ujrzał w nich brzozowy lasek, wędrujący za pokrzywdzonym starcem.
    - Może nam to Bóg przebaczy - rzekł - udajmy się w tę stronę.
    Ujrzeli starca, co miał więcej niż sto lat, zbierającego zioła; zsiedli z koni, podeszli ku niemu i skłonili się nisko.
    - Staruszku - rzekł ze drżeniem Placek - czy nas pobłogosławisz?
    - Z całego serca - odpowiedział starzec.
    - Nie jesteśmy godni! - szepnął Jacek. - Ale uczyń to, święty człowieku.
    - Nie ma takiej winy, której by nie można zmyć łzami żalu i skruchy - odrzekł słodkim głosem staruszek - błogosławię was, kimkolwiek jesteście.
    Spojrzał mądrymi oczyma na ich wzruszone twarze, po czym się uśmiechnął.
    - Witajcie mi - rzekł - co słychać na dalekim świecie?
    - Wszędzie ludzie pracują i męczą się bardzo - odpowiedział Jacek - a złoto przyprawia ich o utratę zmysłów. A co się zdarzyło u ciebie, najlepszy człowieku? Byliśmy kiedyś w tych stronach i radzi byśmy wiedzieć.
    - Spokojne tu jest życie - mówił stary człowiek - ale raz zdarzyło się coś bardzo dziwnego. Jednego wieczora znikł tutaj z nieba księżyc w pełni. Było to niedawno potem, jak uzdrowiłem ziołami i modlitwą jedną kobietę, która miała władzę odjętą w nogach i którą syn przyniósł z daleka we własnych ramionach.
    - Czy być może? - wykrzyknął Jacek.
    - Ptaki mi opowiadały, że dwaj nicponie ukradli księżyc chytrym sposobem.
    - A co się z nimi stało?
    - Nie wiem dobrze, ale pono schwytali ich zbójcy. Ptaki wszystko wiedzą.
    - A co się stało z księżycem?
    - O, mądry jest szelma - zaśmiał się staruszek - nie darmo ma wiele tysięcy lat! Kiedy go schwytali, przyczaił się i malał swoim zwyczajem, aż tak zbladł i tak się skurczył, że go nie było wcale widać. Wtedy ci głupcy wrzucili go do wody.
    - A gdyby go byli nie wrzucili?
    - Byłby musiał uróść znowu, bo takie jest jego prawo od stworzenia świata.
    Chłopcy zaczęli śmiać się serdecznie.
    - Dobrze im tak! - krzyknął wesoło Jacek. Staruszek zmrużył figlarnie oko i rzekł:
    - To ich nie bardzo żałujecie?
    - Ani trochę! - zaśmiał się Placek.
    - To dobrze - mówił staruszek. - Jeśli chcecie się pożywić i napić wody, to chętnie wam służę.
    - Doskonale - zawołał Jacek - pójdziemy do źródła przy twojej chacie.
    - A skąd ty wiesz, młodzieńcze, że przy mojej chacie jest źródło?
    Jacek oblał się purpurą.
    - Idźcie już, idźcie - zaśmiał się staruszek.
    Wtem Placek, utkwiwszy wzrok w jedno miejsce, zapytał cicho:
    - Kto ci umarł, najzacniejszy panie, bo widzę tam grób wśród białych brzóz?
    Stary człowiek smutno westchnął i rzekł:
    - Dawno temu, przed dziesięcioma może laty przyniósł do mnie mój oswojony niedźwiedź zemdloną z wyczerpania ślepą dziewczynkę, którą znalazł w lesie. Mówiła, biedactwo, że idzie do nieba, do swojej matki...
    - Czy doszła? - zapytał Jacek.
    - Tak, umarła cichutko w moich ramionach, uśmiechnięta i szczęśliwa.
    - Biedna Marysiu... - westchnął Placek. Staruszek spojrzał na nich tkliwie.
    - Pomódlcie się na jej grobie, nad którym zawsze nocą śpiewa słowik - rzekł cicho. - Wspominała mi o dwóch dobrych chłopcach, którzy ją nakarmili w drodze. Słodko mówiła o nich i rzewnie.
    Chłopcy spędzili całą noc u staruszka, wzruszeni i szczęśliwi, kiedy zaś nazajutrz wybierali się w drogę, rzekli nieśmiało:
    - Święty staruszku, jesteśmy bogaci i wiele mamy pieniędzy. Czy raczyłbyś przyjąć od nas kilkadziesiąt dukatów?
    - A co to są dukaty? - zaśmiał się staruszek.
    - Są to złote pieniądze.
    - A co to są pieniądze?
    Jacek nie umiał mu tego wyjaśnić, więc stary człowiek rzekł mu, szczerze się śmiejąc:
    - Czy ja płacę drzewom za cień, a źródłu za wodę? Czy pszczoły wezmą ode mnie złoto za miód, a mój służka niedźwiedź za to, że mi przyniesie drew na ognisko? Jedźcie zdrowo, młodzieńcy, jedźcie zdrowo! Dajcie te dukaty komuś biednemu, lecz nie dawajcie ich mnie, bo jestem bardzo, bardzo bogaty!
    Ucałowali jego ręce i pognali w cwał.
    On patrzył długo za nimi i śmiejąc się mówił sam do siebie:
    - Myśleli, że ich nie poznałem, cha! cha! Poczciwe mają serca, tylko wiatr mieli w głowach. Ej, kosie!
    Wesoły ptak przysiadł na gałązce i śmiesznie zagwizdał.
    - Poleć przed nimi i wskaż im drogę, gdyby zbłądzili. Kos gwizdnął zupełnie jak człowiek i poleciał. Widzieli go czasem chłopcy, jak przysiadł na ich drodze i śmiesznie podrygiwał, przekrzywiwszy głowę; kiedy chcieli jechać w prawo, wesoły ptak rozpoczynał swój przeraźliwy gwizd i leciał w lewo...
    - Zupełnie jakby nas prowadził - rzekł zdziwiony Jacek.
    - Coś mi się zdaje - mówił Placek - że ja tego kosa widziałem w brzozowym gaju.
    - Takiemu można wierzyć!
    Jechali długo, nie mówiąc do siebie ani słowa. Nagle jadący na przedzie Placek wstrzymał konia tak gwałtownie, że aż zarył się kopytami w ziemię.
    - Czemu stanąłeś? - krzyknął Jacek. Placek w milczeniu wyciągnął przed siebie rękę.
    - Zapiecek!
    Kos usłyszawszy to wywinął kozła w powietrzu i poleciał w powrotną drogę.
    Chłopcy patrzyli długo w nabożnym milczeniu. Tyle lat, tyle lat... Tyle historii i zdarzeń... Tyle mąk i utrapień... Byli na świecie i nic tam nie znaleźli. O, nie! coś znaleźli: serca własne. Wyłowili je jak złote ryby w wielkim morzu tęsknoty. Wracają teraz z takim cudownym darem do tej, którą opuścili niegodnie. Chcieliby gorącymi zaświadczyć łzami, że ją teraz miłują ponad wszystko na świecie, lecz czy ich przyjmie? Czy ich nie odpędzi od proga jak włóczęgów?
    - O, Boże - modlił się Placek - spraw, niech nam serce matczyne przebaczy. Ukarz nas wedle sprawiedliwości, lecz niech matka nasza będzie szczęśliwa!
    Jacek łkał cichutko.
    Już w srebrzystej niebieskości wieczoru widać było krzywą wieżę Zapiecka. Oni jechali powoli, z lękiem niezmiernym i razem z niezmierną radością. Dusze mieli pełne drżeń, a serca pełne miłości.
    Kiedy przybyli na wzgórze, skąd jak na dłoni widać było ich miasteczko, koń Jacka targnął się w bok, jakby się czegoś przestraszył.
    - Ktoś tu jest przed nami - szepnął Placek.
    - Mrok jest, nie widać dobrze... To pod krzyżem siedzi jakaś kobieta... Co tam robicie, kobieto? - zapytał Jacek.
    - Czekam tu z ostatnim bochenkiem chleba - ozwał się słodki głos.
    - Na kogo czekacie, dobra niewiasto?
    - Na synów moich, którzy mogą wrócić głodni...
    - O Jezu - mówił w gorączce Placek - ten głos!... ten głos!... Matko! - krzyknął nagle i jakby go wiatr zwiał z siodła, zeskoczył z konia.
    Po chwili staruszka mieszała łzy swoje z ich łzami.
    - Czy nie jesteście głodni? - pytała łkając.
    - O, nie matko słodka, najdroższa matko. A ty, czy dawno jadłaś?
    - Przed wielu, wielu dniami - mówiła szczęśliwa - ale ten chleb jest dla was.
    Chłopcy całowali jej nogi.
    W oddali, w miasteczku, zaczęto dzwonie na Anioł Pański. Z nieba zaczęły padać bez szelestu wieczorne lilie i róże.

poprzedni Spis treści