Kornel Makuszyński




ROZDZIAŁ SZESNASTY

w którym Jacek i Placek dostają się w ręce straszliwych zbójów,
których my wszyscy doskonale znamy

    Chłopcy leżeli związani i zdumionymi oczyma patrzyli, co się działo dookoła. Na leśnej polanie płonęło srogie ognisko, krwawe rzucając blaski na dwanaście postaci, które się mogą przyśnić. Brody ich długie, kręcone wąsiska, wzrok dziki, suknia plugawa. Niektórzy mieli noże za pasem, inni błyszczące u boku miecze, inni ogromne buławy ściskali w ręku. Patrzyli ponuro w ogień. Obok chłopców, widocznie pilnując ich, stał na straży z dobytym mieczem zbójca, mniej od innych straszny, bez srogiej brody i wąsów, jeszcze młody, bo miał około trzydziestu lat. Spozierał on czasem z litością na więźniów, a z nie ukrywaną trwogą na zbójców, którzy musieli mieć jakieś zmartwienie albo też gniew ich opętał, bo czasem zgrzytali zębami albo wywracali białka oczów na znak, że lepiej się do nich nie zbliżać.
    Wtem jeden z nich wstał i potoczył po innych takim wzrokiem, jakby toczył młyński kamień. Był to ogromnego wzrostu człowiek, z brodą po pas, a wąs to miał taki, że spadał aż do ziemi, dlatego też pewnie, aby się nie zaczepiał o korzenie drzew i o krzewy, końce tego wąsa powsadzał sobie za cholewy butów. Spojrzał groźnie i zakrzyknął. Głos miał taki, że się drzewa zachwiały, jakby nagły po nich powiał wiatr. Był to zapewne starszy zbójca, gdyż miał najokazalszą, krzemieniami nabijaną buławę, a kiedy się podniósł, wszyscy zwrócili wzrok ku niemu.
    - Czy jesteście wszyscy? - zakrzyknął.
    - Jesteśmy wszyscy, kapitanie! - ryknęli oni tak potężnie, że las drgnął, jakby chciał uciec.
    - Policzmy się - wołał herszt. - Czy widzicie swojego kapitana, Brodacza?
    - Widzimy wszyscy!
    - Przeto ja jestem, a teraz będę was wywoływać po kolei: Drapichrust!
    - Jestem! - wrzasnął zbójca.
    - Wystąp!
    Ciężko podniósł się dużego wzrostu zbójca, ospowaty na twarzy, z zezowatymi oczyma.
    - Możesz usiąść. Łamignat!
    - Jestem, kapitanie!
    - Wystąp!
    Z koła wystąpił chuderlawy człowieczek na krzywych nogach.
    - Dobrze! - rzekł kapitan.- Kartofel! Nikt się nie odezwał.
    - Kartofel! - huknął kapitan. - Gdzie jest zbójca Kartofel?
    Obejrzeli się wszyscy krwawym wzrokiem i zbudzili Kartofla, który spał.
    - Jestem! - mruczał Kartofel sennym głosem.
    - Ha! ha! - wrzasnął kapitan. - Znowu śpisz?!
    - Przebacz mi, kapitanie - rzekł zbójca z nosem zadartym i z poczciwą gębą.
    - Możesz odejść!
    Zbójca Kartofel nie odchodził jednak, gdyż już znowu zasnął, stojąc.
    - Precz z moich oczu! - huknął mu nad uchem kapitan.
    Zbójca otworzył jedno oko.
    - Święta prawda... - mruknął i odszedł do ogniska, gdzie po chwili zasnął.
    - Rozporek! - wołał herszt.
    - Jestem, kapitanie? - zawołał cieniutkim, wysokim głosem zbójca, chudy i niemrawy.
    - Odejdź!... Wieprzoweoko!
    - Jestem!
    Przed hersztem stanął straszliwy zbójca, który miał jedno oko jasne, a drugie ciemne.
    - Trzęsionka! - wyliczał kapitan.
    - Jestem!
    - Wystąp! Gdzie jest twój nóż?
    - Zgubiłem go, kapitanie...
    - Ha! ha! zgubiłeś? Pewnie znowu uciekałeś?
    - Jestem jak lew, kapitanie.
    - Dosyć! Łapiduch!
    - Na jednej nodze zaraz przychodzę! - wołał zbójca z bardzo śmieszną twarzą.
    - Znowu gadasz wierszami?! - wrzasnął kapitan.
    - Zetnij głowę, zedrzyj skórę, lecz już taką mam naturę - rzekł zbójca.
    - Hu! hu! hu! - wrzasnęli zbójcy przeraźliwym śmiechem.
    - Milczeć tam! Gdzie jest Krwawakiszka?
    - Jestem, hi! hi! jestem, kapitanie - mówił śmiejąc się zbójca z pucołowatą gębą, tak świecącą, jakby była pomazana tłuszczem.
    - Czy zawsze musisz się śmiać?
    - Hi! hi! kapitanie, nawet wtedy, kiedy mam zarżnąć człowieka.
    - Precz mi z oczu! Niech tu stanie Krowiogon!
    Z wieńca zbójców wyszedł wielki dryblas, który miał czarne włosy zaplecione w warkoczyki.
    - Jestem, kapitanie!
    - Goliat!
    - Jestem!
    - Wystąp!
    Od ogniska podniósł się malutki, pulchny człowieczek, nie większy od dziesięcioletniego chłopca. Miał srodze nastroszone wąsy, a u kapelusza pióro tak wspaniałe, że się wlokło za nim po ziemi.
    - Co masz w gębie?
    Goliat dmuchnął i wypuścił z ust dym.
    - Gryzę sobie płonące węgle - odrzekł - bardzo to lubię.
    - Odejdź! - krzyknął kapitan. - Robaczek!
    - Jestem! - huknęło na cały las.
    - Wystąp!
    Zbliżył się Robaczek, chłop ogromny jak sosna; kiedy stąpał, pod jego nogami trzeszczały krze i dudniła ziemia. Zazgrzytał zębami tak, że aż poleciały z nich skry.
    - Kto pilnuje jeńców? - zapytał kapitan.
    - Nieborak! - huknął Robaczek.
    - Dobrze. Młody jest to zbójca i niech się potrudzi, a my pójdziemy spać. Lichy to był połów, ci dwaj nakrapiani chłopcy. Coraz gorzej jest z naszym rzemiosłem... Jutro ich weźmiemy na męki, a teraz spać!
    Zbójcy zaszemrali i zaczęli zgrzytać!
    - Co to ma znaczyć?! - krzyknął kapitan. - Czy to bunt?! Ha! Takie ciężkie czasy, a wam bunty w głowie? Czy chcecie, bym każdego z osobna powiesił?!
    Wśród zbójców podniósł się szmer i rósł coraz bardziej; z oczów zaczęli wszyscy ciskać błyskawice, prócz zbójcy Kartofla, który spał, ale i on coś gadał przez sen.
    - Aaa! więc to bunt! - ryknął kapitan.
    - Tak, kapitanie. Niech Robaczek mówi...
    - Gadaj! - zawołał kapitan. - Czego chce ta banda? Robaczek stanął szeroko na nogach, odłamał szczyt wysokiej jodły, zgrzytnął zębami tak, jakby kto orzech gryzł, i huknął.
    - Niesprawiedliwość dzieje się nam, kapitanie!
    - Kto jest temu winien?
    - Ty sam!
    - Czy chcesz, abym ci mieczem przebił wątrobę?
    - Nie chcę tego, kapitanie, ale sam kazałeś mówić. Chcę ci tedy powiedzieć, że czcigodne nasze zgromadzenie jest oburzone tym, coś ty, kapitanie, wczoraj uczynił.
    - A cóż ja takiego uczyniłem?
    - Powiem ci, jeśli udajesz, że zapomniałeś. Stojąc na czatach za miastem, na wzgórku, u słupca, podsłuchałeś, jak się dzieci modlą, aby ich ojciec szczęśliwie powrócił. Niedługo potem nadjechały wozy ich ojca, bogatego kupca. Rzuciliśmy się na nie, a ty spędziłeś bandę precz z drogi, wypuściłeś wolno kupca i jego bogactwa i kazałeś mu jechać w miasto, do dzieci łaskawie przemówiwszy i prosząc je o modlitwę. Cha! cha! Ty, herszt sławnych zbójców, prosiłeś o paciorek, ale przez te twoje zachcianki my straciliśmy niezmierne skarby. Prawda to wszystko czy nieprawda?
    Herszt podumał chwilę i rzekł:
    - To wszystko prawda, wypuściłem kupca.
    - Czemuś to uczynił?
    - Bo i ja mam żonę, a u mojej żony jest synek taki maleńki jak ten, co się rzewnie modlił do Boga.
    - Co nam twoja żona i twój syn! Jesteś hersztem zbójców.
    - Tak, jestem słynny Brodacz, herszt zbójców. Widać jednak, że i ja mam duszę, bo mi się płakać chciało, kiedy słuchałem modlitwy tych piskląt.
    - Pisklęta pisklętami, ale kupca trzeba było zarżnąć!
    - Wierzcie mi, zbójcy, że pierwszy bym pałkę strzaskał na jego głowie, gdyby nie dziatek pacierze.
    Zbójcy wrzasnęli wielkim śmiechem.
    - Nie śmiej się, Łamignacie, ani ty, Goliacie! Pomyślałem sobie, że kiedy się znajdziemy na boskim sądzie, to ten czyn będzie odczytany z wielkiej księgi i wiele mi za to będzie przebaczone.
    - A kto nam zwróci bogactwa? - huknął Robaczek.
    - Bogactw nam nie braknie, ale ponad bogactwa jest jeszcze coś...
    - Hę! hę! Cóż takiego?
    - Sława! - zawołał herszt.
    - A cóż to jest sława? - spytał zbójca Rozporek.
    - Sława? Aby wam to wyjaśnić, to wam tylko powiem, że o tym zdarzeniu wczorajszym ludzie będą śpiewali pieśni, a poeci będą pisali wiersze.
    Wtem Łapiduch, zbójca wierszami gadający, zakrzyknął:
    - Na nóż klnę się i buławę, że niezmierną zyskasz sławę.
    - Tak - wołał herszt - wielcy poeci o tym pisać będą!
    - Sława jeść nam nie da! - zakrzyknęli zbójcy - oddaj nam skarby!
    - Uspokójcie się! - wołał herszt. - Chcąc zachować dzieciom ojca, pozwoliłem mu ujść z życiem i majątkiem. Na co nam brać na sumienie łzy sieroce? Za to jednak wymyśliłem taką wyprawę, na której zyskamy stokroć więcej.
    - Słuchajcie! Słuchajcie! - zawołali zbójcy.
    Wtem z okropnym krzykiem porwał się miły zbójca Kartofel i z zamkniętymi oczyma zaczął uciekać w las. Schwytali go towarzysze pytając:
    - Zbudź się, co ci się stało?
    - Ha! gdzie ja jestem? Ach, więc mi się tylko śniło, że mnie wieszają...
    Rzekł i znowu zasnął.
    - Smutna to jest okolica, tam gdzie stoi szubienica - wygłosił Łapiduch.
    - Uciszcie się! - wołali zbójcy. - Mów dalej, kapitanie. Umilkli wszyscy, a maleńki zbójca Goliat, wyjąwszy z ogniska żarzący się węgiel, począł go zajadać ze smakiem.
    - Kto je węgle tak zaciekle, temu dobrze będzie w piekle - mruknął Łapiduch.
    Kapitan, zarzuciwszy wąs za ucho, mówił:
    Tak się istotnie stało, bo w sto dwadzieścia siedem lat potem wielki poeta, Adam Mickiewicz, zapewne to zdarzenie opisał w prześlicznej balladzie pod tytułem: "Powrót taty".
    - Wiem o takich bogactwach, wobec których majątek kupca nie jest wart funta kłaków.
    - Ho! ho! - zakrzyknęli zbójcy, a Robaczek zgrzytnął zębami i z wielkiej radości wyrwał sosnę z korzeniem.
    - Bardzo musi być radosny, kto wyrywa z ziemi sosny! - zadeklamował Łapiduch.
    - Daleko stąd - mówił kapitan - znajduje się zamek, w którym wszystko jest ze złota...
    Jacek i Placek, którzy słyszeli całą rozprawę zbójców, wytężyli słuch.
    - Mieszka tam obłąkany książę ze swoim dworem, wśród takich bogactw, że każdemu z was oko zbieleje, kiedy je ujrzy. Podwórzec wykładany jest złotem, broń sadzona diamentami, nawet ludzie są złoceni.
    . - Nadzwyczajna to jest cnota, gdy się zęby ma ze złota - rzekł z uznaniem Łapiduch.
    Robaczek,' który już powyrywał wszystkie w pobliżu rosnące drzewa, chwycił za nogę zbójcy Kartofla i byłby mu ją wyrwał, gdyby nie zezowaty Drapichrust, który ujrzawszy to skośnym okiem, powstrzymał go.
    - Trudno temu iść we drogę, komu nagle wyrwą nogę - wtrącił ostrzegawczo Łapiduch.
    - Kiedy zdobędziemy ten zamek - wołał kapitan - będziemy bogatsi od króla. Będziemy rozsypywać perły i rozrzucać złoto. Konie nasze będą kute złotymi podkowami. Buławy każemy sobie wysadzić diamentami... Czemu śmiejesz się, Krwawakiszko?
    - To z rozczulenia! - śmiał się wesoły zbójca.
    - A ty czemu płaczesz, Trzęsionko?
    - To ze wzruszenia! - odrzekł zbójca.
    - Pójdziemy jutro w drogę! - wołał kapitan. - Długa ona jest i ciężka, bo przedtem musimy zetrzeć w proch jednego czarownika, który ma jedno oko z przodu, a drugie z tyłu, ale też ma skarby niezmierne.
    - Niech czym prędzej ten umyka, kto zobaczy czarownika - mruknął Łapiduch.
    - Zabijemy go! - ryknęli zbójcy. Jacek spojrzał wymownie na Placka.
    - Teraz prześpimy się - mówił herszt - jutro do dnia wyruszymy w drogę.
    - Kapitanie! - huknął Robaczek. - Nie chcemy spać, chcemy ruszyć natychmiast!
    - Czy zapomnieliście już o kupcu, którego puściłem wolno?
    - Mądrze to uczyniłeś, wielki kapitanie! - krzyknęli zbójcy.
    - Trzeba na to byle głupca, by pod miastem zarżnąć kupca! - wygłosił wierszowaną sentencję miły zbójca Łapiduch.
    - Chcecie tedy ruszać natychmiast?
    - W tej godzinie! - odkrzyknęli - Po co odkładać na później?
    - Dobrze temu jest na świecie, co kupuje futro w lecie - rzekł mądrze Łapiduch.
    - A cóż uczynimy z jeńcami? Sprytne to jakieś ptaszki, co udają żebraków, a przecież Rozporek widział na własne oczy, jak nieśli ciężkie jakieś złoto, które przeświecało przez płachtę.
    - Widziałem! - pisnął cienkim głosem chudy zbójca.- Wrzucili je potem do wody.
    - Wielkim musi być niecnotą, kto do wody rzuca złoto! - orzekł zgorszony Łapiduch.
    - Muszą nam powiedzieć, gdzie się ono znajduje. Najlepiej będzie, jeśli ich tu zostawimy pod strażą Nieboraka, który będzie pilnował ich i naszych skarbów, a kiedy powrócimy, przypalimy im pięty.
    - Nie zabieży ten daleko, komu pięty raz przypieką! - westchnął poczciwie Łapiduch.
    - Hej! Nieboraku! - zawołał kapitan.
    Młody zbójca, pilnujący chłopców, zbliżył się z lękiem.
    - Czy słyszałeś, o czym to mówiliśmy?
    - Słyszałem, kapitanie!
    - Dobrze czyni ten, co słucha pięknych wierszów Łapiducha! - wygłosił własną pochwałę poeta.
    - Wiesz więc a tym, że masz pilnować naszego dobytku i żywić konie, których nie weźmiemy z sobą.
    - Kapitanie, a cóż będzie ze mną? - zapytał Nieborak. - Wszak za tydzień...
    - Wiem, o czym mówisz, bądź cierpliwy, bo niedługo wrócimy. Dotrzymam słowa - dodał herszt cicho.
    Nieborak pochylił smutno głowę, potem zapytał:
    - A co mam uczynić z piegowatymi jeńcami?
    - Puść wolno tych mizeraków - szepnął kapitan szeptem, a głośno dodał: - Możesz ich zabić, gdyby chcieli uciekać. Ponieważ wybieramy się w długą drogę, będziesz miał wiele czasu, aby ich wziąć na spytki. Wybadaj ich, co wrzucili do wody? Gdyby nie chcieli wydać sekretu, wyrwij im najpierw wszystkie zęby, potem im wbij drzazgi za paznokcie, potem każ im połykać węgle.
    - To nie jest żadna kara, tylko przyjemność - rzekł Goliat.
    - Milcz, zbóju Goliacie, nie każdy może zjadać ogień tak jak ty!
    - Jeden zjada bardzo pięknie, z czego drugi zaraz pęknie! - zauważył Łapiduch.
    - A gdyby i wtedy milczeli? - zapytał młody zbójca.
    - Posmaruj ich miodem i przywiąż do drzewa koło mrowiska. Na noc możesz ich wieszać, żebrem zaczepiwszy o hak. Możesz każdemu z nich wyłupić jedno oko i obciąć jedno ucho.
    - Jest to radość bardzo krucha, nie móc ujrzeć swego ucha - powiedział smutno Łapiduch.
    - A gdyby umarli?
    - Wtedy puścisz ich wolno! - rzekł herszt.
    - "Jestem wolny" - rzekł raz zając, na rożnie się przypiekając - rzekł, kiwając głową, Łapiduch.
    - A teraz w drogę, panowie zbójcy! - krzyknął herszt.
    - Niech żyje kapitan! - ryknęli oni.
    - Zły to bardzo jest kapitan, co nie żyje, gdy jest witan! - rzekł niepewnie Łapiduch.
    - To, co teraz powiedziałeś, nie ma wcale sensu - zaśmiał się Rozporek.
    - Sensu wprawdzie nie ma, ale jest do rymu, a to się często zdarza - odrzekł Łapiduch.
    Zmitrężyli godzinę, nie mogąc się dobudzić Kartofla; kiedy go posadzono na koniu, natychmiast zasnął tak mocno, że koń począł ziewać i szedł sennie.
    Herszt dosiadł czarnego rumaka, a Robaczek, choć miał pod sobą olbrzymiej miary konisko, jednak wlókł nogami po ziemi.
    - Dryblas konia męczy po to, aby jadąc, iść piechotą! - mówił zgorszony Łapiduch.
    - Pilnuj ich dobrze, Nieboraku! - krzyknął herszt - choć sam kiepskim jesteś zbójcą, ale otrzymasz część łupu.
    - Bardzo z tego nie utyje, komu stryczkiem ścisną szyję! - westchnął rzewnie Łapiduch.
    - W konie! - krzyknął kapitan.
    - Wcale mi to nie jest miło, że mój rumak jest kobyłą! - zdążył jeszcze powiedzieć rymujący rzezimieszek.
    Ziemia zadudniła pod kopytami i po chwili zbójcy wsiąkli w noc.
    Zbójca Nieborak i chłopcy długo nasłuchiwali tętentu; ogień gorzał jeszcze jasno, pomimo tego że Goliat zjadł połowę węgli.
    Wreszcie zbójca usiadł na pniu tuż obok chłopców i rzekł:
    - Czy słyszeliście, co powiedział kapitan?
    - Słyszeliśmy - odrzekł smutno Jacek - czy będziesz nas męczył?
    - Jeżeli mi od razu powiecie, gdzie wrzuciliście złoto do wody, nic wam złego nie uczynię. Nie mam ja twardego serca i okrutnej duszy, ale mnie głowę utną, jeśli wam będę pobłażał. Powiedzcie mi po dobremu, co i gdzie cisnęliście w wodę?
    - Szlachetny zbójco - rzekł Jacek - powiemy ci wszystko, lecz ty nie uwierzysz, a nie ma sposobu, aby cię przekonać.
    - Czy to, co mi chcesz powiedzieć, jest tak nieprawdopodobne?
    - Tak, bo zdarzyły się nam najdziwniejsze rzeczy. Strasznie my jesteśmy nieszczęśliwi!
    Zbójca spojrzał na nich ze współczuciem.
    - Jestem gotów wysłuchać waszego opowiadania, bo mam dość czasu na to, aby was wziąć na tortury, gdybyście chcieli oszukać mnie łgarstwem. Moi towarzysze wrócą za jakiś miesiąc albo za dwa.
    - O, nie! - rzekł Placek - oni wrócą chyba za rok, bo my wiemy, gdzie jest zamek złotych ludzi.
    - A jakże wy możecie wiedzieć o tym?
    - Panie zbójco - rzekł Jacek - jesteś dobry dla nas, więc ci wszystko opowiemy.
    - Gadajcie!
    - Przed wielu, wielu laty - mówił smutno Jacek - uciekliśmy od naszej matki...
    Zbójca porwał się z pnia, na którym siedział.
    - Dlaczegoście to uczynili? - zapytał drżącym z gniewu głosem.
    - Z głupoty! - rzekł Jacek i skłonił głowę na piersi. Zbójca patrzył na nich, kręcił głową i tłumił w sobie gniew.
    Wreszcie rzekł:
    - Powinienem was zabić albo związanych wrzucić w to ognisko. Straszna się wam należy kara!
    - Panie - rzekł cichym głosem Placek - myśmy już wiele, wiele wycierpieli...
    - Ty milcz - krzyknął zbójca - a ty mów dalej! Jacek zaczął opowieść: mówił wzruszonym głosem, szczerze i serdecznie. Nie ukrywał powodów, które ich skłoniły do ucieczki, oskarżał siebie i brata o egoizm i brak serca.
    Zbójca słuchając patrzył w ogień, który czasem uderzony oddechem wiatru, silniej rozbłysnął. Miał ten Nieborak twarz dobrą i wiele w spojrzeniu współczucia; może więcej dlatego, niż z obawy tortur, chłopcy poczuli do niego zaufanie.
    Jacek opowiadał o strachach na bagnie i dziwnym starcu, którego skrzywdzili, a za którym powędrował las.
    - Dziwne, dziwne opowiadasz mi rzeczy - rzekł zbójca - i cóż się stało dalej?
    - Potem - mówił Jacek - przeszliśmy cudem jakieś okolice, gdzie rozlewisko bagien otacza wyniosły pagórek, na którym...
    Zbójca drgnął i spojrzał mu bacznie w oczy.
    - Byliście na wzgórzu otoczonym bagnami? Mów prędzej, na Boga! mów prędzej! Co widziałeś na tym wzgórzu?
    - Na tym wzgórzu - opowiadał zdziwiony Jacek - widzieliśmy chatę...
    - Czekaj, przestań mówić! - mówił drgającym głosem Nieborak.
    Położył rękę na sercu i przymknął oczy.
    - Jak ci na imię? - rzekł po chwili dziwnym głosem.
    - Jacek - odpowiedział chłopak z coraz większym zdumieniem.
    - To wszystko prawda! - rzekł Placek w obronie brata.
    - Słuchajcie - mówił zbójca, z trudem chwytając powietrze - zapytam was o coś, a wy zaklnijcie się, że mi powiecie prawdę.
    - Przysięgamy ci na serce matki - powiedział Jacek wzruszonym głosem.
    - Na serce naszej matki - dopowiedział jak echo równie wzruszony Placek. - Pytaj, panie!...
    - Wierzę wam... Więc mi powiedzcie, czy na tym wzgórzu w tej chacie był kto żywy?
    Mówiąc to wpił się spojrzeniem w ich twarze i widać było, że wstrzymał oddech w piersi, oczekując odpowiedzi.
    Jacek, czując, że coś się dziwnego dzieje, odrzekł głosem wyraźnym i jakoby uroczystym:
    - Na tym wzgórzu spotkaliśmy kobietę, która nocami wielki paliła ogień, aby jej syn, którego oczekiwała, mógł przejść drożyną przez bagna.
    - O Jezu! - krzyknął zbójca.
    - Co ci się stało, panie? - zawołał przelękniony Jacek. Zbójcą wstrząsało łkanie.
    - Mówisz, że paliła ogień? - pytał wśród łez.
    - Tak, panie. Noc w noc gorzał ogień, a ona wypatrywała oczy. A we dnie wywieszała z daleka widną czerwoną chustę.
    - Tak, tak... chusta była czerwona...
    - Czy znasz, panie, tę kobietę? - zapytał Jacek.
    - To moja matka! - jęknął zbójca, a ogromne łzy potoczyły mu się po twarzy.
    Chłopcy spojrzeli na siebie ze zdumieniem, rozmyślając, jak dziwne są wyroki Opatrzności; ze zdumieniem jednakże jeszcze większym patrzyli na tego dziwnego zbójcę, co jak dziecko płakał na wspomnienie matki. Wielki wstyd zalał im serca: oto dziki zbójca, z kindżałem za pasem, lepszy jest od nich, bo oni wspomnieli matkę dopiero w nieszczęściu i biedzie, on zaś ronił łzy na samo jej wspomnienie.
    - Mówcie mi o niej - rzekł wreszcie - mówcie jak najwięcej! Jak wygląda moje matczysko?
    - Widzieliśmy ją dawno, przed dziesięciu coś laty; wyglądała zbiedzona, lecz oczy miała żywe i gorejące. Była bardzo znużona czuwaniem, więc my...
    - Co uczyniliście wy?
    - Nie wiem, panie, czy należy nam mówić o tym.
    - Mówcie, na Boga!
    - Widząc - rzekł Jacek spuściwszy oczy - że nie ma wiele sił, aby zbierać drwa na ognisko, skorzystaliśmy z tej chwili, kiedy zasnęła, i wtedy...
    - I wtedy?
    - Zgromadziliśmy jej wielkie zapasy paliwa, aby się nie męczyła.
    Zbójca spojrzał na nich długim spojrzeniem i nagle, wyrwawszy nóż zza pasa, przeciął im więzy.
    - Braćmi moimi od dziś jesteście - zawołał.
    - O, panie! - zakrzyknęli uszczęśliwieni.
    - To moja matka was uwalnia!
    - Ależ ty głową za nas odpowiesz!
    - Dziesięć razy oddałbym życie za tego, który pomógł mojej matce.
    - Panie! - rzekł ukrywając spojrzenie Jacek. - Miłujesz ją z całej duszy. Jakże się stać mogło, że od tylu lat nie uciekłeś od zbójców, aby ją zobaczyć?
    Zbójca Nieborak patrzył w mrok i w gęstwę lasu, jak gdyby chciał dojrzeć płonące gdzieś w niezmiernej, oddali ognisko na górze wśród bagien.
    - Krótka jest moja historia - rzekł z westchnieniem. - Ojciec mój utonął w bagnie i bylibyśmy zginęli z głodu. Byłem małym chłopcem, lecz nie mogłem bez łez patrzeć na to, jak straszliwą pracę spełnia moja matka; jednego tedy dnia padłem do jej nóg i wybłagałem, aby mi pozwoliła iść w świat po chleb. Postanowiłem schodzić nogi do kolan, a ręce urobić po łokcie, aby powrócić do niej z dobytkiem, zabrać ją znad bagien i pędzić życie w wesołym jakimś kraju. Serce mi się krajało, kiedy odchodziłem. Matka moja obiecała mi, że nocami będzie paliła ogień, abym nie utonął w topielisku jak mój ojciec. Przewędrowałem chyba pół świata w nędzy i poniewierce. Nie jadłem, aby odłożyć grosz dla matki, nie spałem, wiedząc, że ona biedactwo czuwa i też nie śpi. Ciężkie było moje życie, ale Bóg pozwolił mi zebrać wreszcie nieco grosza, który niosłem dla niej. Niezmierna była moja radość. Wracałem szczęśliwy. Minęło jednak już wiele lat od czasu rozpoczęcia mojej wędrówki i zapomniałem powrotnej drogi. Zbłąkany szedłem lasem i wtedy napadli mnie zbójcy...
    - Czy ci, którzy tu byli? - zapytał Placek.
    - Tak, to byli oni. Nikt nie zdoła pojąć mojej rozpaczy. Serce konało we mnie. Zabrali mój mizerny dobytek i chcieli mnie zabić. Myślałem wtedy, że najlepiej jeszcze będzie, jeśli się tak stanie. Musiałem strasznie rozpaczać, tak bardzo, że się tym wzruszył ten zbójca, co układa wiersze. Nazywa się Łapiduch. Śmieszny to jest zbójca i bardzo poczciwy. W nocy zbliżył się do mnie i słysząc mój płacz, szepnął mi: "Nawet i mizerna mucha nie boi się Łapiducha!" Ciągle gadał wierszami, ale ich nie pamiętam. Kazał sobie wszystko opowiedzieć, a potem powiedział: "Wszystko w świecie jest na opak, aleś ty poczciwy chłopak!"
    - Och, wybornie! - zakrzyknął Jacek. - I co? i co?
    - Poszedł on do kapitana i długo coś z nim szeptali, a nazajutrz uradzili wszyscy, żeby mnie nie zabijać, ale włączyć do bandy. Krzyknąłem z rozpaczy, a kapitan, co ma bardzo litościwe serce i tylko tak strasznie wygląda, powiedział, że nie na zawsze z nimi zostanę, tylko przez dziesięć lat, a jeżeli będę się dobrze sprawiał i nigdy ich nie zdradzę, to po latach dziesięciu oddadzą mi mój dobytek i dodadzą mi tysiąc razy tyle. Gdybym zaś uciekł, to mnie wynajdą pod ziemią, zabiją mnie, a potem wynajdą moją matkę i wezmą ją do niewoli. Zapłakałem gorzko i musiałem zostać. Nie było mi źle, ale nigdy nie nauczyłem się zbójnickiego rzemiosła, dlatego nazwali mnie Nieborakiem i używali mnie jedynie do pilnowania jeńców i skarbów, które są ukryte niedaleko stąd w pieczarach. Jest tam wiele bogactw i koni.
    - I nie uciekniesz?
    - Przysiągłem, że nie ucieknę, ale za tydzień przysięga moja będzie rozwiązana.
    - Za tydzień? Czemu?
    - Wtedy właśnie minie dziesięć lat. Zanim zbójcy wyjechali, przypomniałem o tym kapitanowi, a on mi szepnął, że dotrzyma słowa.
    - I dotrzyma?
    - Jeśli wróci, to dotrzyma, bo jest bardzo czuły na honor.
    - A jeśli do tego czasu nie powróci?
    - Odejdę sam!
    - A nas zabijesz?
    - O, nie! - zaśmiał się Nieborak. - Kapitan tylko udawał, że was chce skazać na męki. Jeden Robaczek w całej bandzie jest krwi chciwy, a inni to tylko udają straszliwych potworów, ja myślę, że ze strachu, bo się sami wiecznie boją, i w ten sposób dodają sobie ducha.
    - I my będziemy mogli wrócić do matki?
    - A gdzieżby? - spytał ze zdumieniem Nieborak. - Gdzie mieszka wasza matka?
    - Jedną musimy iść drogą. O, panie! - zawołał Jacek. - Pierwszy raz w życiu jestem szczęśliwy. Placku, o czym myślisz?
    Placek nie odpowiedział, tylko wpatrzony w ogień usilnie pracował głową i w niezmiernym jakimś trudzie chciał z niej coś wydobyć.
    - Co się jemu stało? - spytał Nieborak.
    - Wygląda, jakby zwariował - rzekł zaniepokojony Jacek. - Placku, co tobie?
    - Mam! - zakrzyknął Placek; podniósł rękę i wyrzekł uroczyście: - Matka czeka swego dziecka, więc wędruję do Zapiecka!
    - Nowy Łapiduch! - zakrzyknął ze śmiechem Nieborak. Jacek natomiast spojrzał z podziwem na brata, w którym się tak wzniosły narodził poeta.
    - Uściskajmy się! - zawołał zbójca Nieborak.
    Sowy i puchacze patrzyły że zdumieniem, jak trzy widma tańczą w noc dookoła ogniska.

poprzedni Spis treści następny