Kornel Makuszyński




ROZDZIAŁ PIĘTNASTY

w którym Jacek i Placek po rozmowie z Niewidzialnym ukradli z nieba księżyc

    Wiatr igrał nimi, jak wielki kot małą igra myszą, podrzucał ich w górę, wywracał w powietrzu albo niósł tuż przy ziemi. Drzewa wyciągały ramiona, aby, ich pochwycić, wody, świetliste w księżycu, rozpościerały się jak srebrne płótna, oczekując ich upadku. Potężny olbrzym jednakże, wichr, urodzony gdzieś na morzu, a lecący ku górom, nie pragnął ich śmierci, bo nagle się uciszywszy, złożył ich lekko i bez najmniejszej krzywdy w jakimś zapuszczonym ogrodzie.
    Chłopcy uwolniwszy się od swojego żagla, lecz cisnąc go do piersi z wielkiej wdzięczności, odurzeni jeszcze i zdyszani, uczynili to, czego by byli nigdy nie uczynili przed dziesięciu laty; padli na kolana i modlili się gorąco. Serca aż w nich śpiewały z wielkiej radości, a dokoła jakby radowały się z nimi drzewa, co obudzone pierwszym powiewem daleko, daleko rodzącego się świtu, szemrały ze sobą, dziwiąc się tej napowietrznej jeździe istot bezskrzydłych.
    Rozejrzeli się, nauczeni już ostrożnością, i ujrzeli opodal zapadły, ku ostatniej ruinie chylący się pałac, zarosłe i zapuszczone szpalery ogrodu, zżarte przez deszcze i liszajami mchów pokryte kamienne figury. Okiennice powypadały z zawias, zaledwie trzymając się na jednej, drzwi były otwarte, a po marmurowych, spękanych schodach pięły się ku pałacowi zielska, aby w nim zamieszkać i zagłuszyć go ostatecznie. Rozpadała się kawałami marmurowego ciała świetna kiedyś fontanna, której zabrakło już nawet paru kropel wody na łzy, aby opłakać śmierć tego domu.
    W pierwszych promieniach słońca ujrzeli chłopcy dokładnie te ruinę.
    - Smutny to jakiś dom, w którym od dawna nikt nie mieszka! - rzekł Jacek. - O, bracie, wydaje mi się on zaczarowanym zamkiem po dziesięciu latach niewoli. Odpoczniemy tu, a potem, kiedy się znowu staniemy podobni do ludzi, powędrujemy do naszej matki.
    - O, tak - wykrzyknął gorąco Placek - cud jakiś nas wybawił. Zatrzymajmy na zawsze tę płachtę, co nas tu przyniosła. Trzeba by wejść do tego domu, ale ja już niczemu nie dowierzam. Jeden z nas ostrożnie wejdzie i zbada, czy nam kto tam jakiej nie gotuje zdrady.
    - Ja pójdę! - rzekł Jacek.
    - Dobrze, a ja będę czuwał w ogrodzie, aby nas kto nie zaskoczył. Smutny to jakiś dom, boję go się, Jacku. Może lepiej tam nie wchodzić?
    - Wejdźcie spokojnie! - ozwał się jakiś głos tuż przy nich.
    - Boże! - krzyknął Jacek.
    - Uciekajmy! - zawołał Placek.
    - Zostańcie - mówił głos. - Nikt wam tu żadnej nie uczyni krzywdy.
    - Nie możemy wierzyć nikomu!
    - Klnę się imieniem Boga żywego, że nic złego wam się nie stanie! - zawołał głos uroczyście.
    - Kto jesteś ty, co przemawiasz?
    - Jestem nieszczęśliwy.
    - Czy nie możesz się ukazać?
    - Na tym właśnie polega moje nieszczęście.
    - Czy jesteś duchem?
    - O, nie! Jestem człowiekiem, który nie posiada ciała.
    - A cóż się stało z twoim ciałem?
    - Długa to jest historia, którą wam opowiem. Wejdźcie do tego domu, w którym i ja mieszkam. Jesteście panem tego pałacu.
    - Powiedziałeś, że nie uczynisz nam krzywdy!
    - Przysiągłem wielką przysięgą, czemu mi nie wierzycie?
    - Wierzymy ci, ale jęczeliśmy w długiej niewoli i lękamy się wszystkiego.
    - Mnie się nie lękajcie, bo i ja jestem w niewoli. Widzę, że jesteście wynędzniali i zagłodzeni, więc zamieszkajcie u mnie. Wielka będzie moja radość, bo dawno już nie widziałem człowieka, a wy znajdziecie odpocznienie. Potem uczyńcie, co zechcecie.
    - Gdzie się znajdujesz, panie?
    - Przed wami, o dwa kroki przed wami. Patrzcie, poruszę ręką to zielsko z czerwonym kwiatem. Czy widzicie, jak się chwieje?
    - Widzimy...
    - Tu stoję. Teraz się zwrócę w stronę domu, a wy patrzcie na ziemię: tam, gdzie się trawa ugina, tamtędy ja przechodzę.
    Chłopcy, baczni na wszystko, poszli powoli, powoli bowiem szedł Niewidzialny. Dziwne ich ogarnęło uczucie, kiedy szli za kimś, kogo nie ma. Niewidzialny jednak przysiągł na Boga i przemawiał głosem, który się wydawał uczciwy. Poczuli, że wstąpił na schody, a po westchnieniach poznali, że stąpa po nich z trudem.
    Weszli do komnat, w których słońce złociło nędzę ścian, wklęsłość podłóg i wydęcia pułapów. Najwyraźniej słyszeli teraz "jego" kroki.
    - Oto mój dom - rzekło powietrze - rozgośćcie się! Znajdowali się w obszernej sali, w której zachowały się nieliczne sprzęty: łoże z baldachimem, szafy opasłe i ciężkie, i obrazy, na których czas, malarz smutny, poczernił i pogasił świetne może kiedyś kolory. Z pułapu zwisał ogromny świecznik, kiedyś gorejący, dziś ślepy ł ciemny. W posadzce widać było szerokie pęknięcia, jakby tu było serce tego domu, skazanego na zagładę, co się z rozpaczy rozpęka.
    - Młodzieńcy - rzekł głos - tutaj przebywam czekając zmiłowania. Podajcie mi ręce na powitanie, och, podajcie.
    Tyle było rzewnego smutku w tym głosie, że oni bez wahania wyciągnęli dłonie i drgnęli, dotknąwszy jakichś rąk niewidzialnych, zdaje się, że do starego należących człowieka, bo były drżące i kościste.
    - Usiądźcie - mówił głos. - Chciałbym was ugościć, ale nie wiem, co się stało z moją liczną służbą. Dawno już jej nie widziałem. Możecie się jednak sami pożywić, jeśli taka wasza wola: w ogrodzie jest wiele owoców i wiele zwierzyny. Ja mogę ją łatwo łowić gołymi rękami, idąc ku niej pod wiatr, bo mnie nie widzi. Jeśli chcecie pokrzepić siły winem, znajdziecie go wiele jeszcze w piwnicy. O, młodzieńcy! zostańcie ze mną czas niejaki, uczyńcie mi tę łaskę niezmierną. Jesteście dziwnie podobni. Skąd macie we wzroku tyle powagi? Wyglądacie tak, jakbyście mieli po osiemnaście lat, a ból wasz wygląda starzej.
    - Wycierpieliśmy wiele! - rzekł Jacek.
    - I ja wycierpiałem niemało, i ja jestem młodzieńcem takim jak wy.
    - Myśleliśmy - rzekł Placek - że słyszymy głos starca.
    - O, nie - ozwał się Niewidzialny - jestem w pełni sił. Miałem lat dwadzieścia, kiedy postradałem moje ciało.
    - Jak to się stać mogło? - zapytał Jacek.
    - Usiądźcie, a powiem wam wszystko o tym nieszczęściu przeraźliwym, jakiego nikt chyba jeszcze nie doznał.
    Oni usiedli na czarnym dębowym, rozłożystym krześle, patrząc pilnie w tę stronę, skąd głos przylatał: zapewne i "on" usiadł, bo drugie krzesło poruszyło się samo.
    - Nie pamiętam już, ile to lat temu - mówił znużony głos - może osiemdziesiąt, a może nawet sto, pałac ten rojny był i strojny. Wiele się tu odbywało uczt, festynów i turniejów, a ja, młody i szczęśliwy, przewodziłem zabawom w pałacu i łowom w moich kniejach. Jestem bliskim krewnym miłościwego naszego króla, panem bogatym i dostojnym. Wtedy postanowiłem znaleźć sobie żonę i wybrałem księżniczkę piękną i uroczą, którą miłowałem bardzo. Odrzuciła ona jednak wszystkie moje dary i moją miłość przenosząc nade mnie jedno książątko, niezmiernie bogate, nie wiedząc, że jest to człowiek bez czci i sumienia, co z poddanych ostatnią kroplę potu wyciska, a nawet gorzki ich chleb zamienia na złoto. Opętała go tak przeraźliwa żądza skarbów, że się pławił w złocie i coraz namiętniej go pożądał. Oby go ciężka spotkała kara za te łzy i nieszczęścia, których był sprawcą...
    - O, Boże! - zakrzyknął Jacek.
    - Już go spotkała ta kara - rzekł Placek.
    - Jak możesz o tym wiedzieć, młodzieńcze? - zapytał głos.
    - W naszej wędrówce przez dalekie ziemie - mówił Placek - omal nie padliśmy śmiercią z rąk księcia złotych ludzi. Mieszka on wśród niezmiernych skarbów, tknięty na rozumie i pożera złoto.
    - To on! - zakrzyknął głos. - Pobiła go mściwa krzywda ludzka.
    - Czy to on jest sprawcą i twego nieszczęścia?
    - Nie - mówił głos - ja sam je na moją sprowadziłem głowę. Słuchajcie tylko! Kiedy się przekonałem, że mojej umiłowanej damie wielkie grozi niebezpieczeństwo, gdyż złoty książę miał zamiar obrabowawszy ją ze skarbów zabić po ślubie, postanowiłem przedtem zabić jego. Nie mogłem jednak tego uczynić w żaden sposób: wyzwałem go na walkę, ale mi nie stanął, unikał mnie tchórzliwie i ukrywał się na swoim zamku wśród skarbów, tak że nikt nie miał do niego dostępu. Gniew i wściekłość kąsały moje młode serce, na domiar wszystkiego napadał on z czeredą swoich strasznych i na wszystko gotowych sług na moje włości, zabijał ludzi i niszczył wszystko ogniem i mieczem. Wtedy, zapamiętawszy się w złości, postanowiłem go zgładzić za wszelką cenę. Zasłyszałem o jednym czarowniku, co na wszystko miał sposoby, i kazałem go wołać. Naznaczył mi spotkanie o północy w ciemnym lesie, lecz mimo gęstych mroków i mimo tego, że serce moje nie zna trwogi, zadrżałem, ujrzawszy maszkarę piekielną, co miała po dziesięć palców u rąk, jedno oko na czole, a drugie na tyle głowy.
    - Matko Najświętsza! - krzyknął Placek. - My jego znamy.
    Glos jęknął.
    - Jak... jak to... może być?...
    - Byliśmy u niego przez dziesięć lat w niewoli!
    - Niezbadane są wyroki boskie - mówił głos z niezmiernym wzruszeniem. - Ja go szukam może osiemdziesiąt, może sto lat. I wy wiecie, gdzie go można znaleźć?
    - Wiemy, panie, ale niech cię Bóg przed nim strzeże! Powiedz, powiedz czym prędzej, co ci się z nim zdarzyło?...
    - Och, serce mi bije... Zaraz, zaraz... Zdarzyła się rzecz straszliwa. Za wielkie skarby dał mi on czarodziejską maść, którą miałem się natrzeć, aby się stać niewidzialnym. Łatwo by mi było wtedy dotrzeć do złotego księcia i zabić go. Dał mi też za sto pereł zaklęcie, wypisane na brzozowej korze, które trzeba było następnie przyłożyć do serca, aby z powrotem odzyskać ciało.
    - Straszne, straszne rzeczy! - szepnął Jacek.
    - Najstraszniejsze rzeczy potem dopiero się zdarzyły. Wróciłem do pałacu, natarłem się maścią i ciało moje zniknęło. Przeglądałem się w zwierciadle i nie ujrzałem już siebie. Wielka była moja radość, a zemsta moja zapłonęła żywym ogniem. Zaklęcie na brzozowej korze ukryłem w tej sali, w której teraz tu siedzimy, i wziąwszy sztylet poszedłem do zamku złotego księcia. Łatwo się tam dostałem, nikt mnie nie widział, ale zwietrzyły mnie jego psy. Ujadanie ich zwróciło uwagę wszystkich, więc zaczęli patrzeć zdumieni na mój nóż, który jakoby sam wędrował w powietrzu; pachołkowie, chcąc schwytać nóż, dotknęli mojej ręki i wszystko się wydało, ponieważ osaczony począłem złorzeczyć i ciskać klątwy na jego głowę. Książę śmiał się do rozpuku i rzekł:
    "Zanim ty tu przyszedłeś, przyszedł do mnie ten czarownik, co cię tej sztuki nauczył, i sprzedał mi twoją tajemnicę. Ha! ha! A kiedy ty tu wędrowałeś piechotą, aby nie zdumiał nikogo widok konia, co bieży bez jeźdźca, ja posłałem konnych do twojego pałacu, aby cisnęli w ogień zaklęcie na brzozowej korze".
    "Kłamiesz! - zawołałem - nikt nie wie, gdzie je ukryłem!"
    Serce we mnie zamarło, kiedy on zawołał:
    "Czarownik mi wskazał miejsce!"
    Wtedy krzyknąłem:
    "Zabij mnie!"
    On zaś na to:
    "Po co cię mam zabijać? Chodź teraz bez ciała, aż do śmierci, bo czarownika już nie znajdziesz. Poleciał na miotle na koniec świata".
    Wypuścili mnie i wytrącili za bramę. Biegłem do pałacu w śmiertelnym przerażeniu. Och! och! na ognisku ujrzałem spopielały ślad brzozowej kory...
    - Boże! Boże! - szepnął Jacek.
    - Widać, to on mnie pokarał za to, że chciałem sam sobie wymierzyć sprawiedliwość.
    - I co uczyniłeś, panie? - zapytał drżącym głosem Placek.
    - Dwakroć jeszcze - zadrżał głos - próbowałem dostać się do jego zamku, a nie chcąc się zdradzić widokiem broni, której nie mogłem uczynić niewidzialną, postanowiłem go udusić we śnie. Nie mogłem już jednakże przedostać się przez bramę, albowiem książę kazał pozawieszać na niej ogromne pająki, które zasnuły ją siecią. Gdybym jej był tknął, nawet niewidzialny, byłbym ją przerwał i w ten sposób książę byłby ostrzeżony. Potem książę gdzieś znikł, udawszy się na rozboje w dalekie kraje, i słuch o nim zaginął...
    - A cóżeś ty, panie, uczynił?
    - Najpierw chwyciła mnie dzika rozpacz: oszalałem i z piekielnym krzykiem biegałem po pałacu, wołając o ratunek. Wtedy to zapewne rozbiegli się przerażeni moi słudzy, co słysząc mój głos, a nie widząc mojej osoby, myśleli, że mnie czart opętał, bo kiedy zmogła mnie rozpacz i wszystkie odebrała mi siły i kiedy obudziłem się po wielu dniach z odrętwienia, nikogo już nie było przy mnie. Od tego czasu jestem sam... Od tego czasu płaczę... Wszyscy myślą, że umarłem, a ja żyję i jestem młody i piękny! O, młodzieńcy! Od tego czasu pierwszy raz widzę ludzi, bo ujrzałem was. Widać, że jest jeszcze nade mną łaska boska, widać, że jest jeszcze... Jeśli wy wiecie, gdzie przebywa podstępny i ohydny czarownik, może jeszcze ujrzę siebie samego; oddam mu wszystko, co posiadam, za to zaklęcie, które mi ciało przywróci! Gdzie on jest? Gdzie on przebywa?!
    - Panie - mówił z wielkim współczuciem Jacek - gdybyś go nawet i znalazł, cóż ci pomoże? Jest to potwor bez serca, a ty już nie masz złota.
    - Nie mam - jęknął głos. - Unieśli je moi dworzanie i słudzy. Pójdę jednak w najdalszą nawet drogę, choćbym miał w niej zginąć, bo i cóż mi po takim życiu, co nie jest życiem? Czy znacie drogę?
    - Wiemy, gdzie jest jego mieszkanie, bo przez lat dziesięć, schwytawszy nas podstępnie, zadręczał nas tam i zamęczał, lecz jak by tam trafić, nie wiemy...
    - Och, och! - załkał głos. - Jak to być może? Czy nie macie nade mną litości, czy mówicie rzeczy kłamliwe?
    - Mamy litość nad tobą, nieszczęśliwy panie, i nie kłamiemy. Drogi jednak nie znamy, gdyż uciekliśmy przez powietrze cudownym sposobem za pomocą tej oto płachty.
    Jacek rozwinął sztandar czarnoksiężnika i trzymał go przed sobą.
    - Co oznacza ten wzór?
    - Czarownik zawiesił to na szczycie swojej wieży, pusząc się, że to jest znak jego władzy. Na dowód, panie, że mówimy prawdę, racz spojrzeć: oto czerwoną farbą albo może krwią nietoperzy napisał on tu jakieś znaki.
    Rozpostarł płachtę przed sobą:
    - Oto tu! - rzekł.
    Nagle wielki krzyk rozdarł powietrze, a Niewidzialny porwał zapewne płachtę w swoje ręce, bo zaczęła fruwać sama w powietrzu.
    - O, Boże! - wołał głos - to jest zaklęcie, jego zaklęcie!...
    Chłopcy wstrzymali oddech.
    - O, serce moje, gdzie jest moje serce? - płakał głos i śmiał się równocześnie.
    Płachta poczęła dziwne wyprawiać ruchy, chłopcy widzieli, jak się mnie i zwija w fałdy, jak wreszcie niewidzialne ręce przyciskają ją do niewidzialnych piersi. Serca w nich bić przestały: przed nimi zaczęły się mglić powiewne, ledwie oczom widne zarysy ludzkiej postaci.
    - Czy widzicie mnie? - wołał głos, zarazem pełen rozpaczy i nadziei.
    - Niezupełnie jeszcze, panie - krzyknął szybko Jacek - ale już wychodzisz z powietrza.
    - Och! och! - drżał głos coraz jaśniejszy.
    Minęła długa chwila strasznego oczekiwania, aż wreszcie z błękitności, złotem słońca zalanej, wyszedł człowiek bardzo stary, cały żółty, jak pożółkła kość słoniowa, łysy i pomarszczony, z długą brodą, drżący pod ciężarem wieku i długiego nieszczęścia, w spłowiałym i wypełzłym, kiedyś bogatym stroju.
    - Oto jestem! - rzekł cichym głosem, bo radość nadludzka pozbawiła go tchu.
    - Witamy cię, panie! - powiedzieli chłopcy.
    - I ja was witam, dobroczyńcy moi, najszlachetniejsi wśród ludzi, druhowie ukochani! Co jest moje, do was należy, wraz z moim sercem. Zostańcie u mnie, jak długo wasza wola. Zakwitnie ten dom i napełni się weselem! Lasy napełnią się wrzawą naszych łowów. O, bracia moi! Dwóch was było dotąd, od tej chwili przybył wam brat trzeci. Nazywajcie mnie bratem!
    - Nie śmiemy, dostojny panie! - rzekł cicho Jacek.
    - Czemuż to? - zawołał drżącym głosem. - Wszak niemal w jednym jesteśmy wieku.
    - O, Boże! - szepnął Placek.
    Jacek spojrzał na niego porozumiewawczym wzrokiem, jakby go chciał ostrzec, aby nie burzył złudzeń tego nieszczęśliwego.
    Stary człowiek zaś rzekł wesoło:
    - Siły mnie opuściły z wielkiego szczęścia, ukochani moi... Nogi drżą pode mną, wiec usiądę, a wy uczyńcie mi wielką łaskę i z komnaty, co się tu obok znajduje, przynieście mi zwierciadło.
    - Po co ci ono, panie - rzekł głucho Jacek - zawierz naszym oczom. Jesteś piękny i rześki.
    - Tym bardziej chcę ujrzeć tego, którego nie widziałem tyle, tyle lat.
    - Panie! - szepnął Placek.
    On zaś rzekł niecierpliwym głosem, do rozkazywania nawykłym:
    - Zwierciadło, natychmiast przynieście zwierciadło! Chłopcy pochylili głowy, aby nie widział łez, które im się w oczach zakręciły. Poszli powoli i za chwilę, drżąc całym ciałem, przynieśli zblakłe zwierciadło i postawili je przed nim.
    Nieszczęśliwy człowiek spojrzał zachłannie, potem nagle zamknął oczy, otworzył je znowu i twarz zbliżył do srebrnych zwierciadlanych tafli.
    - Co to znaczy?... - szepnął. Chłopcy milczeli smutno.
    - To zwierciadło jest umarłe albo źle odbija... Bracia moi! Kto jest ten zgrzybiały człowiek?
    Chłopcy nic nie odrzekli odwracając głowy.
    - Kto mnie zaczarował? - wołał on rozdzierającym krzykiem. - Kto ze mnie uczynił starca?
    - Czas, który nie zna litości - szepnął Jacek. - Nie płacz, panie.
    On jednak począł płakać cicho, potem podniósłszy z trudem płachtę czarodziejską zarzucił ją na zwierciadło. Spojrzał na nich i szepnął:
    - Módlcie się za mnie...
    Chłopcy rzucili się ku niemu chcąc go podtrzymać, bo się słaniał, on jednak uśmiechnął się tylko i oddał Bogu ducha.
    - Biedny, nieszczęśliwy człowiek! - szepnął Jacek po długiej chwili. - Wiele wycierpiał, ale teraz sobie odpocznie. Pomódlmy się za tę biedną duszę.
    - Przeklęty czarownik! - zawołał Placek.
    - Namówił on tego nieszczęśliwego człowieka do strasznej rzeczy, ale i na niego przyjdzie jego kres. Módlmy się, bracie...
    Cichość była wielka w zapuszczonym jak las ogrodzie, kiedy w dole wykopanym wśród zdziczałych róż złożyli chłopcy ciało człowieka, co był niewidzialny.
    Wróciwszy do smutnego pałacu, milczeli długo, wreszcie zapytał Placek:
    - Czemu umarł ten człowiek?
    - Z żalu za straconą młodością - rzekł Jacek.
    - Czy młodość jest takim skarbem?
    - Widać, że tak jest i że wiedzą o tym ci, co ją utracili bez pożytku.
    - Jakie to szczęście, że my jesteśmy młodzi! Mówiąc to Placek zbliżył się do wielkiego zwierciadła, zdjął z niego czarodziejską płachtę i długo patrzył.
    - Nie poznaję siebie, Jacku! - rzekł zdumiony. Spojrzał Jacek i też długo patrzył.
    - Tak - powiedział cicho - nie widzieliśmy się wiele lat. Byliśmy mali, teraz wyrośliśmy ogromnie; byliśmy zawsze wygłodzeni, ale teraz wyglądamy jak dwa cienie. Widziałem wiele razy w wodzie odbicie mojej twarzy, ale dzisiaj...
    - Czy dzisiaj jest inna?
    - Zdaje mi się, że jest inna...
    - Czy twarz może się aż tak bardzo zmienić?
    - Twarz? Myślę, że twarz się bardzo nie zmienia, ale coś, co jest poza nią i co wygląda przez oczy, jak przez szyby okna.
    - A cóż tam jest?
    - Nie wiem... nie wiem...
    Znowu spojrzeli w zwierciadło i patrzyli długo, chcąc przez oczy dojrzeć własne dusze, co dojrzały w cierpieniu i które wielka praca nauczyła pokornej mądrości.
    Po długiej chwili Placek, głęboko westchnąwszy, rzekł:
    - Czas nam wracać do matki...
    - Czas! - powtórzył Jacek jak echo.
    - Nie znaleźliśmy szczęścia na świecie.
    - Bośmy go nie szukali; szukaliśmy takiego kraju, w którym próżniactwo jest prawem. Głupi byliśmy, bracie Placku...
    - Przyznaję ci to z całego serca. Wracajmy!
    - Musimy odpocząć przede wszystkim. Zajmiemy ten pałac i przemieszkamy w nim czas dłuższy, a kiedy powrócimy do sił, pójdziemy tam, skądeśmy przyszli.
    - Wrócimy z wielkim wstydem...
    - To mnie najwięcej trapi, że nas wyśmieją. Wyszliśmy jako nędzarze, a wrócimy jako żebracy...
    - Czy jest na to jaka rada?
    - Nie wiem jeszcze, musimy o tym pomyśleć. Żebyśmy mogli przynieść do domu choćby bochenek chleba, już by mi było lżej.
    - Ach, a gdyby tak sto dukatów!
    - Skąd weźmiemy dukaty, kiedy z nas spadają nawet te wstrętne łachmany, w które nas czarownik przyodział. Zresztą, czy ja wiem? Tyle się nam zdarzyło przygód nieszczęśliwych, że może wreszcie kiedy zdarzy się i taka, co nas nakarmi i wzbogaci.
    - Mamy pałac...
    - Tak. Niewidzialny podzielił się z nami swoim dobytkiem, ale czy weźmiesz te ruiny na plecy i poniesiesz do Zapiecka? Chodźmy lepiej poszukać czegoś do zjedzenia, a na zmartwienia będzie czas. Obejrzymy nasze mieszkanie.
    - Będę się bał tutaj spać - mruknął Placek - tak tu pusto i przestronnie.
    Spali jednak w tym smętnym pałacu przez wiele nocy. Dawno już trawa porosła na grobie biednego człowieka, a oni nie mieli odwagi ruszyć w powrotną drogę. Przybyło im sił i ciała, wstąpiła w nich otucha. Zaczęli zapominać powoli o przebytych cierpieniach i znowu po ich pstrych głowach zaczął hulać wiatr. Patrzyli rozradowanym wzrokiem w słońce i w niebieskość nieba.
    - Czegoś ty się tak darł dziś w nocy? - zapytał raz Jacek.
    - Nie wiem, może dlatego, że mi się śniła ciotka koza; zagadała do mnie wielkim basem i chciała mnie tryknąć głową w brzuch. Co znaczy taki sen?
    - Wedle sennika egipskiego - rzekł Jacek - pewne jest, że się z nią ożenisz!
    - Ratunku! - wrzasnął Placek.
    - Byłaby z was dobrana para! - dodał Jacek. Wieczorami siadywali na marmurowych schodach pałacu i nasłuchując ptasich głosów i bajania niedalekiego lasu oglądali cudy, odbywające się na niebie.
    Jednego wieczoru wypłynął spoza drzew księżyc, poważnie zamyślony, i wędrował sobie powoli po niebieskiej drodze; miał twarz dziwnie dobrą i poczciwą, mile uśmiechniętą. Chłopcy patrzyli w niego ciekawym spojrzeniem, bo choć go widzieli wiele razy, nigdy nie patrzyli na niego dłużej. Wiedzieli, że jest, i to im wystarczało; teraz jednak, nie mając nic lepszego do roboty, przyglądali się jego podróży przez długie godziny.
    - Skąd on przychodzi i dokąd dąży? - pytał Placek.
    - Zdaje mi się - odrzekł Jacek - że mieszka za lasem, bo zawsze wychodzi spoza drzew: pewnie tam wśród nich śpi przez dzień jak sowa. Wędruje potem po niebie, bo to pewnie pasterz gwiazd, co ich pilnuje, aby która nie zgasła, a kiedy się zmęczy, to się chowa znowu między drzewa albo wpada do wody. Kiedyśmy byli nad jeziorem, wtedy widziałem, że mieszka w wodzie.
    - Musi być bardzo dobry...
    - Nie zawsze, bo czasem jest taki czerwony, jakby z gniewu.
    - A na kogóż on się może gniewać?
    - Nie wiem: może na gwiazdy, kiedy która wejdzie w szkodę...
    - W jaką szkodę?
    - Czy ja wiem? Już on tam dobrze na tym się rozumie.
    - I on tak zawsze wędruje?
    - Nie wiem, czy już był, kiedyśmy się urodzili, ale odkąd nasza pamięć sięga, to go zawsze widziałem na niebie.
    - Ja myślę, że on jest bardzo nowy, bo się świeci.
    - A czemu psy go tak nie lubią?
    - Pewnie dlatego, że im nie daje spać i wyprawia gębą dziwne miny.
    - Strasznie to jest śmieszna istota. A dlaczego czasem to go wcale nie ma?
    - Może odpoczywa i gdzieś śpi w wodzie. Czy ty myślisz, że to przyjemna robota łazić tak bez przystanku po całym niebie w nocy i do tego samemu?
    - Gdybyśmy byli księżycami, toby nas było dwóch, byłoby jaśniej.
    - Pewnie, ale psy wyłyby dwa razy głośniej.
    - To byłoby śmieszne! My mamy doskonałe gęby na księżyc. Patrz, jak on się śmieje!
    - On się zawsze śmieje, zresztą tu nie ma żadnego psa, więc mu wesoło. Ależ się świeci! Z czego też on jest zrobiony?
    - Ja myślę, że ze złota.
    - Ze złota? Czekaj no, Placku... Tak, tak... To, cośmy widzieli w zamku złotych ludzi, miało tę samą żółtą barwę, jaką ma on, a to było złoto. A, tak, tak!... Że mi też to nigdy nie przyszło do głowy!
    Umilkli, spoglądając, jak księżyc, do syta się napatrzywszy na to, co się stało przez dzień na świecie, zaczął się toczyć w dół jak złote koło. Dotknął czubów drzew i począł się chylić nisko ku ziemi.
    - Tam musi być woda - szepnął Jacek - on lubi spać w wodzie... Że też mi to nigdy nie przyszło do głowy... Placek!
    - Co takiego?
    - Jak myślisz, ile też można by zrobić dukatów z takiego złotego księżyca?
    - Nie wiem, nigdy nie widziałem dukata, ale pewnie bardzo wiele.
    - Sto można by zrobić?
    - Może nawet więcej, ale dobrze nie wiem, bo jestem śpiący...
    Tej nocy śniło się Jackowi samo złoto. Rano obudził się zamyślony, zamyślony przewałęsał się przez cały dzień i niecierpliwie wyglądał wieczora.
    Kiedy księżyc wypłynął na swoją nocną służbę, Jacek przypatrywał mu się pilnie i kręcił głową, zważywszy, że jest jakiś większy niż wczoraj i bardziej pełny. Przez długie godziny trwał w milczeniu aż do chwili, kiedy księżyc wtoczył się między drzewa. Jacek zapamiętał sobie, że zawsze schodzi ku ziemi w tym miejscu, gdzie rosną rozłożyste lipy.
    Skinął na Placka i rzekł cicho:
    - Chodź, Placek, mam ci coś ważnego do powiedzenia...
    Szeptali długo w noc.
    - Jeżeli się uda - rzekł wreszcie głośno Jacek - będziemy mieli z czym powrócić do Zapiecka.
    - Strasznie jesteś mądry! - zawołał z uznaniem Placek.
    - Ktoś z nas przecie musi być mądry - odpowiedział Jacek. - Jutro przeto o świcie pójdziemy w tę stronę, gdzie rosną lipy. Jeżeli poza nimi jest woda, to wszystko się uda. Byle tylko niebo było pogodne!
    Niebo, wedle jego marzenia, było następnego dnia bez skazy, lazurowe i przeczyste. Radość, świeża i rześka, napełniła cały świat i ich serca.
    Chłopcy gorączkowo przygotowywali się do drogi: obeszli wszystkie komnaty pałacu, przejrzeli się w zwierciadle, w którym dostrzegli dwóch dryblasów, dobrze już odżywionych i wypoczętych, po czym starannie złożyli płachtę czarnoksięską, którą Jacek niósł troskliwie, Placek zaś dźwigał dwa potężne kije, długie i giętkie.
    Poszli w stronę, w której rosły lipy, a kiedy już byli daleko, rzekł Placek:
    - Jacku! Zapomnieliśmy być na grobie Niewidzialnego...
    - Daj mi pokój - odpowiedział niecierpliwie Jacek - mam teraz inne zmartwienia!
    Placek zamilkł, ale obejrzawszy się ukradkiem, pożegnał ostatnim spojrzeniem dalekie już mieszkanie nieszczęśliwego człowieka i coś zaczął szeptać... Może modlitwę...
    Szli długo przez lesiste pustkowie, gorączkowo i szybko.
    - Zgadłem! - zawołał nagle Jacek. - Jest woda!
    W oddali istotnie błysnęło srebrnym blaskiem wygładzone przez słońce rozlewisko wody. Strumień, urodzony w lesie, rozszerzał się równomiernie i nabrawszy powagi, utworzył niewielkie jeziorko, licznie zamieszkane przez krzykliwe żabie tałatajstwo. Jezioro było płytkie i urocze.
    - To musi być tu - rzekł drżącym głosem Jacek.
    - Oby się tylko udało! - szeptał Placek.
    - Mamy wiele czasu - mówił Jacek - i dobrze się rozejrzymy.
    - Jak to zrobić? - zapytał Placek.
    - Jeszcze dobrze nie wiem, ale mamy cały dzień do namysłu.
    - A co będzie, jeśli nas dojrzy?
    - On się wcale nie boi ludzi, zresztą skąd się może domyślić, co go czeka? Przez myśl mu to nie przejdzie!
    - Tak, to naprawdę trudno przypuścić, że ktoś chce ukraść.
    - Milcz! - krzyknął Jacek.
    - Przecież jesteśmy sami!
    - A ptaki, a drzewa, a żaby?
    - Ach, prawda!
    - To pewnie wszystko jego przyjaciele... Ukryjmy się w trawie i ani pary z ust.
    - Jeść można?
    - Byłeś bardzo, swoim zwyczajem, nie zgrzytał zębami... Cicho!
    Wszystko przez dzień spało w słonecznym upale; czasem tylko bąk, wieczny włóczęga, potoczył się, bucząc, przez powietrze, zabrzęczała pszczoła albo też ryba, której się ni stąd, ni zowąd zachciało zobaczyć boży świat, cisnęła się z wody rozpryskaną tęczą. Cały świat pił słońce jak mocne wino, więc leżał w miłym odurzeniu, czekając deszczu wieczornej rosy. Kiedy zaś zaczęła padać, kwiaty rozchyliły purpurowe usta, prostowały się trawy, liście szumiały radośnie.
    Jacek wparł się spojrzeniem w niebo, które zaczęło się srebrzyć daleko, daleko.
    - Idzie! - szepnął.
    - Idzie!... - powtórzył Placek. - Będzie tu za jakie trzy godziny...
    Drżeli w niecierpliwym oczekiwaniu, coraz to spoglądając na niebo.
    Żaby poczęły rechotać, żadne bowiem stworzenie na świecie nie ma tyle do opowiadania, co żaby: od początku świata co wieczór gadają to samo, widać jednak, że niesłychane historie dzieją się w każdym stawie, bo gadaniu nie ma i nie będzie końca. Tego wieczora, widać, obgadywały księżyc, bo rejwach był pełen zachwytu.
    Kiedy księżyc minął szczyt nieba i dobrymi oczyma zmierzył stromą drogę, wiodącą na ziemskie niziny, Jacek szepnął:
    - Kiedy już zobaczymy, gdzie się ma zanurzyć, podejdziemy tam chyłkiem... Podstawimy sak i sprawa skończona.
    - A jeśli tam bardzo głęboko?
    - Ta woda nigdzie nie jest głęboka, żaby nie lubią głębi.
    - Och, jak mi serce bije!
    - To nic... Będziemy bogaci, Placku!
    Księżyc spojrzał z bliska poczciwym wzrokiem na ziemię; zaszumiały jakby na przywitanie drzewa, zaszemrała woda, złotą pieszczotą miesięcznego światła dotknięta, zakrzyknęły swoje senne pozdrowienia wodne ptaki, słysząc to żaby zapragnęły być najważniejsze i o trzy tony podniosły swoje trajkotanie. Księżyc jak pan dobry i łaskawy, co z dalekiej powraca podróży, uśmiechał się mile, w uśmiech całą szeroką swoją zamieniwszy twarz.
    - Uśmiecha się - szepnął Placek.
    - Nie widzi nas - rzekł Jacek. - Zniża się ku tej zatoczce, gdzie rosną wierzby. Prędzej, prędzej!...
    Jak dwa duchy i jak dwa srebrne cienie, pochyleni, kocimi ruchami sunęli przez bujne trawy.
    - Księżyc jak ptak, co się na skrzydłach waży, nim zapadnie na wody, chwiał się nisko, mądrymi, dobrymi oczyma patrzył w dal, jakby mu żal było, że za chwilę wszystko na świecie, co teraz za jego sprawą jest złote, poszarzeje i otuli się w mroku. Nie widział więc, że w tym miejscu, w którym co nocy zapadał w wodę na odpoczynek, dwa cienie rozpostarły ogromną płachtę, na dwóch zawieszoną kijach; na poły zanurzyli ją w wodzie, jak sak, i czekali nieruchomo, stężali w oczekiwaniu. Cienie stały po pas w wodzie, tak że w migotliwym świetle mogły udawać zarysy dwóch wierzbowych pni. Ujrzały je żaby i zrozumiawszy w bystrym rozumie, że tu się jakaś niesłychana gotuje nieprawość, zamilkły na chwilę ze zdumienia, nagle jednak podniosły taki rwetes, krzyk i lament, jak gdyby świat cały zapadał się w przepaść. Każda wykrzykiwała ostrzeżenie, lecz w złączonym, straszliwym zgiełku żadnego rozumnego nie można było dosłuchać się sensu.
    - Przeklęte żaby! - szepnął Jacek.
    - Już... już... - szepnął Placek.
    Księżyc, słuchając żabiego hałasu, uśmiechał się pobłażliwie i brzegiem swojego złotego kręgu dotknął wody.
    Nagle ucichło wszystko dookoła, jakby z przerażenia: przestały szumieć drzewa, zamarł szept wody.
    Księżyc, który już oczy przymykał, otwarł je jednak ze zdumienia, chcąc poznać, co się dzieje w całej naturze i skąd to nagłe milczenie. Wtedy zrozumiał... Za późno! za późno! Już był do połowy zanurzony w wodzie i złotym swoim ciężarem spadał w nią nieuchronnie. Drgnął i jakby się chciał dźwignąć... Na dobrej, poczciwej jego twarzy odbiło się przerażenie, w tym jednak momencie zamknął się nad nim sak, a chłopcy spotniali z nadmiernego wzruszenia, na ramionach oparłszy kije, z wielkim trudem dźwignęli go z wody i wyszli na brzeg z najdziwniejszą złotą rybą, jaką kto kiedykolwiek złowił na tym świecie.
    Coś się strasznego stało w tej chwili, bo zdawało się, że padł na ziemię niezmierny jakiś smutek i przygnębienie. Zbudził się wiatr i pognał, wykrzykując straszliwą nowinę, że ukradziono księżyc. Usłyszawszy to drzewa załamały ręce i w wielki, rozgłośny uderzyły płacz. Wody wydęły się gniewem i rozpaczą. Ptaki, odurzone snem, kwiliły żałośnie. Gwiazdy przybladły z trwogi i płakały złotymi łzami. Ludzie, którzy jeszcze nie spali, zadrżeli w sercach.
    Jeden tylko ozwał się radosny głos, ale przykry i niepokojący.
    - Ha! ha! ha! - zaśmiał się ktoś ohydnym śmiechem - nareszcie będzie mrok, mrok, mrok. Nie trzeba nam światła wśród nocy! Ha! ha! ha! Był to puszczyk.
    A po chłopcach przeszedł dreszcz.
    Poczuli w głębi dusz, że się za ich sprawą stało coś niegodnego. Zdawało im się, że zabierają, na swoją własność rzecz niczyją, nikomu niepotrzebną, złote cacko, a usłyszeli dookoła siebie żałosny płacz całej przyrody. Przerazili się swojego czynu. Takie mieli wrażenie, jak gdyby ukradli poświęcony przedmiot z kościoła albo jakby zdjęli wieczną lampę złocistą, co świeciła w niezmiernej świątyni świata przed ołtarzem usianym gwiazdami.
    Siedzieli w mroku i serca mieli struchlałe. Obok nich, owinięty płachtą, leżał uwięziony złoty ptak nieba, lampa świata, włodarz gwiazd, cudo tajemnicze, dobrotliwy, łaskawy, cichy księżyc. Przez przędziwo zmoczonej płachty siał się blask taki, jak świetlista mgła, bo ukradzione z niebiosów światło można splugawić i sponiewierać, ale nie można go zadławić, aby zgasło.
    Noc była ciemniejsza niż zwykle i pełna szumnych niepokojów, które dopiero dzień uciszył.
    Wraz ze wschodem słońca nabrali chłopcy odwagi; księżyc, widać, spał spokojnie i zapewne zamknął oczy, bo dzień był promienny.
    Jacek, po długiej ze sobą walce, przyczołgał się do związanej sznurem płachty, rozchylił ją ostrożnie i spojrzał zalęknionymi oczyma.
    - Jest! - szepnął.
    - Czy patrzy? - pytał Placek.
    - Nie wiem, widziałem tylko brzeg. Jest cały ze złota.
    - Co teraz? - szeptał Placek.
    - Weźmiemy go na ramiona i poniesiemy. Musimy zajść do jakiegoś miasta i tam go sprzedamy złotnikom.
    - A jeśli nas spytają, skąd go mamy?
    - Czy ja wiem? Powiemy, żeśmy go znaleźli, kiedy spadł z nieba. Ale stąd trzeba nam uciekać, tu nie jest bardzo bezpiecznie. Słyszałeś, co się działo dzisiejszej nocy? Cały świat płakał! Gdyby teraz nastały chmurne noce, nikt nie zauważy, że go nie ma na niebie, i łatwo go sprzedamy. Placku! Będziemy bogaci! Bardzo będziemy bogaci!
    - Czegoś się boję - szeptał Placek.
    - Czego się boisz? Gdybyśmy ukradli słońce, to co innego. O słońce mogłaby być wielka awantura, ale komu był potrzebny księżyc?
    - A czemu po nim tak płaczą?
    - Może dlatego, że był bardzo ładny?... Ale to trudno! Jesteśmy biedni i chcemy być bogaci.
    - Tak, ale...
    - Przestań, bo sprowadzisz na nas nieszczęście! Zaczął gorączkowo przywiązywać płachtę do kija, po czym schwycił jeden koniec, a drugi kazał chwycić Plackowi.
    - Na ramiona! - zawołał.
    Kij aż się wygiął pod ciężarem, oni zaś poczęli iść z wielkim trudem.
    - Nie wiedziałem, że złoto jest tak ciężkie - westchnął Placek. - W którą idziemy stronę?
    - Okrężną drogą wciąż na wschód, bo stamtąd zaczęła się nasza wędrówka.
    W utrudzeniu szli przez cały dzień, często odpoczywając. Na popasach ostrożnie zaglądali do wnętrza płachty i cieszyli się złotym blaskiem, który w słonecznym świetle jak gdyby nieco przygasł i zbladnął, wieczorem zaś układali swój ciężar pod drzewem i nakrywali go mchami i liśćmi, nie mogąc znieść widoku tej świetlistej aureoli, która promieniała z dziwnego tobołu. Ze zdziwieniem dowiadywali sję, że wieść o kradzieży księżyca biegła przed nimi, zaraz bowiem po nastaniu wieczoru zaczynał się płacz drzew i rzewne narzekanie wód. Tego zaś nie wiedzieli, że na całej ziemi płakano nad stratą księżyca. Najserdeczniej lamentowali poeci, którzy najpiękniejsze wtedy pisali wiersze, kiedy on się do nich dobrotliwie uśmiechał lub kiedy wędrował nad wodą i odbijał się w toni, prześliczny i czarowny. Płakali wędrowcy, którym oświecał drogi. Płakali pastuszkowie, którzy nocą paśli konie. I żeglarze płakali, bo zagasnął na morzach złotem wyścielany gościniec. Płakali biedni, którzy przed nim swoje wywodzili żale, wiedząc, że ich pieszczotą promienistą pocieszy i zajrzy w znękane serca.
    Gdyby chłopcy o tym wiedzieli, może byliby rozwiązali płachtę i wyjąwszy księżyc troskliwie wrzuciliby go w toń wody, aby nazajutrz ukazał się na niebie. Nie słyszeli jednak płaczu całej ziemi, a nie chcieli słyszeć smętnego żalu drzew i wód. Chcieli być bogaci.
    Duma ich upoiła, że do nieszczęsnego Zapiecka powrócą ozłoceni i strojni, chcieli też znaleźć się tam jak najprędzej. Dźwigali przeto swój złoty ciężar uginając się pod nim. Szli i szli z twardym uporem, czujnie strzegąc swojego skarbu; zawsze go pilnował jeden z nich, kiedy drugi szedł na poszukiwanie pożywienia.
    Po kilku dniach zdawało im się, że weszli w kraj .zaludniony.
    - Trzeba się będzie mieć na baczności - rzekł Jacek - gdyby nas kto zapytał, co niesiemy, powiemy, że kamień, bardzo ciężki kamień do młyna.
    - Ciężki? - rzekł Placek. - Czy nie zauważyłeś, że od niejakiego czasu księżyc stał się jakoś lżejszy?
    - I mnie się tak zdawało... Myślę jednak, że już przywykliśmy do ciężaru, i stąd pochodzi to uczucie.
    - Mnie się jednak zdaje, że coś się z tym księżycem wyprawia.
    Jacek spojrzał na niego zaniepokojony.
    - Co się może wyprawiać? Zresztą trzeba zobaczyć. Rozchylił płachtę i spojrzawszy, wykrzyknął.
    - Co się stało - pytał Placek - czy uciekł?
    - Nie! nie uciekł, ale... ale... została z niego tylko połowa! Spojrzyj!
    Placek spojrzał i zdumienie jego nie miało granic.
    - To są jakieś czary! Może pękł na dwie części, a wy zgubiliśmy jedną?
    - To niepodobna! Jeden z nas szedł zawsze w tyle byłby musiał to zobaczyć. Placku, ja myślę, że on... że on... umiera!
    - Czy księżyc może umrzeć?
    - Widać może. Na niebie nie zawsze jest okrągły!
    - Tak, tak... Co robić?
    - Musimy biec pośpiesznie, aby sprzedać choć połowę. Będziemy iść dniem i nocą, zanim nie dotrzemy do ludzi. W drogę!
    Gnała ich zabobonna jakaś trwoga, bo poznali, że jakieś siły nieznane i tajemnicze, bez przemocy i gwałtu, nie chcą ku pozwolić na spełnienie świętokradztwa. Pot lał się z nich strumieniami, ranili stopy o ciernie, odparzone mieli ramiona.
    - Znowu jest lżejszy! - wołał Placek.
    - I znowu jest mniejszy! - wołał Jacek, przeplatając słowa łzami. - Prędzej, prędzej!
    Już im brakło sił, ale mieli coraz mniejszy ciężar na ramionach. Minęło znów kilka dni, kiedy bez tchu prawie legli pod drzewem, a Jacek z trwogą zajrzał do płachty.
    - Nieszczęście! - krzyknął. - Z księżyca został tylko złoty rogalik! Jeszcze jednak wiele za niego dostaniemy pieniędzy, jeśli dojdziemy do miasta.
    Nazajutrz gorejącymi oczyma ujrzeli w sinej oddali wieże wielkiego jakiegoś miasta.
    - Pod wieczór tam będziemy - rzekł Jacek - i może nam się opłaci nasz ciężki trud.
    - Bogdajby tak było! - odpowiedział Placek, który szedł w tyle. - Ale spojrzyj tylko, co to się dzieje z płachtą.
    Jacek przystanąwszy, szybko się odwrócił.
    - Co się dzieje?
    - Wiatr nią targa...
    - Przekleństwo! - krzyknął Jacek. - Zobaczymy, czy w niej jest co jeszcze?
    Rozgarnął płachtę i oniemiał: płachta była pusta. Pozostało w niej trochę złocistej mgły, którą wiatr w tej chwili ozłocił sobie skrzydła i odleciał uradowany.
    Chłopcy usiedli na trawie i patrzyli na siebie zdumieni.
    - To są jakieś przeraźliwe czary - rzekł Jacek z oczyma pełnymi łez. - Po co namęczyliśmy się tak okrutnie?
    - Jak on mógł zniknąć? - pytał Placek sam siebie.
    - Jak on mógł zniknąć?
    - To chyba ta zaklęta płachta temu winna! - krzyknął Jacek, po czym, porwawszy ją w wielkim gniewie, podbiegł ku rzeczce, co niedaleko płynęła, i cisnął ją w wodę.
    Nie słyszał, że woda aż zaszemrała z wielkiej radości.
    Siedzieli osowiali i zgryzieni: osłabli z nadmiernego zmęczenia, nie mieli do niczego ochoty, nie chciało im się ani jeść, ani pić. Przesiedzieli tak przez cały dzień, wciąż żałośliwie wzdychając, aż do wieczora.
    - On już musiał umrzeć wczoraj - mówił Placek.
    - Ale gdzie się podział? Kto nas tak prześladuje? Mieliśmy skarb w ręku i sczezł nam w oczach. Ale gdzie się podział?
    - Boże drogi! - krzyknął nagle Placek.
    - Co ci się stało?
    - Tam! tam!... patrz... ponad wodą...
    Jacek spojrzał i najwyższe zdumienie odbiło się na jego twarzy.
    - To on! - wrzasnął.
    - Tak, to księżyc.
    Na liliowym niebie ukazał się cieniutki sierp księżyca. Na jego widok radość wielka zapanowała na ziemi i na niebie: radowały się szemrzące wody, radowały się rozchwianym śpiewaniem drzewa.
    Chłopcy podnieśli się ciężko, pełni żałości i wstydu.
    - Strasznie byliśmy głupi! - rzekł głucho Jacek. Placek nic nie odrzekł, bo oczarowanym spojrzeniem patrzył na księżyc.
    Znajdowali się na wzgórku, na którym stał słup z cudownym obrazem. W oddali widać było, jak wieże miasta pną się ku niebu.
    - Chodźmy! - rzekł Placek.
    Nagle ciszę wieczoru rozdarł przeraźliwy krzyk i straszliwe hałłakowanie. Nie minęła chwila, a chłopcy leżeli związani na ziemi.
    - Zbójcy? - pomyślał Jacek i omdlał z trwogi.
    A sierp księżyca posuwał się po niebie, jak gdyby kosił lilie zachodu, które padały na cały świat.

poprzedni Spis treści następny