Kornel Makuszyński




ROZDZIAŁ CZTERNASTY

w którym Jacek i Placek budują wieżę,
łzami spajając kamienie

    Okrążywszy obszerne jezioro, na którym szalały pelikany, tak zajęte żarłocznym połykaniem ryb, że nawet nie zauważyły odejścia swoich mimowolnych dobroczyńców, szli chłopcy powoli bezdrożem przez las, rozmyślając o tej szczęśliwej matce i o miłującym synu. Nie mówili o tym ze sobą, bo się siebie wstydzili wzajemnie.
    Już im teraz było wszystko jedno, dokąd idą... Co ich czeka? Dokąd zawędrują w tej nierozumnej wędrówce? Najchętniej by wrócili, lecz już by nie zdołali zwinąć w kłębek tej nici, którą rozwinęli w nieskończone zygzaki dróg przebytych, już by nie potrafili wrócić.
    Teraz gnał ich wstyd i rozczarowanie. Lepiej im było na kawałku kamienistego pola niż na tych rozłogach świata, gdzie przymierają głodem i czasem cudem tylko wymykają się śmierci. Wędrują już przez wiele dni, nocy, a nie znaleźli tego kraju, w którym nie ma pracy i trudu, więc zaczęli wątpić, czy go kiedykolwiek znajdą? Oszukali się nawzajem... Szli więc przed siebie w bezsilnej rozpaczy, zbiedzeni i wychudli. Pożywili się serdecznym słowem tej dobrej kobiety, która ich przygarnęła do piersi, i było im przez chwilę dobrze. Teraz jednak było im jeszcze smutniej w lesie bez końca, pełnym gąszczów i mrocznego cienia. Nie czuli już lęku, bo widzieli tyle strasznych rzeczy, że już się oswoili ze strachami i tajemnicami, ale czuli w sercach wielki smutek i tęsknotę za czymś, czego nie umieli nazwać.
    Las szumiał dookoła nich i żalił się szumiącą skargą, że go dręczą wichry, a słońce nigdy w jego wnętrze nie wchodzi. Był to las bardzo smutny, bo wieczna w nim kisła ciemność, drżąca od wieczystego chłodu. Czasem chłopcy usłyszeli oddalone wycie wilka, a ani razu nie słyszeli głosu ptaka, jakby tu ptaków nie było w tej rozszumianej ciemnicy.
    - Przejdźmy prędko przez ten las - rzekł cicho Jacek dziwnie tu niemiło.
    - Kiedyś się skończy - mówił Placek. - Ot tam drzewa już są rzadsze.
    Wyszli na polanę, na której ze zdumieniem ujrzeli kozę.
    - Patrz, Placku, koza - rzekł Jacek - gdzieś blisko muszą być ludzie.
    - Odważna to jakaś koza - wykrzyknął Placek. - W tym lesie są wilki, co jej zupełnie nie przeraża. Może dlatego, że taka ogromna...
    Koza spojrzała na nich smutno i zaczęła kroczyć przez polanę, przystając czasem i odwracając głowę.
    - Takie ta koza robi miny, jakby chciała, żebyśmy szli za nią.
    Koza beknęła żałosnym głosem.
    - Odważna to może ona jest - rzekł z uśmiechem Jacek - ale dziwnie smutna; kozy bywają zwykle wesołe, ale ta ma jakieś zmartwienie. Hej, kozo, co cię dręczy?
    Koza spojrzała na nich rozumnym wzrokiem, ale nic nie odrzekła.
    - Może jest głuchoniema i dlatego jest smutna.
    - A może nie zna ludzkiego języka, bo w tym pustkowiu trudno jej się było nauczyć.
    - A pelikany skąd go umiały?
    - Taki ptak bywa na świecie, więc wiele słyszy, zresztą ptaki mają do gadania zdolność. Kozy jednak rzadko kiedy mówią.
    - A baran w Zapiecku czy nie gadał?
    - Rozumieć, to wszystko rozumiał, ale nie wiem, czy gadał, bo byliśmy z nim w złych stosunkach, wiec nie było sposobności, aby się przekonać. Dokąd ta koza nas prowadzi^
    - Już się las kończy i zaraz wyjdziemy na pole.
    - Mądra to jakaś koza.
    Słysząc to koza obejrzała się i wykrzywiła gębę jakby w uśmiechu.
    - Ona nawet kiedy się śmieje, to bardzo smutno. Koza westchnęła i zabeczała rozdzierającym bekiem.
    - Jeszcze tu zwabi wilki - rzekł Jacek - chodźmy za nią prędzej.
    Koza zaczęła biec, jakby rozumiała ich słowa, a oni biegli za nią. Słońce już się miało ku zachodowi, kiedy oni przebiegali jakieś kamieniste pole, potem weszli w gmatwaninę rozpadlin i wąwozów.
    - Nie podoba mi się ta okolica - rzekł Jacek - i nie wiem, czy to dobrze, że wchodzimy w te głusze. Skąd się tu nagle wzięła koza i dokąd ona nas prowadzi?
    - Ona nas wcale nie prowadzi, tylko zwyczajnie zabłąkała się i teraz wraca do zagrody.
    - Ej, czy to tylko zwyczajna koza?
    - Ma wyłupiaste ślepia i taki śmieszny pysk jak każda koza.
    W tej chwili koza usłyszawszy to przystanęła w biegu, nasrożyła się i jednym skokiem zbliżywszy się do Placka wyrżnęła go łbem w brzuch tak, że się Placek wykopyrtnął.
    - Przeklęta kozo! - krzyknął powstając. Jacek zaczął podskakiwać ze śmiechu.
    - Jest to - zawołał - najmędrsza koza na świecie i najprzystojniejsza ze wszystkich, jakie widziałem w życiu.
    Koza fiknęła z radości i spojrzała na Jacka wdzięcznym wzrokiem.
    - To jest obłąkana koza! - krzyczał Placek.
    Koza znowu przystanęła i pochyliła głowę do uderzenia.
    - …Ale w istocie jest prześliczna! - dodał prędko Placek.
    Widać, że ją ten dodatek udobruchał, bo zaczęła biec dalej truchcikiem, a chłopcy za nią.
    - Gdzieś tu musi być dom - rzekł Jacek - bo czuję dym.
    - Ale jakiś przykry dym - mówił Placek poruszając nozdrzami - coś się w nim wędzi.
    - Jeśli się cokolwiek wędzi, to już dobrze - zawołał wesoło Jacek.
    Wkrótce ukazały się jakieś wysokie zabudowania, otoczone wysoką palisadą. Stały one w zupełnym pustkowiu, groźne i ponure. Z komina wydobywał się dym i leniwie pełzał po równinie.
    - Nareszcie ludzie - westchnął Placek.
    - Dzięki ci, rozumna kozo - rzekł Jacek wesoło.
    - Och! - westchnęła koza dziwnym basem i takim smutnym głosem, jakby ją żywcem przypiekano.
    - Ona jednak coś gada - rzekł Placek.
    Koza, stanąwszy przed ponurą bramą, beknęła trzykrotnie rozdzierającym bekiem.
    W tej chwili ozwał się za palisadą bardzo uprzejmy głos:
    - Zaraz, zaraz, droga ciotko... Czy przyprowadziłaś ze sobą gości?
    - Tak! - zabeczała koza.
    - A z nami nie chciała gadać! - śmiał się Jacek. - Hej, otwórz nam, dobry człowieku!
    - Już otwieram, już otwieram - mówił ktoś za bramą. - Proszę, bardzo proszę, witamy naszych drogich gości!
    Brama otwarła się tak tylko, że z trudem można się było przecisnąć.
    - Wejdźcie, najmilsi panowie! - odezwał się głos. Chłopcy weszli z trudem jeden za drugim, a koza za nimi.
    Bramę ktoś zatrzasnął w tej samej chwili, kiedy oni ujrzawszy potwornego jakiegoś człowieka chcieli się cofnąć z przerażenia.
    - Jesteście nareszcie, robaczki - zaskrzeczał okropny głos, który jeszcze przed chwilą brzmiał przymilnie.
    Zadrżeli, ujrzawszy, kto do nich przemawia.
    Stał przed nimi stwór okropny, mało podobny do człowieka; ogromny, z rudą szczeciną na głowie, potwór ten miał ręce nadmiernie długie, u każdej po dziesięć palców. Na czole miał jedno oko, a z tyłu głowy drugie, złe i krwawe. Najdziwniejsze jednak były jego bose nogi, bo każda z nich tak wyglądała, jakby była złożona z dwóch; nogi jego nie miały pięt, lecz z odwrotnej strony miały także palce, z przodu sześć, z tyłu cztery, tak że mógł chodzić przodem i tyłem. Był on niezmiernie chudy, miał długi nos, zakrzywiony ku brodzie, i wcale nie miał zębów; za to język, cienki i czerwony, potrafił wysunąć na dwa metry przed siebie.
    Chłopcy nie mogli się poruszyć, pobici lękiem, potwór zaś zwróciwszy się do kozy mówił głosem przypominającym rżenie konia:
    - Dobrześ się sprawiła, moja ciotko, ha! ha! Piękne to są chłopaki i bardzo mi się przydadzą.
    Jacek odzyskawszy przytomność objął Placka ramieniem i krzyknął:
    - Czego chcesz od nas? Wypuść nas natychmiast!
    - Hi! hi! hi! - zarżało dzikim głosem monstrum - czy się wam nie podobam? Słyszysz, ciotko, ci panicze chcą stąd odejść dlatego, że ja mam oko w tyle głowy. Nie każdy jest taki piękny jak wy. Dawno nie widziałem takich dorodnych młodzieńców.
    Wyciągnął ku nim okropne swoje ręce, chcąc ich chwycić; chłopcy cofnęli się jednym susem w tył, lecz ujrzeli z przerażeniem jak jego ręce wyciągają się tak jak ramiona ośmiornicy i stają się tak długie, jak tylko on zechce. Jedna taka ręka chwyciła za kark Jacka, druga Placka, którzy poczuli, że ich wielka siła odrywa od ziemi; potem potwór skurczył swoje macki i trzepoczących nogami chłopców przybliżył do swojego krwawego oka. Uczyniło się ono ogromne jak księżyc i wpatrywało się w nich z taką siłą, że chłopcy zdrętwieli, jak ptaki ujarzmione odbierającym wszystkie siły wzrokiem węża. Potwór łypnął tym okiem z wielkim zadowoleniem i - postawiwszy ich na ziemi - zarechotał:
    - Zadowolony jestem z ciebie, ciotko. Zdejm teraz skórę i idź odpocząć, boś się nabiegała.
    Chłopcy patrzyli z przerażonym zdumieniem, jak koza, w górę podskoczywszy, zrzuca z siebie włochatą skórę, z której zaczęła się gramolić brzydka wiedźma ze spłaszczonym nosem. Skóra znikła, a wiedźma łachmanami okryta westchnęła z ulgą takim westchnieniem, że aż wiatr powiał. Zbliżyła się do chłopców i rzekła niskim, grubym basem, wskazując na Jacka:
    - Ten od razu poznał, że jestem przystojna, wiec mu nie czyń nic złego, ale temu - zagrzmiała jeszcze głębszym basem, wskazując na Placka - sama przy sposobności ukręcę głowę!
    - Idź już spać, ciotko! - zacharczał olbrzym. - Jesteś taka piękna jak beczka kapusty, a ja się już zajmę nimi oboma.
    - Hu! hu! - jęknęła basem wiedźma i znikła w jakiejś szopie.
    Chłopcom zdawało się, że świat cały z nimi się kręci. Patrzyli z rosnącym przerażeniem na to wszystko, poznawszy, że się do jakiegoś okropnego dostali domu i do jakichś strasznych ludzi czy też czarowników. Obejrzeli się spłoszonym, nieprzytomnym spojrzeniem dookoła szukając rozpaczliwie wyjścia: dookoła sterczała zębiasta, wysoka palisada, szczerząc ostre końce słupów.
    - Hi! hi! - zarżał olbrzym - myślicie, jak by uciec? Ptak chyba stąd wyleci, ale wy pozostaniecie tu już na zawsze. Dawno ja już mam na was oko, a wczoraj dała mi o was znać moja córka, którą zamieniłem we wronę, a dzisiaj przywiodła was tu moja ciotka, zamieniona przeze mnie w kozę.
    - Dlaczego nas więzisz? - zawołał z płaczem Jacek.
    - Bo mi się tak podoba! - zarżał potwór.
    - I co chcesz z nami uczynić? - pytał z drżeniem Placek.
    - Będziecie tu u mnie pracowali - śmiał się rozdzierającym śmiechem krwawooki. - Młodzi jesteście i możecie pracować.
    - Wcale nie umiemy i nie będziemy pracowali.
    - Hi! hi! Gdzie indziej może byście nie umieli, ale u mnie się nauczycie.
    - Co nam każesz robić?
    - O tym sobie pogadamy jutro, bo teraz już wieczór. Teraz pójdziemy spać. Wy będziecie spali na świeżym powietrzu, hi! hi! tu, na tym podwórcu.
    Chłopcom musiała zaświtać w oczach migotliwym promyczkiem nagła jakaś nadzieja, bo potwór zaśmiał się urągliwie:
    - Chcielibyście uciec? O nie, moje robaczki. Stąd jeszcze nikt nie uciekł.
    Powiedziawszy to, chwycił ich za karki i wtłoczył do przygotowanych dołów, potem kilku ruchami okropnych swoich nóg przysypał ich ziemią, tak że ponad nią wyglądały tylko ich głowy.
    - Będzie wam tu - zaśmiał się - jak w powijakach albo jak w grobie. Śpijcie, synkowie, smacznie, śpijcie, a jutro obmyślę dla was robotę.
    Łypnął ku nim przednim okiem, a potem wciąż na nich patrząc, poszedł tyłem i wszedł do ogromnej szopy. Dwie głowy patrzyły na siebie wzrokiem pełnym łez.
    - O, bracie Jacku! - szepnął Placek.
    - O, bracie Placku! - zapłakał Jacek - co się z nami stanie?
    - O, na co nam przyszło? Boże, bądź nam miłosierny!
    - O matko, co się dzieje z twoimi nieszczęśliwymi dziećmi?!
    - Tu już spotka nas śmierć...
    - Żeby tylko śmierć - płakał Jacek - ale przedtem straszne przejdziemy męczarnie.
    - Do domu, do domu! do matki! - zawodził Placek.
    - Cicho tam bądźcie, bo spać nie można! - wrzasnął jakiś głos, a równocześnie spod okapu dachu wyjrzała ogromna wrona.
    - To jego córka... - szepnął Jacek.
    - Oczy wam wydziobię, jeśli nie przestaniecie hałasować! - zakrakał ptak i ukrył się pod dachem.
    - Nie płacz, braciszku - szepnął cicho Jacek.
    - O, mamo, moja mamo... - chlipał wciąż Placek. Żywcem tak zakopani, usnęli i posępne mieli sny. Przenikał ich chłód ziemi, a każdy szmer ich budził. Nad ranem dopiero objął ich głowy martwy sen, wtedy jednak poczuli, że ich ktoś siłą dobywa z ziemi, tak z niej wyciąga jak marchewkę. Otwarli oczy i ujrzeli potwora.
    Był to ohydny czarownik, który się schronił w te nieprzebyte lasy i podstępnie łowił ludzi, by mu służyli. Pragnął on sobie zbudować potężny zamek, gdzie by mieszkał bezpiecznie i wykonywał swoje ciemne praktyki. Był on okropnie skąpy i dlatego córkę zmienił we wronę, aby sobie szukała jedzenia po świecie, a gadającą ciotkę zamienił w kozę, aby się mogła paść w lesie. Miał on też i żonę, lecz tak ją zadręczył i zamorzył głodem, że pozostał z niej tylko cień. Chłopcy ujrzeli ją właśnie, bo potwór zakrzyknął:
    - Ej, żono, przyjdź no tu i zobacz, kogo złowiliśmy w lesie.
    Choć nikt się nie zjawił, on rżał:
    - Czy ci się podobają?
    - Same tylko żyły z nich zostały... - ozwał się jakiś głos.
    Chłopcy patrzyli dookoła chcąc zbadać, skąd pochodzi, ale nie ujrzeli nikogo.
    - Z ciebie tylko cień pozostał, a żyjesz! - krzyknął czerwonooki.
    Wtedy, natężywszy oczy, dojrzeli, że obok niego chwieje się na wietrze smętny cień, mający zarysy ludzkiej postaci, i w ten sposób poznali, że to jego żona.
    - Teraz zjemy śniadanie, a potem zobaczymy, jak to robaczki pracują! - krzyknął czarownik.
    Poszedł do szopy i wyniósł coś w garści.
    - Podjedzcie sobie, panicze - rzekł i na straszliwej dziesięciopalczastej dłoni podał im sześć zasuszonych much.
    Chłopcy wzdrygnęli się z odrazy.
    - Hi! hi! nie podoba się wam ten smakołyk, tym lepiej. Chciałoby się wam tłustego nietoperza? O, nie, moi mili. Nietoperze wędzę w kominie, ale dla siebie.
    Chłopcy przypomnieli sobie woń dymu, która ich wczoraj doleciała.
    - Zjedz, miła żono, te muchy, kiedy oni nimi gardzą; zjadłaś już wprawdzie pająka, ale ci nie żałuję, gdyż jestem dziś bardzo rad. Gdzie nasza córka?
    - Już poleciała... - zaszeleścił cień.
    - A ciotka?
    - Już się pasie... - zaszemrało coś cichutko.
    - Ty idź warzyć obiad. Co dziś będę jadł?
    - Żaby i szarańcze... - zaszumiało.
    - Wspaniała uczta! - ryknął czarownik.
    - Na wieczerzę będzie szczur w dzikim sosie - szemrał cień.
    - Zbyt bogato żyjemy, jak jacy książęta - zarżał potwór. - A teraz do roboty.
    - Nie będziemy pracowali! - krzyknął w ostatecznej rozpaczy Jacek.
    Potwór pochylił się ku niemu, spojrzał krwawym okiem i rzekł:
    - Czy mam ci zaraz ukręcić głowę, czy dopiero jutro? Objął mu szyję dziesięcioma palcami jednej ręki i lekko ją zacisnął. Jackowi oczy wylazły na. wierzch, więc Placek zawołał:
    - Nie duś go! Będziemy pracowali!
    - Mądrześ to powiedział - zaśmiał się rechotliwie olbrzym. - Będziecie pracowali. Widać, że to wielka dla was nowina. Hi! hi! Trzeba było siedzieć w domu i pracować na swoim, panicze. Teraz przyszły na was ciężkie czasy, hi! hi! Ale ze mną nie ma żartów! Jeżeliby który nie chciał pracować, to go zamienię w ślepego kreta albo w szczura i będzie z nim koniec. A teraz za mną!
    Otworzył skrzypiącą bramę i wiódł ich na kamieniste pole; na tym polu zbierali ciężkie kamienie i nosili je z niezmiernym trudem na podwórzec, gdzie olbrzym zamyślił wybudować wieżę. Każdy kamień oblali gorącymi łzami. Wynędzniali; chudzi, zrozpaczeni; żywieni owadami, żabami, chlebem z brzozowej kory, zgniłymi owocami, pracowali od świtu do nocy. Potwór stał nad nimi, jednego pilnując okiem z przodu, drugiego z tyłu. Rechotał wciąż nad nimi końskim rżeniem, co oznaczać miało śmiech, ile razy ostatnim wysiłkiem starali się poruszyć wrosły w ziemię głaz, kiedy zaś już im się to udało, zbliżał się szybko i wyciągnąwszy język na dwa łokcie zjadał ukrywające się pod kamieniem dżdżownice.
    Byli tak śmiertelnie znużeni, że nie dziwili się już niczemu. Widzieli, jak codziennie pod wieczór wraca z lasu koza i zamienia się w straszliwą babę, która nie cierpiała Placka, jak córka potwora przylatuje z daleka i czasem też się w ludzkiej okazuje postaci, jako dziewczyna ogromnego wzrostu, z nosem długim i ostrym jak ptasi dziób, wrzaskliwa i żarłoczna. Patrzyli na to wszystko tępym wzrokiem i już nawet nie płakali, bo im zabrakło łez. Starczyłoby tych łez, aby zwilżyć, jak dobroczynnym deszczem, matczyne pole, którego nie chcieli uprawiać. Czasem widzieli je we snach i we snach przypadali twarzą ku tej ziemi i całowali ją, grudka po grudce, czując, jak ich serca zapuszczają korzenie w to pólko, po którym matka ich włóczyła bronę.
    Może dlatego śniła im się ziemia, że na noce przez długi jeszcze czas potwór grzebał ich żywcem, jak pierwszego wieczora; później, kiedy tak opadli z sił, że nie było obawy, aby mogli próbować ucieczki przez częstokół, zamykał ich w szopie, gdzie sam spał, z jednym okiem zawsze otwartym, choć chrapał tak, że dach ponad nim drżał. Spali przy sobie, objąwszy się ramionami, aby tylko czuć bicie serc.
    Minął już może rok tego straszliwego życia. Nic się nie zmieniło, tylko cień żony czarownika stał się bardziej przejrzysty, a oni też zaczęli wyglądać jak cienie.
    Jednej nocy, bardzo miesięcznej i jasnej, kiedy legli przytuleni do siebie, Jacek szepnął tak cicho, jak najlżejszy szepce wiatr:
    - Pomódlmy się, Placku.
    - Dobrze! - szepnął Placek.
    Jacek zaczął, a brat jego dokończył pacierza. Westchnęli i długo milczeli, wreszcie Jacek szepnął:
    - Nie wiem, Placku drogi, czy Pan Bóg wysłucha takiej modlitwy... może nam dlatego tak źle się dzieje, że jej nie umiemy. Zróbmy tak: ja ciebie nauczę początku, a ty mnie naucz jej końca.
    - Dawno już o tym myślałem - szepnął Placek.
    - Powtarzaj więc za mną: "Ojcze nasz, któryś jest w niebie".
    - "Ojcze nasz, któryś jest w niebie" - powtarzał ze wzruszeniem Placek.
    Potwór rzęził obok w ciężkim śnie, a oni uczyli się długo w noc modlitwy.
    Tak mijał dzień za dniem, noc za nocą, a znikąd nie było pomocy ani nadziei na pomoc. Czasem chłopcy, snując się po kamienisku w nie kończącym się trudzie, usłyszeli na niebie ptasie głosy: leciały żurawie, dzikie gęsi i łabędzie; wtedy podnosili głowy i wypatrywali roziskrzonym nagle wzrokiem, czy gdzie ponad chmurami nie ujrzą swoich przyjaciół pelikanów? Nie mogli jednak patrzeć długo, gdyż wtedy spadał na nich bicz potwora, który wrzeszczał:
    - Pracować, włóczędzy, a nie gapić się na niebo!
    Tak przeszło pięć lat, czarnych, ponurych, opłakanych pięć lat. Liczyli je chłopcy po porach roku, a mierzyli je rozpaczą, która doszła już do kresu. Nic jednak nie zapowiadało, aby się ich męczarnie miały skończyć kiedykolwiek. Widać ciężkie były ich winy, jeśli tak sroga była kara. Wyrośli w tej nędzy, ale przestali być podobni do ludzi. Modlili się tylko częściej i serdeczniej, bo im to wielką przynosiło ulgę. Zauważyli też, że ile razy modlą się w pobliżu czarownika, tyle razy opada go jakiś niewytłumaczony niepokój: rzucał się we śnie i wił się jak wąż, a wtedy się dopiero uciszał, kiedy oni wyrzekli: amen. Widać, że był w spółce z diabłem.
    Kiedy chłopcy znieśli już tyle kamieni, że ich się więcej nie mogło zmieścić w podwórcu, wtedy potwór zakrzyknął:
    - Z tych kamieni zbudujemy wieżę, z której ja będę rządził światem.
    Jakby w nagłym obłędzie chwycił olbrzymią łopatę i zaczął nią drzeć ziemię, aby wykopać doły pod fundamenty, wiedząc o tym. że trzeba by wielu lat, zanimby tej pracy podołać mogli jego wynędzniali niewolnicy. Podczas tego kopania dopadł kryjącej się w jakiejś norze ropuchy, którą z krzykiem pożarł na surowo.
    - Teraz wy będziecie budowali wieżę! - wrzasnął takim głosem, jakim huczy czasem młyn.
    Znowu rozpoczęła się praca niezmierna. Ci, którzy uciekli z domu, nie chcąc się trudzić naprawą przeciekającego dachu, budowali teraz wieżę dźwigając głazy i piętrząc je jeden na drugim. Własnymi je spajali łzami i własną krwią, która im często ciekła z palców. Czasem źle umocowany głaz toczył się w dół z powrotem i ranił im nogi, czasem się rozpryskiwał i oczy zasypywał żrącym miałem.
    Kiedy dwa lata przeminęły, wieża sterczała już tak wysoko, że potwór pozwalał im spać na jej szczycie, w załomie głazów, wiedząc, że uciec stamtąd nie mogą. Wielka to dla nich była pociecha, gdyż widzieli gwiazdy i mogli patrzeć w sine, mroczne oddalę.
    A kiedy znów trzy lata przeminęły, wieża była już bardzo wysoka i już brakło głazów do jej budowy; otoczyli więc jej szczyt kamiennym zrębem, obręczą zębiastą, taką, jaką widzieli na zamku złotych ludzi.
    Potwór wyszedłszy na szczyt, skąd widok był ogromny, uradował się chrapliwie i zacharczał:
    - Skończona już ta robota! Jutro wynajdziemy inną, a teraz zawiesimy na wieży mój znak, aby wszyscy widzieli z daleka, że tu mieszka pan tych ziem i lasów. Hej, żono, córko, ciotko, przynieście chorągiew!
    Chłopcy patrzyli bezbarwnym, tępym wzrokiem, jak dwie straszne kobiety przyniosły ogromną, brudną płachtę, na której czerwoną farbą, przypominającą krew, wymalowane były dziwaczne, kabalistyczne znaki, których by nikt odczytać nie umiał, tylko wtajemniczony.
    Cień żony przywionął za córką i ciotką.
    Potwór patrząc jednym okiem przed siebie, w niezmierne dale, a drugim w tył na swoją rodzinę, radował się: Patrzcie, jak wielkie jest moje państwo!
    Umocował swój ohydny sztandar, którym wiatr załopotał.
    Nagle ciotka ryknęła najniższym basem:
    - Złap ją za nogę!
    Potwór wyciągnął obie ręce, ale już było za późno: potężny wiatr porwał cień jego żony i poniósł ją przez powietrze jak tuman mgły.
    Córka-wrona zakrakała przeraźliwie:
    - Zaczaruj ją, aby się stała ciężka! A potwór na to:
    - Poza tę wieżę władza moja nie sięga. Musiałbym jej dotknąć i odmówić zaklęcia. Hi! hi! - zaśmiał się nagle. - Po co tak wychudła? Czy jej skąpiłem jedzenia? Już jej teraz nikt nie dogoni, bo zbyt daleko poleciała. Nie becz, ciotko, nie kracz, córko. Idźcie jej szukać, może się gdzie zaczepiła o drzewo...
    Potem zwróciwszy się do chłopców, rzekł:
    - Do jutra możecie się wyspać, a jutro zaczniemy kopać studnię aż do środka ziemi.
    Kiedy chłopcy pozostali sami, szepnął Jacek gorąco:
    - Słyszałeś?
    - Słyszałem... To dziwne, że jego władza nie sięga poza tę wieżę.
    - To wcale nie dziwne, bo to jest jakiś mały czarownik, gorszego gatunku. Gdyby był potężny, toby się nie żywił muchami i umiałby zrobić złoto. Żeby się dostać poza te mury i poza tę wieżę.
    - Ale jak? ale jak?
    - O, Boże! - modlił się Jacek. - O, matko najdroższa! Pomóżcie nam, pomóżcie nam stąd uciec!
    - O Boże, o matko najukochańsza! - szeptał Placek. Wtem zawiał ogromny wiatr i płachta, do długiego przymocowana kija, zadrgała i załopotała tak mocno, że aż klasnęło.
    - Placku! - szepnął Jacek. - Bóg nam dopomoże!
    - Jak, jak?
    - Widzisz tę płachtę?
    - Widzę, mów prędzej!
    - Widziałeś, jak wiatr porwał jego żonę?
    - Widziałem... więc co? więc co?
    - My jesteśmy już też jak cienie... gdybyśmy nie trzymali się tego głazu, wiatr by nas cisnął w dół...
    - Tak... tak... ale by nas zabił...
    - Nie zabije nas... Słuchaj! Noc się zbliża... potwór niedługo zaśnie, a nas zamknie tu, w wieży. Spojrzyj, gdzie on jest?
    Placek wyjrzał przez zręby i rzekł:
    - Obił ciotkę, bo bardzo krzyczała z żałości, i poszedł do szopy.
    - O, dzięki Ci, Boże!
    - Co chcesz uczynić?
    - Jeszcze chwilę, jeszcze chwilę... Serce mi tak bije, że się boję, aby go potwór nie usłyszał... Już wieczór... Patrz, księżyc wschodzi nad lasem... Byle tylko wicher dął, byle tylko wicher dął!
    Przytulili się do siebie nasłuchując. Na dole wszystko ucichło, a na górze wiatr wciąż się wzmagał.
    - Módlmy się... - rzekł Jacek.
    Uklękli na kamieniach i modlili się gorąco.
    - A teraz - mówił szybko Jacek - albo śmierć, albo wybawienie.
    Zaczął szeptać i coś bratu tłumaczyć. W chwilę potem ostrożnie wyjęli z osady kij z chorągwianą płachtą i odwiązali ją drżącymi od wzruszenia rękami; do czterech jej rogów uwiązali sznury, którymi była przymocowana do kija, i sami się nimi opasali dookoła.
    - Boję się - szepnął Placek.
    - Lataliśmy już na pelikanach! - rzekł Jacek. Rozpięli płachtę pod wiatr i mocno, kurczowym splotem objęli się ramionami.
    - O, matko! - westchnęli równocześnie.
    Nadleciał potężny wiatr i ujrzawszy dziwnego latawca, napełnił go sobą, wydął, szarpnął, uniósł w górę i poniósł ze szczytu wieży, gwiżdżąc z nadmiernej radości, szalonym pędem w tę stronę, gdzie zdumionymi oczyma patrzył na to wszystko księżyc.

poprzedni Spis treści następny