Kornel Makuszyński




ROZDZIAŁ DWUNASTY

w którym Jacek i Placek odbywają podniebną podróż
i wbrew chęci łowią ryby

    Uciekając zauważyli, że z murów zamku rzucają za nimi czymś ciężkim.
    - Stańmy! - zawołał Jacek.
    - Po co?
    - Bo ci złoci ludzie ciskają czymś z murów.
    - To lepiej uciekać!
    - Wcale nie, bo ponieważ nie mają nic pod ręką, więc może rzucają złotem.
    - Ach, prawda! Właśnie coś leci... Co to takiego? Tuż za nimi padł w trawę ciężki przedmiot.
    - Złoto?
    - Zwykły kamień! - zawołał z gniewem Jacek.
    - Obłudnicy! Gdyby przynajmniej cisnął który za nami głową, to można by na niej zrobić majątek. Skąd oni biorą te kamienie?
    - Z murów. Patrz, jak się po nich snują jak muchy. O, o! Widzę tego medyka, który nam kazał opowiadać o chlebie. Co on wyprawia?
    - Zdaje mi się, że podskakuje jak żuraw i wygraża pięściami. Ładna to wdzięczność za te śliczne rzeczy, które opowiadaliśmy mu o chlebie.
    - Całe szczęście, że są to niemrawcy i że się ledwie ruszają, bo źle by było z nami.
    - I tak będzie niedobrze. Słyszałeś, co nam mówił ten złocony medyk? Na tysiąc mil dookoła nie ma tutaj ani ludzi, ani osady. Co my zrobimy?
    - Trzeba iść...
    - Łatwo to powiedzieć, ale trudno zrobić. Nauczyliśmy się wprawdzie chodzić, ale ja już ledwie łażę, tak że jako złoty człowiek, co się snuje jak cień, mógłbym zrobić karierę. Trzeba się będzie w jakiś sposób dostać do ludzi. Znowu jestem przeraźliwie głodny!
    - Ach! - zaśmiał się Placek. - Zjadłbyś rybę?
    - Rybę?
    - Tak, złotą rybę na surowo?
    - Kto tu mówił o rybach na surowo? - wrzasnęły ni stąd, ni zowąd dwa głosy.
    - Kto to gada? - szepnął Jacek.
    - Nie mam pojęcia - odrzekł Placek, równie zalękniony. - Hej, kto tam pyta o ryby?
    - My! - wrzasnął ktoś podwójnie.
    - Gdzie wy jesteście i kto wy jesteście?
    - Zbliżcie się, to nas ujrzycie!
    - Pokażcie się wy najpierw!
    - Kiedy nam trudno chodzić... Jesteśmy tu w błocie! Na lewo!
    Chłopcy poszli w tym kierunku i ujrzeli dwa ogromne ptaszyska. Stały na krótkich nogach wśród mokradła i patrzyły ciekawie srebrnymi, jakby bezbarwnymi oczyma. Miały długie, .potężne dzioby, a pod nimi jak gdyby puste, nadymające się worki; ogon krótki, zaokrąglony, a pierze barwione na różowo.
    - Cóż to za straszydła? - zdumiał się Jacek.
    - Strasznie śmieszne jakieś figury - rzekł Placek.
   Ptaki ujrzawszy chłopców skinęły im poważnie głowami na powitanie i widocznie na znak uszanowania wydęły powietrzem worki na wyłupiastej piersi.
    - Czy to wy mówiliście o surowych rybach? - zapytał jeden z nich.
    - Tak, to my - odrzekł Jacek - czy się to wam nie podoba?
    - Przeciwnie, niezmiernie się nam podoba. Czyż jest na świecie coś bardziej smacznego niż ryba? Zaiste, panowie, me znam wyborniejszej potrawy.
    Drugi na wzmiankę o rybach podniósł lewą nogę i pacnął nią w błoto jak szeroką łopatą, nie wiadomo czemu, i skłonił się z wielką powagą.
    - Moje uszanowanie! - rzekł Placek. - Zdaje się, że mnie się kłaniałeś?
    - Mogę to uczynić - wrzasnął drugi ptak - tym razem jednak oddałem hołd miłym wspomnieniom i tym dniom, kiedy po raz ostatni jedliśmy ryby.
    - To wy się żywicie rybami?
    - Czynimy im ten zaszczyt. Zjadamy czasem młode pisklę kurki wodnej lub innej wodnej hołoty, co ma skrzydła, ale ryby są naszą potrawą narodową. Są to stworzenia miłe, łagodne i nie robią niepotrzebnego krzyku, kiedy się je zjada.
    - Czy wolno wiedzieć, jak was zowią?
    Oba ptaki potrząsnęły ogonem, głowy położyły na plecach, wydęły worki, słowem, przybrały pozę pełną godności i wdzięku. Potem jeden wrzasnął:
    - Pochodzimy z rodu pelikanów, a jak sami widzicie, jest to ród wspaniały, pełen powagi i wybitnie przystojny. Nie ma wśród ptaków tej ziemi bardziej nadobnych, zgrabniej szych i bardziej wytwornych.
    - Czy przypadkiem - rzekł Placek - nogi wasze nie są zbyt krótkie?
    - Nasze nogi? Cha! cha! słyszysz, bracie pelikanie, co mówi ten młodzian? -My mamy najzgrabniejsze nogi, jakie sobie tylko wymarzyć można! Są wśród ptaków rozmaite podejrzane indywidua, które chodzą na długich nogach' rozmaite bociany, czaple, flamingi i żurawie... Zdaje mi się że tak się nazywają te figury, pląsające na szczudłach i na tyczkach, które służą zapewne żabom jako gimnastyczne przyrządy do wspinania się. Bocian tak się wstydzi swoich długich kulasów, że czasem stoi na jednym tylko, a drugi chowa wstydliwie pod brzuchem. Nie, młodzieńcze! My, jako prawdziwi arystokraci, żyjemy na wielkiej stopie i na szerokiej stopie.
    Mówiąc to bardzo się napuszył, nastroszył różowawe pióra i wielkim wiatrem słusznej dumy nadął worek gardzieli. Drugi uczynił to samo tak śmiesznie, że chłopcy klasnęli w dłonie.
    - Dziękuję wam za uznanie! - rzekł pelikan. - Widzę, że nas oklaskujecie... Wracajmy jednak do rzeczy. Idąc tutaj wspominaliście coś o rybach... Na sto tysięcy karasiów i jednego okonia! W głowie mi się zakręciło, kiedy usłyszałem to słowo.
    - Czy tak dawno nie jedliście ryb?
    - Gdybym się nie wstydził łez - odrzekł wrzaskliwie pelikan - tobym ci powiedział, że już po dwakroć psy wyły podczas pełni księżyca od czasu, kiedy po raz ostatni połknąłem mizerną płotkę, w której więcej było ości niż smakowitego ciała.
    - Czy taki jest na ryby nieurodzaj?
    - To też jest powodem naszej wstrzemięźliwości, najbardziej jednak winne jest wszystkiemu suche lato: stawy wyschły, rzeki ledwie się sączą, na moczarach żaba nie mogłaby się utopić. Połowa młodych pelikanów byłaby wyginęła, gdyby nie nasz obyczaj, że matki pelikanów karmią swoje dzieci własną piersią, rozorawszy ją ostrym dziobem.
    - Czy to prawda? - zapytał zdumiony Jacek.
    - Prawda - odrzekł pelikan - ludzie wprawdzie uważają to za bajkę, ale człowiek nie jest zdolny do pojęcia takiej ofiary i nie może zrozumieć, że matka własną krwią potrafi nakarmić dziecko.
    - Kto wie, kto wie... - rzekł Jacek jakby sam do siebie.
    - Widzę, że nam wierzysz - wrzasnął pelikan - co ci zaszczyt przynosi. Zapewne też litujesz się nad nami, słysząc, od jak dawna nie widzieliśmy rybiego ogona.
    - Żal nam bardzo! - rzekł Placek.
    Pelikany skłoniły się głęboko i kłapnęły dziobami.
    - To na waszą cześć! - rzekł jeden z nich. - Ale mówcie nam o rybach... Czy macie jakie o nich wiadomości?
    - Owszem - odrzekł Jacek - ale nie mogę wam wszystkiego powiedzieć, zanim się nie naradzę z moim dostojnym bratem. Bądźcie cierpliwi, a wiele was czeka rozkoszy!
    - Czyń, co zechcesz, szlachetny młodzianie!
    Jacek skinął na Placka, odeszli na stronę i długo szeptali z nadzwyczajną powagą, widząc, że pelikany przypatrują się im uważnie. W kilku słowach porozumieli się szybko i wrócili do ptaków.
    Jeden z nich wrzasnął:
    - Ach, jakież szczęśliwe spotkanie! Skąd przybywacie, panowie? Czy mieliście dobry połów i czy ryby są wesołe w tym kraju?
    Chłopcy spojrzeli na nich jak na takich, co nagle postradali rozum.
    - Jakie spotkanie? - rzekł Jacek. - Jakie ryby? Przecież byliśmy ciągle razem i nie łowiliśmy ryb.
    Pelikany zarechotały z wielkiej uciechy.
    - Wiemy o tym, oczywiście, ale wśród pelikanów jest taka moda, aby się witać przy każdej sposobności i pytać o ryby.
    - Bardzo to piękny zwyczaj - odrzekł Jacek. - Witamy was czule, połów mieliśmy znakomity, a ryby aż skakały z uciechy.
    - Cieszy nas to niewypowiedzianie! Czy powiecie nam, nad czym radziliście tak mądrze, że aż słońce przygasło wobec jasności waszych rozmów? Czy mówiliście o rybach?
    - Tak, rozmowa nasza była całkowicie postna.
    - Piękne to jest słowo! - wrzasnął pelikan. - Czy dowiemy się, o co rzecz idzie?
    - Otóż, szlachetne pelikany - rzekł Jacek - my wiemy o takim miejscu, gdzie się znajduje niezmierna ilość ryb.
    Ptakom wylazły na wierzch bezbarwne oczy.
    - Ile ich może być?
    - Gdybyście - mówi Jacek - zjadali ryby przez sto lat przez jeden dzień i noc, po stu latach byłoby ich więcej niż przedtem, bo przez ten czas narodziłyby się nowe. Tysiąc pelikanów nie mogłoby przez tysiąc lat zjeść ich nawet połowy.
    - Ha! ha! ha! - zarzęziły ptaki.
    - Czy nam nie wierzycie? - zapytał Jacek obrażony.
    - Przeciwnie! wam wierzymy, ale nie dowierzamy sobie. Nie wiesz chyba, szlachetny młodzianie, co potrafi pelikan! Za tydzień nie byłoby śladu z rybiego ogona!
    - Tak jesteście żarłoczni?
    - Jest to słowo nieodpowiednie dla takich jak my, wytwornych ptaków. Nie będziemy tego jednakże ukrywali, że mamy znakomity apetyt, co jest oznaką zdrowia i czystego serca. Ludzie lubią jednak przesadę i kiedy pelikan zje na przekąskę sto funtów ryb, zaraz robią na ten temat plotki i wymyślają nam od żarłoków. A przecie gdyby nie my, ludziom groziłaby zagłada, bo ryby tak by się rozmnożyły, że mogłyby pożreć ludzi.
    - Czyżby?
    - Tak jest, szlachetny młodzianie! Prawdziwa zasługa nigdy jednakże nie znajdzie uznania. Wy jednak okazaliście nam wiele życzliwości i chcecie nam pokazać miejsce, gdzie jest wiele ryb. Czy to daleko stąd?
    - W tym sęk, że bardzo daleko!
    - Czy są tam piękne ryby?
    - Nigdyście takich nie widzieli!
    - I tak ich jest wiele?
    - Niedługo zabraknie dla nich wody.
    - A czy są tam pelikany?
    - Nie widzieliśmy ani jednego.
    - To wielkie szczęście!... to jest... ach, źle się wyraziłem...
    Szkoda, że tam nie zobaczymy naszych krewnych. I pokażecie nam to miejsce?
    - Z przyjemnością!
    - Kwiecie młodzieży, powiedz nam jeszcze, czy są tam karasie?
    - Karasi jest najwięcej.
    - Ha! a czy są liny?
    - Linów jest jeszcze więcej niż karasi!
    - Królu ryb! A czy są tam tłuste karpie?
    - Karpi jest więcej niż linów i karasi razem!
    - Och! och! Wspaniały lewiatanie! A czy są szczupaki z długim pyskiem?
    - Szczupaków jest dziesięć razy tyle, co karpi.
    - Och, nie mów dalej, bo już dostałem zawrotu głowy. Może są nawet sandacze?
    - Sandacze? Jest ich tyle, że woda występuje z brzegów...
    - Podtrzymaj mnie, bracie pelikanie, bo zemdleję, choć widzę, że i ty się słaniasz. Ale, ozdobo człowieczeństwa, nic nie mówiłeś mi o tym, czy są tam sumy?
    - Jest ich tyle, że ich wąsy przeszkadzają innym rybom w pływaniu.
    - To ponad moje siły! - wrzasnął pelikan. - Powiedz mi jeszcze, ozdobo świata, czy wy jadacie ryby?
    - Przenigdy! - rzekł Jacek.
    - Och, och! - stęknął pelikan z zachwytu - byłem w Afryce, przeleciałem lądy i morza, ale takich dobroczyńców jak wy nie widziałem. Więc te wszystkie ryby będą należały do nas?
    - Róbcie z nimi, co się wam podoba!
    Oba pelikany sieknęły z nadmiernego wzruszenia, potem trąciły się dziobami i zaczęły kręcić się na błocie ze śmiertelną powagą, przymknąwszy oczy i wydawszy gardziele.
    - Co wy wyprawiacie? - zapytał Placek.
    - Tańczymy taniec radości, nazywa się on "tańcem zdechłej ryby".
    - Bardzo to piękny taniec! - rzekł Jacek.
    - Kiedy go tańczymy, drżą ryby całego świata - rzekł Pelikan. - Ale teraz czas w drogę.
    - Tak - rzekł Jacek - tylko jest jedna trudność...
    - Nie zakrwawiaj nam serca! - krzyknął pelikan. - Więc nie ma tam ryb?
    - Ryby są, ale jak my się tam dostaniemy?
    - Przez powietrze.
    - Wy, oczywiście, przez powietrze, ale my musielibyśmy iść piechotą. Wprawdzie wy też chodzić umiecie doskonale...
    - Twierdzenie twoje jest szlachetne, bo i w tym względzie opinia powszechna jest przeciwko nam. Ale nie lubimy podróży pieszo.
    - Sprawa jest ciężka - rzekł Jacek. - Wy szybko polecicie, my będziemy powoli wędrować, więc stracimy się nawzajem z oczu.
    - To nie może być! - krzyknął pelikan.
    - Jest jednak rada...
    - Mów czym prędzej, władco sandaczów!
    - Moglibyśmy odbyć tę długą drogę w niewielu godzinach, gdybyście nas ponieśli. Czy potraficie nas udźwignąć?
    Pelikany obejrzały ich bezbarwnym wzrokiem, a jeden z nich rzekł:
    - Myślę, że uniesiemy was łatwo, bo ważycie niewiele, chyba że macie ciężkie jakie zmartwienie.
    - Jesteśmy bardzo weseli.
    - Radość nie jest ciężka. Zabierzemy was. W którą stronę trzeba lecieć?
    - Wciąż na zachód.
    - To tam, gdzie zdąża słońce?
    - Prosto, jak strzelił.
    - Wypluj, młodzieńcze, to brzydkie słowo; nie należy strzelać tam, gdzie można trafić w pelikana. A jak długo trzeba lecieć?
    Ja myślę, że na rano możemy stanąć.
    - Doskonale, ryby najlepiej smakują na śniadanie. Siadajcie, szlachetni młodzieńcy. Żaden człowiek nie jeździł jeszcze na pelikanie, przynajmniej nie zdarzyło się to w naszej rodzinie.
    Chłopcy, choć bardzo pragnęli tej jazdy, zawahali się.
    - Nie wznoście się zbyt wysoko - rzekł z drżeniem Jacek.
    - Ani nie wywracajcie koziołków - dodał Placek.
    - Nie mamy tego zwyczaju! - wrzasnął pelikan. - Takie sztuki wyprawiają jedynie nierozumne gołębie! Siadajcie!
    Z wielkim strachem usiadł najpierw na jednym pelikanie Jacek, z jeszcze większym siadł na drugim Placek.
    - Siedzicie?
    - Siedzimy... - rzekł Jacek za pomocą nagłego klapnięcia zębów.
    - Trzymajcie się mocno! Jazda, bracie pelikanie! Ptaki podniosły się ciężko, sieknąwszy pod niezwykłym ciężarem, za chwilę jednak płynęły już równo na mocnych skrzydłach. Chłopcom wydało się, że się ziemia nagle zatoczyła jak pijana, a potem zaczęła uciekać w tył z ogromnym pośpiechem. Wiatr zagwizdał im w uszach, zakręciło im się w głowach. Kurczowo ściskali nogami swoje skrzydlate rumaki i patrzyli z przerażeniem, jak nagle maleją drzewa i jak wszystko pod nimi w dole się kurczy, a nad nimi w górze wszystko się rozszerza.
    - Powoli! - wrzasnął Jacek.
    Pelikan pędził jednak w szybkim locie i nie słyszał tego okrzyku, który wiatr porwał Jackowi z warg i poniósł przez powietrze jak zeschły liść. Drugi ptak leciał opodal równie szybko, a na nim z rozwianym włosem Placek, bardzo blady, bo właśnie pomyślał, że gdyby teraz zleciał, toby spadał w dół chyba przez godzinę.
    Pelikany wzbiły się wysoko, tak iż zdawało się chłopcom, że niedługo głową uderzą o niebieski pułap nieba.
    W tej chwili nadpłynął obłok samotnie po nim wędrujący jak żaglowiec, co się dla przyjemności wałęsa po lazurowym morzu.
    - Uważaj! - krzyknął Jacek. - Chmura!
    Pelikan jednak godził lotem wprost na nią, przebił ją dziobem jak oszczepem i przeleciał przez nią jak przez mgłę. Kto by patrzył z dołu, ten by myślał, że dwa ptaki gonią słońce, bo leciały wprost na nie, więc się słońce jakby przestraszyło tego pościgu i zaczęło zniżać się czym prędzej, aby się ukryć w palmowym, pierzastym lesie chmur.
    Chłopcy nie widzieli już ziemi, tylko niezmierne, głębokie wgłębienie, nalane zielonym kolorom. Wiatr, świszcząc z radości, leciał obok nich, a pod nimi i dookoła nich rozlało się przedziwnie barwione morze chmur: błękitne dale, liliowe łąki, ogniste góry, drogi tęczowe, smugi świetliste. Po niejakim zaś czasie poczęło to wszystko gasnąć i jakby zalewać się krwią. Potem ujrzeli, że słońce nagle stało się ogromne, ze złotego niezmiernie czerwone, i zaczęło zapadać w jakąś bezdenną przepaść. Wraz spłynął z nieba przenikliwy chłód i mrok zaczął padać jak rzęsisty deszcz. Jeszcze chwila, a uczyniło się strasznie, bo nic nie było widać ani w dole, ani w górze i żadnych nie było słychać głosów, tylko przeciągły szum wiatru i ciężkie łopotanie skrzydeł. Jacek spojrzał w bok i dojrzał z trudem białą plamę drugiego pelikana, ale już nie mógł dojrzeć Placka. Lek go ogarnął w tym przeraźliwym pustkowiu i rozpacz, że nagadawszy pelikanom bajek o rybnych wodach, sam się wplątał w tę latającą awanturę, która nie wiadomo jak się skończy.
    - Co to będzie - myślał z niepokojem Jacek - kiedy się rano pokaże, że nie ma żadnej wielkiej wody ani ryb? Och, po co tyle nakłamałem? Zgłodniałe pelikany, nie znalazłszy ryb, zatłuką nas dziobami i pożrą jak dwa karasie. A tu ani uciec, ani żadnego nie można wymyślić podstępu. Och, co to będzie? co to będzie?
    W tym momencie poczuł, że pelikan nagle zniżył lot i że leci z trudem.
    - Coś się w nim popsuło - pomyślał Jacek z przerażeniem.
    Wtedy usłyszał wrzask pelikana:
    - Hej tam, szlachetny młodzianie! Musisz mieć jakieś ciężkie zmartwienie i ciężkie myśli, tak że cię nie mogę unieść. Racz myśleć wesoło, bo zlecimy obaj!
    - Zginąłem! - pomyślał Jacek. - O czym to ja będę myślał wesołym? Trzeba nam było tego? Źle nam było u matki? Po co uciekaliśmy jak złoczyńcy?
    - Już jest lepiej! - zatrąbił dziwacznym głosem pelikan, wznosząc się w górę.
    Jacek się zastanowił.
    - Zaledwie - myślał - wspomniałem matkę, jakoś raźniej uczyniło mi się na duszy. Co w tym jest? Czy to słowo ma skrzydła? Więc będę myślał o matce...
    - Już mi nie ciężysz! - zakrzyknął głowę zadarłszy pelikan.
    A Jacek poczuł, że w tej chwili o niczym innym już myśleć nie zdoła, tylko o matce. Z czerni mroku wyjrzała ku niemu słodka, uśmiechnięta, rzewna twarz matki. Nigdy jej takiej nie widział ani nie wiedział, że jest taka piękna, niezmierną opromieniona dobrocią. Patrzyły w niego oczy wyblakłe, zmęczone, lecz patrzyły z taką miłością, że aż bił od nich blask; pod nimi zaś, ku dołowi twarzy znaczyły się dwie bruzdy, jakby wyorane; teraz je dopiero zobaczył i zadrżał, bo zrozumiał, że są to drogi, którymi toczą się łzy. Coś go zabolało w sercu: napłynęła w nie gorąca fala krwi i musiało ono zmięknąć, owiane nagłym gorącem wspomnienia, lodowate dotąd i zmrożone. Nigdy nie myślał o matce tam, na nizinach, a jeśli niedawno jeszcze przyleciała ku niemu myśl o niej, jak przylata motyl, zabijał ją jak lekkoskrzydłego motyla. Teraz dopiero po raz pierwszy tu, na niezmiernych wysokościach, oplatały go te myśli, wśród chmur ponad ziemią. Pomyślał, że matka wypełnia cały świat i całe niebo, bo skądby inaczej zjawiło się na tych chmurach srebrne widmo matczynej twarzy? Jacek poczuł, że wiatr odrywa mu z serca lęk jak zeschłe liście i niesie przez przestworza, a w miejsce lęku napływa ufność i jakaś słodycz. Niczego nie rozumiał, bo nie umiał rozmyślać poważnie. Nie umiał znaleźć przyczyny tego rzewnego uczucia, pojął tylko, że myśl o matce nie tylko że nie jest przykra, lecz czyni jakieś cudy.
    Posłyszał obok szum skrzydeł i usłyszał głos:
    - Jacku! Mój ptak słabnie... Boję się!
    - Pomyśl o matce! - krzyknął w tę stronę. Szczerze był rad, że mógł poratować brata tą dziwną radą. Noc już była zupełna. Pelikan leciał nieumęczenie, płynąc jak biały okręt przez burzliwe morze ciemności, kierując się tajemną mądrością ptaków, tak jak żeglarze nieomylną busolą. Zapamiętał się w locie i podbierał pod skrzydła wiatr, jęczący i świszczący. Wzmagał się on z każdą chwilą i przybierał na sile; on to, widać, zdmuchnął gwiazdy jak pełgające płomyki oliwnych lampek, bo świat zaległa ciemność nieprzebita, ciężka i smutna. Stał się on otchłanią bez dna i granic, tak straszliwą, jaką czasem jest boleść człowieczego serca.
    Nagle gdzieś z dali począł się toczyć głos, coraz większy i straszliwszy, jak pełne gniewu warczenie, co się wzmaga i wzmaga, aż się zmieniło w niezmierną górę, co się zwaliła z rykiem na cały świat. To lew burzy, śpiący gdzieś na pustyni nieba, na oazie kłębiastych chmur, obudził się i głosem grzmotu oznajmił struchlałemu światu, że za chwilę rozpocznie łowy i będzie zabijał piorunem. Łomot straszliwego ryku uderzył w chmury, co skłębione z trwogi, poczęły się przewalać w czarnym tłumie jak potworne owce, gonione tym głosem na oślep.
    Jacek poczuł, że ptak drgnął i zawahał się na skrzydłach, potem, jakby zebrawszy siły, cisnął się w odmęt powietrza rozpaczliwym lotem.
    - Idzie burza! - pomyślał Jacek myślą zalęknioną i bladą.
    Lew niebieski ryknął po raz drugi czarną gardzielą, nabrzmiały gniewem, ochrypły, od głodu niecierpliwy, aby trwogą porazić świat. Pędził po otchłani chmur przeskakując w grzmiących susach z jednej na drugą, bo słychać go było coraz bliżej. Wiatr począł skomleć z przestrachu jak pies, co lwa posłyszy, i uciekał z głośnym lamentem od chmur ku przerażonej ziemi. Niebo niezmierne napełniło się grzmotem głosu, co dudnił pod jego sklepieniem; kiedy zaś zwierz burzliwy ryknął raz jeszcze, pęknąć musiało to czarne sklepienie i rozdarło się od wschodu na zachód niezmierną, jak wąż wijącą się rysą, przez którą uderzyły oślepiające blaskiem ognie niebieskie. Na jeden moment świat cały stanął w płomieniach i stało się widno. Jacek przerażonym okiem ujrzał niezmierne odmęty, zbałwanione morze chmur przewalających się przez siebie w popłochu, a w oddali jak biały liść, z którym igra burza, ujrzał pelikana, na którym leciał Placek.
    Rozpętała się straszliwa nawałnica: burza grzmiała, jakby ktoś strzelał nieustannie z tysiąca tysięcy armat wzniecając na niebie pożary, bo raz wraz stawało całe w ogniu i gasło; pioruny, rycząc, goniły się po czarnych odmętach i plątały się czasem tak jak złote żmije. Szał walki wszystko opętał, bo chmury, dopadłszy się w zawrotnym wirze, otwierały się i ciskały w siebie białym, oślepiającym pożarem: jedna drugiej orała piersi rozpalonym do białości grotem piorunu i toczyła z niej purpurową krew ognia. Jęk i głębokie szlochanie napełniło przestworze, aż niebo "wojną żywiołów pobite, stratowane cwałowaniem piorunów, aż do śmiertelnego bólu oślepione błyskawicami, zwisło ku ziemi w zrozpaczonej bezsile i zaczęło płakać deszczem łez, rzęsistym i niepowstrzymanym.
    Jacek czuł, że jego ptak, jak on bity ulewą, coraz bardziej zniża się ku ziemi, którą widział w rozelśnieniu błyskawic, jakby przyczajoną i wtuloną w siebie, żałośnie rozszumianą i jakby załamującą rozpaczliwie ręce drzew ponad głową. Burza pragnąca z posad ruszyć ziemię pewnie nie raczyła nawet spojrzeć rozżarzonymi źrenicami błyskawic na tych dziwacznych wędrowców, jeśli dotąd nie zabiła ich jednym oddechem albo biczami dżdżu. Mogło się to stać jednakże każdej chwili, jeśli ich dojrzy. Zarechoce wtedy ogromnym śmiechem na ich widok, tchnieniem podrzuci pod niebo, a potem dla igraszki praśnie nimi o ziemię i w proch zamieni. Wiedział o tym i Jacek, i Placek. Pierwszy więc raz w życiu, jeden nie wiedząc, że drugi czyni to samo, zaczęli się modlić, i to modlić żarliwie. Jacek odmawiał "Ojcze nasz" aż do miejsca, do którego umiał, a potem ze wstydu, z oczyma pełnymi łez, które same się w nich zjawiły, dodał bezgłośnie:
    - Nie umiem dalej... O, matko moja, dokończ za mnie.
   A Placek, wichrem opodal niesiony, modlił się i mówił:
    - Zacznij za mnie, o matko, a ja nieszczęsny dokończę. Pelikany, równie przerażone jak oni, niosły ich ostatkiem sił. Krótki jest jednak gniew wspaniałych żywiołów, więc kiedy już się zdawało, że śmierć nieuchronna idzie od chmur na ptaki i na chłopców, burza zelżała i potoczyła się gdzieś w nocne przepaście na dudniącym wozie, który koła ma z grzmotów, a błyskawice jako konie. Ukazało się czyste niebo, zamigotały gwiazdy, blade jeszcze z zalęku, ale przeczyste, jak gdyby w burzy obmyte. Wypłynęła złota łódź księżyca: na struchlałą ziemię spłynęło ukojenie."
    Sił przybyło ptakom, a chłopcom otuchy. Zbywszy lęku szybko zapomnieli o strasznych chwilach, o rzewności w sercach i o skrusze, co odmawiała modlitwę. Zdawało im się przez chwilę jeszcze, że wśród odlatujących obłoków, które już księżyc osrebrzył, odlatuje na srebrnych smugach jakieś cudowne widmo, ale wkrótce przestali o nim myśleć. Już byli bezpieczni i lecieli w powietrzu pachnącym, bo od ziemi, dymiącej jak kadzielnica, biły aż ku nim rozkoszne wonie. Lecieli tak przez miesięczną noc jak duchy. Jacek dojrzał czasem, jak Placek szybuje z jego prawej strony i czasem pozdrawia go ręką. Księżyc, który wiele widział, patrzył po raz pierwszy ze zdumieniem na dwa śmieszne ptaki, którym wyrosły garby w postaci dwóch chłopców. Pelikan Jacka, zadarłszy głowę, wrzasnął:
    - Czy daleko jeszcze?
    - O, nie! - odkrzyknął Jacek. - Już widać wodę. Daleko, na widnokręgu, rozlały się jakieś srebrne wody szerokim kręgiem dokoła ziemi. Jacek wiedział, że to świt, co mgłami oddycha, podnosi się z dalekich głębin i rzuca różnokolorowe kwiaty na drogi, którymi za niewiele chwil słońce będzie się pięło na kryształową górę nieba; z daleka wyglądało to jak wielkie wody, co tęczowymi grają kolorami. Z prawej strony tryskała już w niezmiernej oddali fontanna promieni, bijących ze słonecznego źródła.
    - Teraz będzie awantura! - pomyślał Jacek. - Jakby tu zwiać?
    Spojrzał w dół i poczuł mrówki na ciele. Zełgać było łatwo, ale jak się teraz z tego wywikłać? Nie będą przecie lecieć tak do skończenia świata, a ryby nie wyrosną na drzewach.
    Najgorsze było, że pelikany w kwestii rybnej okazały dziwną drażliwość i wrażliwość, trudno więc byłoby im wytłumaczyć, że kamienie są rybami.
    Słońce już się podniosło, twarz swoją złotą w kryształowych obmywszy rosach. Chłopcy wytężali wzrok, jak majtkowie Krzysztofa Kolumba wypatrując ziemi. Oni mieli ziemi dość, szukali natomiast wody.
    Kiedy się tego najmniej spodziewali, oba pelikany, niedaleko siebie lecące, zatrąbiły nagle podniesionym wrzaskiem:
    - Ryby! ryby!
    - Gdzie widzicie ryby?
    - Jeszcze ich nie widzimy, ale czujemy ich woń. Ryby! ryby!
    Po chwili przyspieszyły lot, a chłopcy ujrzeli w oddali jakby leżące na ziemi zwierciadło.
    - Woda! - krzyknął Placek przez powietrze. Jacek się zdumiał i rzekł sam do siebie:
    - Pierwszy raz w życiu powiedziałem prawdę, ale tylko przypadkiem.
    Pelikany najwidoczniej oszalały: pędziły potężnym lotem dziwaczne wydając okrzyki.
    - Wolniej! wolniej! - wołał Jacek. - Wysadźcie nas na ziemię.
    - Ryby! ryby! - wrzeszczały ptaki i zapomniawszy o chłopcach zaczęły opadać kolistym lotem do wody.
    - Ratunku! - krzyczał Jacek.
    - Na pomoc! - wrzeszczał Placek.
    - Ryby! ryby! - trąbiły pelikany.
    Zawirowało w powietrzu, potem bryznęła woda, pelikany dały nurka, a chłopcy...
    - O, Jacku!
    - O, Placku!

poprzedni Spis treści następny