Kornel Makuszyński




ROZDZIAŁ DZIESIĄTY

w którym przez drogę Jacka i Placka przesuwa się cień matki

    Chłopcy, którzy zbyt tanio chcieli zdobyć światowy rekord w biegu na długi dystans, nie widzieli już przewrotu i nagłej zmiany usposobień w wielkim mieście. Wiedzieli o tym tylko, że z niejaką szkodą dla pięt ocalili życie w dwóch, choć kiepskich, egzemplarzach. Jeśli mogli mieć o co żal do kata, to za to chyba, że wyliczywszy spółce sportowej siedemdziesiąt siedem plag, więc liczbę nieparzystą i przez dwa niepodzielną, skrzywdził któregoś z nich jednym nadliczbowym uderzeniem, co mogłoby się stać zarzewiem niezgody między nimi, gdyby nie to, że nie wiadomo było, który został pokrzywdzony. Człowiek mocno i systematycznie bity w pięty mało sobie zdaje sprawę z tego, co się dookoła niego dzieje. I przez długie godziny po tym chłopcy mieli nieco zamroczone umysły i może dlatego nie mogli zrozumieć, jakim sposobem to się dzieje, że chociaż biją w pięty, zamęt czuje się w głowie, więc w okolicach mocno oddalonych i nie narażonych bezpośrednio na szkodę. Przestali się tedy zastanawiać nad tą tajemnicą natury, zmuszeni do zwyczajnej troski, jak by iść nie narażając obolałych pięt. Stąpali więc jak na palcach, niosąc w sercach srogi ciężar gniewu i oburzenia na ten chiński sposób kary; dotąd wiedzieli, że natura przeznaczyła do bicia pewne stałe i niezmienne miejsce na ciele i że tradycja nie pozwala wychodzić poza obręb, uznawszy, że natura wymyśliła mądrze. Nikt jednak wśród przyzwoitych ludzi nie słyszał, aby tą uprzywilejowaną częścią ciała miały być delikatne pięty. Jacek pomyślał ze zgrozą, co by to było, gdyby człowiek miał na piętach oko.
    - Źli to byli i potworni ludzie - zakrzyknął. - Myślałem, że sobie odpoczniemy, najemy się smacznie i wyśpimy się, a my znowu musimy uciekać.
    - Widać, że taki już podły prześladuje nas los! - żalił się Placek. - Nic nikomu nie uczyniliśmy złego, a każdy powstaje przeciwko nam. O, jakby to było dobrze mieć scyzoryk!
    - Straciliśmy go tylko przez ciebie! Jak mogłeś się dać odkryć jak kto głupi?
    - Sam nie wiem, jak to się stało. Ukryłem się w stajni po Patałłachu i siedziałem jak mysz pod miotłą, bo słyszałem, jak ludzie krzyczą: "Wygrał piegowaty chłopiec w czerwonych majtkach! Gdzie jest piegowaty chłopiec w czerwonych majtkach? Szukajcie piegowatego chłopca w czerwonych majtkach!" Byliby przeszli obok stajni, wcale mnie nie zauważywszy, tymczasem stało się coś dziwnego: bo kiedy mijali stajnię, ozwał się tuż koło mnie przeraźliwy ryk...
    - To duch Patałłacha! - rzekł zdumiony Jacek.
    - Ja też tak myślę. Straszliwy ten zwierz chcąc się na nas zemścić ryczał nieustannie, tak że ludzie wiedząc, że stajnia jest pusta, weszli gromadą, aby ujrzeć, co w niej tak ryczy. Patałłacha, oczywiście, nie było, ale za to mnie znaleźli i w triumfie zanieśli do pałacu.
    - O, wściekły ośle! - zakrzyknął Jacek.
    - Tak, to on jest winien wszystkiemu albo też jego mądry dziadek, sam Patałłach bowiem zbyt był głupi i upośledzony na umyśle, aby nam takiego urządzić figla.
    - I co my teraz poczniemy, nieszczęsne sieroty?
    - Czy ja wiem?
    - Matka nas opuściła, a ludzie nas prześladują. I za co? Za to, że gardzimy pracą i pragniemy, aby na całym świecie był raj.
    - Przecie nie matka nas opuściła, tylko my matkę...
    - Czy to nie wszystko jedno? Czemu nas nie zatrzymała? Właściwie to matka zmusiła nas do tej wędrówki, bo nam kazała pracować. Jak to może być, aby matka prześladowała swoje własne dzieci? O, jacy my jesteśmy nieszczęśliwi!
    - A gdyby tak...
    - Co masz na myśli?
    - Gdyby tak... powrócić...
    - Powrócić? Dokąd?
    - No... do matki...
    - A czy my wiemy teraz, jak wrócić? Zresztą wyśmialiby nas w Zapiecku...
    - A co z nami będzie, jeśli nie wrócimy?
    - Nie wiem, może wreszcie coś szczęśliwego nam się wydarzy. Czy wszędzie na świecie trzeba pracować?
    - Z tego, co się nam dotąd przydarzyło, widać, że na całym świecie istnieje takie głupie urządzenie. Kto to tak stuka?
    Rozejrzeli się pilnie i ujrzeli ptaka, który łaził po pniu sosny i stukał w nią zawzięcie mocnym dziobem.
    - Kto ty jesteś? - krzyknął Placek.
    - Dzięcioł - odrzekł ptak.
    - Czy jesteś pomylony?
    - Wcale nie jestem pomylony ani nie jestem piegowaty!
    - Ale za to jesteś głupi. Czego stukasz w sosnę?
    - Głupi jest ten, kto drugiemu przerywa jego pracę.
    - A czegóż ty tam szukasz? Co można znaleźć na sośnie?
    - Gdybym stukał w wasze głowy, to mógłbym stukać sto lat i niczego bym nie znalazł. Dlatego stukam w sosnę, a może co znajdę.
    - Placek, wal w niego kamieniem!
    - Nasyp mi soli na ogon! - zaśmiał się dzięcioł już z daleka, gdzie znikł w gęstwinie.
    Jacek się zeźlił.
    - I ma tu - mówił - być porządek na świecie, kiedy nawet takie ogoniaste furkadło pracuje przez cały dzień? Czy wszyscy poszaleli z tą pracą? Nawet z nami gadać nikt nie chce, bo każdy jest czymś zajęty. Taki jestem zirytowany, że nie myślę wracać, ale tak długo będę wędrował, aż wreszcie znajdziemy taki kraj, gdzie nie ma żadnej pracy, żadnych matek, żadnych szkół i nauczyciela. Idziesz, Placek?
    - Idę - odrzekł Placek - ale z trudnością. Mam wrażenie, że to ja dostałem jedno uderzenie więcej.
    - Za to ja się więcej najadłem strachu, kiedy Mortadella zaczął zgrzytać nade mną zębami!
    - Ee! - rzekł Placek lekceważąco - takie tam zgrzytanie. Miał całej parady trzy zęby! A kat miał jeden wprawdzie kij, ale dobry.
    - Kiedyś się zemścimy! - pocieszał się Jacek. - A teraz cicho! Słyszysz? Albo mi się zdawało, albo ktoś się przedziera przez krzaki...
    - Ukryjmy się, teraz nikomu nie można dowierzać... Uskoczyli w bok i zapadli w chaszczach, pilnie patrząc i bacznie nasłuchując. Ktoś się zbliżał powoli i jakby bardzo ostrożnie czy też z wielkim trudem.
    - Nic groźnego! - rzekł po chwili Jacek.
    - Myślałem, że to wilk - zaśmiał się Placek - a. to jakieś dziewczysko.
    Tuż przed nimi zjawiła się bosa dziewczyna, mająca około dziesięciu lat; okryta była łachmanem, w jednej ręce trzymała kij, drugą wyciągnęła przed siebie i tak szła ostrożnie, ręką szukając przeszkody. Miała słodką, wynędzniałą twarzyczkę, bardzo smutne usta i niebieskie oczy, nieruchomo wprost przed siebie patrzące.
    Usłyszawszy głos zatrzymała się.
    - Witam was - powiedziała głosem tak miękkim jak leśny mech.
    - Jeśli ci to sprawia przyjemność - rzekł Jacek - to nas sobie witaj.
    - Gdzie ja jestem? - zapytała dziewczyna.
    - Tam, gdzie my - zaśmiał się Placek.
    A gdzie wy jesteście? Naprzeciwko ciebie!
    - Jesteście weseli i żartujecie sobie. To dobrze, że jesteście weseli, ale powiedzcie mi, ukochani, którędy można dojść .do drogi?
    - Dlaczego chcesz od nas pożyczyć oczu, czy sama ich nie masz?
    - Mam oczy. ale moje oczy nie widzą.
    - To ty jesteś ślepa?
    - Tak to nazywają. Powiedzcie mi, czy tu można usiąść?
    - Siadaj tam, gdzie stoisz!
    - Jestem bardzo, bardzo zmęczona. Wstałam raniutko, o tej godzinie, o której się budzi las, i od tej pory idę bez wypoczynku. Czy słońce już wysoko?
    - A skąd ty wiesz, że jest słońce, czy je widziałaś przedtem, nim oślepłaś?
    - Ja zawsze byłam ślepa i nie widziałam słońca, ale wszystko wiem: i o nim, i o gwiazdach, i o księżycu, i o lesie, i o wodzie. Kiedy byłam bardzo mała, matka opowiadała mi o tym. Więc powiedzcie, czy słońce jest wysoko?
    - Gdybyś podskoczyła, to mogłabyś go dotknąć ręką.
    - Czemu ze mnie żartujesz?
    - A na co ci potrzebna wiadomość o tym, czy słońce jest wysoko, czy nisko?
    - Bo muszę iść aż do nocy, a w nocy odpocznę.
    - W takim razie możesz pójść z nami.
    - A dokąd wy idziecie?
    - Nam jest wszystko jedno, idziemy przed siebie.
    - Nie mogę pójść z wami - odrzekła smutno dziewczynka.
    - A dokąd ty idziesz?
    - Do nieba! - odpowiedziała poważnie.
    - Do nieba? Placek, słuchaj, ona idzie do nieba!
    - Cha! cha! - zaśmiał się Placek. - A którędy to się tam idzie?
    - Nie wiem, ale kiedyś znajdę drogę. Muszę dojść do takiej góry, która sięga aż do nieba, a stamtąd już będzie blisko.
    - A gdzie to ta góra?
    - Właśnie jej szukam.
    Jacek i Placek mieli mocno rozradowane miny, trącali się łokciami i mrugali do siebie wesoło.
    - Bardzo dobrze robisz, że idziesz do nieba - rzekł z udaną powagą Jacek. - A czy cię tam puszczą?
    - Tak! - odrzekła dziewczyna.
    - Taka jesteś pewna? Nas toby tam chyba nie wpuścili. Prawda, Placek?
    Placek pisnął z wielkiej uciechy.
    - Mnie tam wpuszczą - mówiła dziewczynka słodko - bo tam jest moja matka. Gdyby wasza matka była w niebie, wpuściliby was także. Czy wy macie jeszcze matkę?
    Chłopcy nic nie odrzekli.
    - Moja matka - mówiła ona - poszła do nieba, kiedy byłam mała. Ojciec mój zginął na wojnie. Zostałam sama jedna na świecie, biedna, opuszczona, ślepa. Jednej nocy, kiedy spałam pod progiem dawnego naszego domu, gdzie teraz mieszkają obcy ludzie, było bardzo zimno. Wtedy moja matka przyszła do mnie, ucałowała mnie w oczy, nakryła płaszczem i oddechem grzała moje ręce. Płakała bardzo, pewnie dlatego, że łzy są gorące i padały na moją zziębniętą twarz. Potem mi powiedziała, że wraca do nieba i pragnie, abym ja tam przyszła. Wtedy wzięłam w rękę kij i poszłam szukać drogi do nieba. Tak idę pięć, a może już sześć lat, nie wiem dobrze...
    - A któż ciebie karmi?
    - Czasem żywią mnie ludzie, a czasem las.
    - A cóż ty robisz, kiedy jest mróz?
    - Przytulą mnie zawsze w jakiejś chacie, a raz... ale to było bardzo dziwne!... Raz schroniłam się do jakiejś jaskini podczas zawiei i tam mnie ogrzały jakieś zwierzęta. Spędziłam tam długi czas, a one ogrzewały mnie własnym ciałem i karmiły mięsem. Ludzie potem dziwili się bardzo i mówili, że to były wilki.
    - I nawet cię nie pogryzły?
    - Jakżeż mi mogły uczynić krzywdę? - zdziwiła się słodkim głosem dziewczynka. - Przecież ja jestem sierota. Od razu powiedziałam im, że szukam matki.
    - I znajdziesz swoją matkę?
    - Muszę znaleźć!
    - A jeśli do nieba trzeba iść sto lat?
    - To będę szła sto lat.
    - I nie żal ci będzie opuścić ziemię?
    - Przecież tu nie ma mojej matki. Gdyby tu była matka, to tu byłoby niebo, ale że jej tu nie ma, więc ja idę do nieba.
    - Czy zawsze tam, gdzie jest matka, tam jest niebo?
    - Pewnie, że tak.
    Chłopcy milczeli długo i patrzyli w las. Jacek westchnął nie wiedząc czemu... Placek zaś rzekł niespodzianie:
    - Jak ci na imię?
    - Marysia.
    - Czy jesteś głodna, Marysiu?
    - Od wczoraj nic nie jadłam. Gdybym widziała, to może bym narwała jagód, ale nic nie widzę.
    - Poczekaj tu! - rzekł Placek.
    Skinął na Jacka, który usłuchał go bez słowa i patrzył nieco zdumiony. Poszli w gęstwinę, potem w goły las i po chwili przynieśli jej na wielkich liściach poziomek i malin.
    - Jedz! - rzekł Placek.
    - Niech wam Bóg zapłaci - szepnęła rzewnie dziewczynka. - Powiem mojej matce, jacy jesteście dobrzy, a ona to powie Panu Bogu. Ale czemu wy nie jecie?
    - My? - rzekł Placek, śmiejąc się nieszczerze. - Ach, my nie jesteśmy głodni. Byliśmy niedawno na wspaniałej uczcie u hrabiego Mortadelli.
    - Zjedliśmy siedemdziesiąt siedem potraw! - dodał Jacek, mrugając na Placka. - Hej, Placek!
    - Czy macie i placek? - zapytała dziewczynka. Chłopcy zaśmiali się wesoło.
    - Tego placka nikt by nie ugryzł, bo tak się jeden z nas nazywa.
    - To wy jesteście braćmi?
    - Tak, my jesteśmy bracia, Jacek i Placek. Czemu o to pytasz?
    - Bo muszę powiedzieć o was mojej matce. Czy mi pozwolicie? Bardzo was o coś poproszę.
    - Czy chcesz jeszcze poziomek?
    - Nie, nie o to proszę. Chciałabym tylko dotknąć waszych twarzy, bo inaczej nigdy was nie poznam. Zbliżcie się. moi ukochani.
    Chłopcy spojrzeli na siebie i zbliżyli się nieśmiało. Na-nakrapianych ich twarzach ukazały się rumieńce. Dziewczynka małą rączką miękko dotknęła ich twarzy i gładziła je serdecznym ruchem.
    - Musicie być bardzo podobni - rzekła.
    - O, tak! - zawołali chłopcy.
    - I śliczni... - dodała dziewczynka.
    - Tak mówią - bąknął Jacek.
    - Ale nie wszyscy - mruknął Placek.
    - Dla mnie jesteście śliczni, bo jesteście dobrzy. Niech wam Bóg zapłaci, najdrożsi. Na mnie już czas. Czy powiecie mi teraz, gdzie jest droga?
    - Czy chcesz iść gościńcem?
    - Nie, gościńcem do nieba zajść nie można: dlatego pytam o gościniec, aby go ominąć. A czy nie widać gdzie wysokich gór?
    - Nie, Marysiu.
    - A czy do wieczora daleko?
    - Daleko jeszcze. Czy chcesz, abyśmy ciebie poprowadzili?
    - Przecie nie znacie drogi. Pójdę sama, bo mnie matka prowadzi. Żegnajcie!
    - Bądź zdrowa, Marysiu!
    Uśmiechnęła się do nich tak jak anioł i wyciągnąwszy przed siebie rękę, badając końcem laski, czy nie ma przeszkody na jej drodze, szła powoli, cichutko i powiewnie jak duch.
    Chłopcy patrzyli za nią w milczeniu i długo żaden z nich nie powiedział słowa.
    - Idzie do matki... - szepnął wreszcie Jacek jak gdyby sam do siebie.
    - Oby ją znalazła! - powiedział cichutko Placek. Kiedy dziewczyna była już daleko, Jacek rzekł nagle:
    - Trzeba pobiec za nią!
    - Po co?
    - Idzie w tę stronę, gdzie my byliśmy niedawno, a tam jest jezioro!
    - Tak! - krzyknął Placek - biedna dziewczyna...
    - Żal ci jej?
    - Bardzo mi jej żal!
    - Biegnijmy!
    Nie zważając na obolałe nogi biegli jak kozły, ale nigdzie jej nie dojrzeli.
    - Do jeziora - zawołał Jacek w biegu.
    Skierowali się w stronę wielkiej wody i ujrzeli z oddali Marysię o dwa kroki od jej brzegu.
    - Marysiu! - zakrzyknął z całej mocy Jacek.
    - Za późno - jęknął Placek.
    - Utonie!
    Placek przystanął, wzniósł oczy do nieba i szepnął:
    - Ratuj ją, matko!
    Dziewczyna uczyniła już krok ku wodzie. Jacek zasłonił sobie ręką oczy, a Placek patrzył zmartwiały. Minęła chwila, zanim Jacek zapytał szeptem:
    - Czy już utonęła?
    Ponieważ Placek nie odpowiadał, Jacek odjął rękę od oczu i spojrzał z rozpaczą.
    - Co to?... Co to?... - pytał gorączkowym szeptem.
    Nikt mu nie odpowiadał, bo Placek stał nieruchomo, jakby od nadmiernego zdumienia zamieniony w słup soli. Otwarł usta i patrzył, własnym oczom nie wierząc: dziewczyna szła po wodzie jak po najgładszej drodze. Fale, dotąd od wichrowego marszczące się gniewu, ukoiły się nagle i miękko układały się pod jej poranionymi nożętami, a słońce rzuciło przez jezioro, od jednego do drugiego brzegu, srebrny gościniec. Ona zaś szła po tych wodach, nie wiedząc, że stąpa po toni, uśmiechnięta, że nie ma na jej drodze ani cierni, ani ostrych kamieni. Przed nią leciała biała mewa, donośnie pokrzykując:
    - Uspokójcie się fale, bo idzie sierota, co szuka swojej matki!
    - Matki... matki... matki... - śpiewały fale, rozlewając się szeroko w słodkiej pieszczocie.

poprzedni Spis treści następny