Kornel Makuszyński




ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY

w którym Jacek i Placek zdobywają wielką nagrodę i jeszcze większe lanie

    Było to miasto wielkie i wspaniałe, a zwało się dźwięcznie: Psia Górka. Rządził w nim namiestnik królewski, mąż bardzo dostojny, hrabia Mortadella, który miał taki dziwny zwyczaj, że na wszystkie sprawy przymykał jedno oko i udawał, że nie bardzo widzi, co wyprawiają królewscy poddani. Ponieważ ciągłe przymykanie oka było uciążliwe, przeto hrabia nosił na oku czarną przepaskę, przez jeden tydzień na lewym, a kiedy mu się to znudziło, przez drugi tydzień nosił ją na prawym. Nie szpeciło go to wcale, był to bowiem mąż przedziwnej piękności, najpiękniejszy w całym królestwie, chociaż był łysy, miał zajęczą wargę, krzywy nos, spiczastą brodę, kulawą nogę, długie bardzo ręce, był nieco garbaty i miał tylko trzy zęby, które bardzo się chwiały. Dworzanie jednak głosili, że jest niezmiernie przystojny, więc i on sam w to wierzył, i wszyscy poddani wierzyli w to święcie. Jeden był tylko z tego kłopot. Ponieważ nie chciano, aby potężny namiestnik zmartwił się tym, że nie jest tak bardzo piękny, jak to głoszono i jak o tym w dzień jego urodzin pisano w państwowej gazecie, władze nakazały w całym mieście potłuc wszystkie zwierciadła, co zostało wykonane bardzo ściśle, tak że nie było ich nawet u golibrodów. Korzystali oni z tego w niesumienny sposób, gdyż czasem golili mieszkańców tylko z jednej strony, wiedząc, że ci nie mogą przejrzeć się w zwierciadle.
    Nie wolno też było używać polerowanych naczyń, które wybornie wyczyszczone kredą mogą zastąpić zwierciadło, nie wolno było myć okien z tego samego powodu i nie wolno było butom nadawać wspaniałego połysku. Z nadmiernej przezorności nie wolno było wobec królewskiego rządcy odsłaniać głowy ludziom nadmiernie łysym, była bowiem obawa, że przejrzeć się może i w połyskliwej łysinie. Wielki ten dostojnik nigdy w swoim życiu nie widział zwierciadła wody, nigdy mu jej bowiem nie pokazano, aby się w niej nie mógł przejrzeć. Był on też bardzo szczęśliwy i dumny ze swojej urody, tym bardziej, że wszystkie damy w tym wielkim mieście otrzymały srogi rozkaz, aby na widok królewskiego zastępcy natychmiast wpadały w omdlenie z okrzykiem: "Ach, jaki przystojny jest hrabia Mortadella!" Hrabiego nękał z tego powodu wielki smutek, martwił się bowiem, że swoją nadludzką urodą tak straszliwe sprawia wrażenie. Jedno go tylko dziwiło niepomiernie: to mianowicie, że każdy pies na jego widok albo zaczynał wyć, albo podkuliwszy pod siebie ogon, zmykał jak szalony. Dworzanie wyjaśnili mu to dziwne zachowanie blaskiem bijącej od niego potęgi, która jest tak wspaniała, że nawet na nierozumne działa zwierzęta. Słysząc to hrabia Mortadella uśmiechał się łaskawie i z nadmiernego zadowolenia gładził brodę, w której było jedenaście włosów, a kiedy rok był urodzajny, to nawet dwanaście.
    Był to pan łaskawy, choć możny. Ponieważ sam z zadziwiającej słynął urody, pragnął więc w wielkiej dobroci serca, aby wszyscy królewscy poddam byli choć w nikłej mierze do niego podobni, dlatego rozkazał, aby się we wszystkie świąteczne dnie w niego wpatrywano. Siadał wtedy na czerwonym, do tronu podobnym fotelu i siedział tak nieruchomo przez cały dzień, a poddani siadali przed nim w wielkim ścisku i patrzyli w niego jak sroka w kość, cmokając z wielkiego zachwytu; że jednak trzeba było długo czekać, ażeby tym sposobem wszyscy się stali do niego podobni, więc chcąc przyśpieszyć ten dzień, w którym lud zadziwiająco stanie się piękny, rozdawał mu tymczasem mocno pachnącą pomadę, którą sam się nacierał wierząc, że jej zawdzięcza nadludzką swoją piękność. Toteż nad całym miastem przeraźliwy unosił się zapach, tak że muchy zdychały, a przelatujące ponad nim ptaki zataczały się w locie, jak gdyby były pijane.
    Najdziwniejszy jednak widok przedstawiało miasto w dnie uroczyste, kiedy potężny namiestnik zjawiał się na ulicach miasta, aby poznać życie jego mieszkańców, wysłuchiwać skarg i żalów. Ponieważ wtedy byłby zauważył, że zwyczajni ludzie mają proste plecy, podczas kiedy on ma na nich garb, i mógł z tego powodu wpaść w srogi gniew, przeto w owe dnie wydawano rozkaz, aby każdy obywatel posiadał garb. Wszystka jego służba i dworzanie dobierani byli spomiędzy garbatych, których czasem, z braku krajowego produktu, za drogie pieniądze sprowadzano z zagranicy, namiestnik więc nie przypuszczał nawet, że mogą istnieć ludzie prości. Przeto w owe uroczyste dnie wszyscy mieszkańcy robili sobie sztuczne garby, a co gorliwsi kazali sobie wyrywać nawet zdrowe zęby, aby się ich ilością nie wywyższać ponad dostojnika, który miał ich trzy. Piękny zaiste był to widok: namiestnika nieśli w lektyce garbaci ludzie, on wdzięcznie uśmiechał się jednym okiem, dziewice mdlały z okrzykiem: "Ach! umieram, on jest zbyt przystojny!" - psy wyły, a ludzie krzyczeli: "niech żyje!" Przed lektyką biegli garbaci laufrowie i rozrzucali pomiędzy lud suszone ziarnka słonecznika, będące w tym kraju wybornym i ulubionym przysmakiem.
    W takim dniu uroczystym, na znak wielkiej i wspaniałomyślnej pana namiestnikowej łaski, darowywano więźniom resztę kary i wypuszczano ich na wolność; ponieważ jednak namiestnik był człowiekiem skąpym, nie chciał żywić więźniów i więzienia były puste, starano się tedy zapełnić je w przeddzień uroczystości, zamykając w nich byle kogo, aby go nazajutrz wśród radosnych uwolnić okrzyków. Razu jednego sposób ten przysporzył władzom wiele kłopotów, połowa bowiem nowo mianowanych więźniów, kiedy ich nazajutrz zwolniono, nie chciała opuścić wesołego więzienia, byli to bowiem bezdomni biedacy, którym udało się wreszcie znaleźć mieszkanie. Mimo próśb i lamentów wyniesiono ich jednak przemocą z więziennych komnat i na domiar goryczy kazano im dziękować na kolanach namiestnikowi za łaskę.
    Hrabia Mortadella rządził w królewskim imieniu mądrze i sprawiedliwie. Kiedy dwóch poddanych wiodło spór o rzecz cenną, hrabia godził ich znakomitym wyrokiem, zabierając dla siebie przedmiot sporu i usuwając w ten sposób sprzed ich oczu to, co budziło ich namiętności. Nie uciskał zresztą swych poddanych i nie dręczył ich zbytnią ilością danin i opłat, bo - oprócz podatku od majątku, od ilości dzieci, od ilości przeżytych lat, od koni, krów, kóz, psów, kotów, kanarków, kur, kaczek, indyków, perliczek, gołębi i królików, od ilości spodni, od ilości wypitej wody, od snów, od kwiatów, od południowego wiatru, od miesięcznych nocy, od pogodnych dni, od chrzcin, od wesel, od pogrzebów, od trumny, od schodów, od kominów, od parasolów, od kapeluszów, od cienia, od śpiewania, od grania na trąbie, od imienin, od zezowatych oczu, od rudych włosów, od paraliżu, od sztucznych zębów, od rumieńców i od paznokci - żadnych innych podatków szczęśliwi mieszkańcy tego miasta nie płacili. Wyjątkowo płacił nadprogramowy podatek jeden tylko człowiek, który przez dziwny kaprys natury miał sześć palców u lewej nogi; długo to ukrywał, kiedy się jednak ujawniło to dziwo, musiał zapłacić karę za to ukrywanie i odtąd uiszczał daninę od zbytku.
    Tak szczęśliwy wiodąc żywot, mieszkańcy mieli miny wesołe i uśmiechnięte. Jedną tylko mieli słabość: do ćwiczeń sportowych. Namiętnie uprawiał je hrabia Mortadella, a za jego przykładem czynili to wszyscy inni. Ponieważ hrabia kulał na prawą nogę, więc najulubieńszym jego sportem było bieganie na długi dystans, choć i inne rodzaje sportu w wielkiej były cenie i bardzo lubiane. Bieganie jednak uważane było za ćwiczenie najdoskonalsze, toteż nikt w tym mieście nie stąpał zwyczajnym krokiem, lecz zawsze jak gdyby podrywał się do biegu, tak że można było czasem widzieć największych dostojników, którzy biegli jak obłąkani przez ulice miasta, wśród ogólnego zajęcia.
    Namiętność do biegania stała się wreszcie powszechnym nałogiem. Było to raz powodem bardzo śmiesznego wydarzenia. Kiedy w tym mieście umarł największy poeta, który marny wiódł żywot, gdyż miał kabłąkowate nogi, tak jakby przez sto lat siedział okrakiem na beczce, zginął przeto w zapomnieniu, postanowiono mu wyprawić piękny pogrzeb. W żałobnym pochodzie szedł sam hrabia, wszyscy dostojnicy i niemal wszyscy mieszkańcy, sześciu z nich niosło trumnę na ramionach. Kiedy pochód znajdował się w odległości mili od cmentarza, hrabia zagadnął szeptem dostojników, jaki jest rekord biegu na przełaj na milowej przestrzeni. Po niedługiej chwili, kiedy rozmowa na ten wspaniały temat stała się gorąca, nagle hrabia i dostojnicy zaczęli przyspieszać kroku, a za nimi ogromny tłum. Ludzie niosący trumnę poczęli dreptać również w przyśpieszonym tempie, coraz większy zapał ogarniał całe żałobne zgromadzenie, wreszcie wszyscy zaczęli gonić na wyścigi. Widząc, co się dzieje, a nie chcąc zostać w tyle, żałobnicy zrzucili z ramion trumnę do przydrożnego rowu i pobiegli w wielkim wyścigu. Wielki poeta, który za życia miał krzywe nogi, niedaleko uszedł i po śmierci i leżał samotny przy drodze w swojej biednej trumnie przez trzy dni, bo wszyscy, zajęci rekordem, zapomnieli o nim, a gazety tak były pełne wiadomości o wspaniałym biegu, że nie miały miejsca na wiadomości, co się dzieje z dostojnym nieboszczykiem. Dopiero Towarzystwo Ostatniej Posługi zaniosło go na cmentarz, dlatego tylko bez wypadku, że jego członkowie odbywali powolny bieg na wytrzymałość z niezwykłym obciążeniem.
    Nie dziw przeto, że wśród takich miłośników sportu wielkie rosły ambicje i pożądanie rekordów. Ustanowiono tam doroczne święto sportowe w dzień imienin Mortadelli, a największym zdarzeniem tego dnia był wyścig dookoła miasta, bieg ciężki i trudny, gdyż miasto było bardzo rozległe. Nagrodę stanowił kubek do jaj na miękko i scyzoryk, ofiarowany przez samego hrabiego, prócz tego zaś wieńczono zwycięzcę na rynku miasta i jego imieniem nazywano ulicę. Było to święto wielkie i uroczyste, na które przybywali zwolennicy z dalekich krajów i z nieznanych miast, a tym jeden tylko stawiano warunek: musieli sobie przyprawić garb. Bieg rozpoczynał się obok placu namiestnika, który dawał znak na jego rozpoczęcie donośnym wystrzałem z papierowej, nadętej powietrzem torby, odbywał się potem przez lasy i okoliczne pola, a kończył się również przed pałacem, gdzie zgromadzone były najpiękniejsze dziewice, uczeni i paralitycy, wszyscy inni bowiem mieszkańcy brali udział w wiekopomnym wyścigu.
    Kiedy Jacek i Placek przybyli pod wieczór do bram wielkiego miasta, ujrzeli na jego murach wielka płachtę papieru, na której garbatymi literami wypisane było zawiadomienie o tym właśnie wyścigu, mającym się odbyć nazajutrz. Ze wszystkich stron widzieli zmierzających ku miastu ludzi, z których każdy, odczytawszy z niejakim trudem to, o czym głosił papier, od razu umieszczał niesione zawiniątko na plecach i, dotąd prosty jak trzcina, wchodził do miasta garbaty.
    - Co to wszystko znaczy? - rzekł Jacek.
    - Odczytajmy, co tu napisane! - odrzekł Placek. Wobec dość złożonego sposobu ich umiejętności czytania nie było to sprawą łatwą: Jacek odczytał wszystkie litery z pierwszej połowy abecadła, Placek z drugiej i w ten sposób udało im się wyłowić kilka słów z tej donośnej przemowy, która grzmiała z murów miasta. Tak się jakoś szczęśliwie zdarzyło, że wśród gromadki przybywających niewielu było takich jak oni uczonych, więc ktoś odczytał głośno orędzie królewskiego rządcy, wzywające cały świat do wielkiego biegu w dzień jego patrona, który, niewidzialny, miał biec na czele wszystkich współzawodników. W orędziu wymieniano nagrodę i przepisy wyścigów, niezmierne ich znaczenie dla wszechświata i obiecano dla zwycięzcy łaskę hrabiego Mortadelli i zwolnienie od podatku od kubka do jaj na miękko i scyzoryka, dotąd bowiem zwycięzca musiał opłacać daninę od tych wspaniałych przedmiotów; natomiast w tym roku należało na odmianę opłacić taksę za uroczysty wieniec, co dotąd nie było we zwyczaju.
    Jackowi i Plackowi zaświeciły się oczy, gdy usłyszeli o tak ponętnych przedmiotach, których nigdy nie widzieli i o których nie wiedzieli, do czego służą. Ponieważ myśleli jednakowo, od razu w obu ich głowach powstała myśl, aby zdobyć nagrodę.
    - Biegamy doskonale - szepnął Jacek - można by spróbować.
    Placek rzekł cicho:
    - Nie damy rady, bo udział jest zbyt tłumny. Mógłbym wprawdzie stanąć gdzieś z boku i podstawiać nogę każdemu, co będzie obok mnie przebiegał, aby dać tobie czas do osiągnięcia mety, mogą to jednak łatwo zauważyć. To trzeba zrobić jakoś inaczej. Pomyśl, Jacku.
    - Właśnie myślę... Po chwili rzekł:
    - Czy nie dałoby się posypać całej drogi tłuczonym szkłem?
    - To na nic - rzekł Placek - bo przede wszystkim nie mamy szkła, a następnie, to gorzej dla nas, bo jesteśmy bosi.
    - Prawda i to...
    - Trzeba pomyśleć!
    - Pomyślimy...
    Siedli w krzakach i myśleli przez długi czas; wymyślili tysiąc i jedno szachrajstwo, ale żadne nie było do wykonania. Nagle Jacek skoczył, jakby go ukąsiła tarantula.
    - Mam! - krzyknął.
    - Gadaj, co znalazłeś...
    Jacek rozejrzał się pilnie dookoła, potem nachylił się do ucha Placka i szeptał w nie długo i roztropnie. Placek słuchał uważnie i rzekł z uznaniem:
    - To się da zrobić.
    - Chodźmy! - rzekł wesoło Jacek.
    - Najpierw muszą nam wyróść garby.
    - Prawda! Po co oni wszyscy robią sobie garby?
    - Widać, że tu taka moda. Porobimy sobie takie garby, jakich świat nie widział. Rwij trawę, Jacek!
    Nazbierali trawy i jeden drugiemu zmajstrował wspaniały, urodziwy garb, tak że wyglądali jak para młodych wielbłądów.
    - Teraz - rzekł Jacek - wejdźmy ostrożnie do miasta; jest już tak ciemno, że nikt nie zobaczy naszych twarzy, a jutro wieczorem spotkamy się w tym miejscu. Tylko ostrożnie. Idź ty pierwszy.
    Placek wszedł w bramę, w której stał strażnik. Na widok Placka pochylił dzidę i rzekł:
    - Dokąd śpieszysz, młodzieńcze?
    - Na wyścigi - odrzekł Placek grubym głosem.
    - Witam cię w imieniu hrabiego Mortadelli! Czy jesteś garbaty?
    - Tak jest, dostojny panie!
    - Racz tedy wejść i zdobądź wielką nagrodę!
    Ta sama ceremonia powtórzyła się po chwili z Jackiem, który odpowiadał głosem cienkim.
    Stąpając chyłkiem w cieniu domów dziwowali się bardzo rozmiarom tego miasta i wielkiemu w nim zbiegowisku. Najbardziej zaś zdumiewało ich to, że wszyscy mieli garby, bardzo śmieszne, bo czasem taki garb zsuwał się i opadał na ziemię, wśród wielkiej i ogólnej radości.
    Całe miasto przygotowywało się do niezwykłego święta, jedzono i pito, a przed każdą gospodą stał garbaty jej właściciel i potężnym głosem zachwalał swoje jadło.
    - W mojej gospodzie - wołał jeden - można zjeść pasztet z najprzedniejszych kotów, nadziewany ślimakami.
    Daje on siłę i moc! Jest zdrowy i pożywny. Wchodźcie, obywatele, i ucztujcie za marne pieniądze!
    - Potrawka ze szczurów! Potrawka ze szczurów! - wołał inny. - Sam hrabia takiej nie jada, panowie! Mam poza tym w spiżarni salceson z prawdziwego skórzanego buta i flaki z krokodyla!
    - Kto u mnie zje wieczerzę, ten jutro zwycięży! - wołał trzeci. - U mnie zjeść można makaron z robaków i marynowane ropuchy. Wchodźcie, panowie, czym prędzej, bo wszystkiego niedługo zabraknie.
    - Dobre i smakowite sprzedają tu potrawy! - rzekł żałosnym głosem Jacek - aż mi ślina idzie do ust.
    - Słuchaj! - szepnął nagle Placek - to ciekawe. Inny oberżysta darł się na całe gardło:
    - Kiełbasy! Wyborne kiełbasy z największego filozofa świata, kiełbasy z czcigodnego osła Patałłacha! Dopiero wczoraj zdechł z nadmiernej mądrości! Świeże kiełbasy z szybkonogiego Patałłacha.
    - Ha! - zawołał Jacek - oddałbym pół życia za tę kiełbasę.
    - Poczekaj, pogadam z tym człowiekiem - rzekł Placek. Podszedł do oberżysty i przemówił z pokorną miną:
    - Panie gospodarzu, przyszedłem tu z daleka i chciałbym się dowiedzieć, kim był ten Patałłach, z którego tak wyborną zrobił pan kiełbasę.
    - Chętnie ci odpowiem, młodzieńcze - odrzekł oberżysta - bo mam wrażenie, że cię zajmuje los bliskiego twojego krewniaka. Patałłach był to najgłupszy osioł, jakiego widziałem w życiu. Schwytałem go pod miastem, gdzie stał zamyślony od kilku dni i byłby zdechł z głodu, gdybym go nie był nakarmił. Chciałem go potem zmusić do pracy, ale nie było sposobu, bo tylko wierzgał i ryczał, że jest największym filozofem świata i że gardzi pracą. Dałem mu spokój, gdyż czekałem na takiego lekkomyślnego człowieka, który by go kupił za tanie pieniądze, zdarzyło się jednak, że do mojej oberży zajechał jakiś uczony mędrzec. Ponieważ nie miał czym opłacić noclegu, pozwoliłem mu się przespać w stajni. Skorzystał z tego Patałłach i zjadł wszystkie książki, które uczony nosił w węzełku. Wtedy już dostał opętania i widać rozum pomieszał mu się jeszcze bardziej, bo zaczął ryczeć przeraźliwie od rana do wieczora, potem przez całą noc, z niezmiernej dumy, i gadał od rzeczy, że go powinni mianować królewskim rządcą, bo takiego jak on mędrca świat dotąd nie widział. Dużo z tego było zabawy, jak to zawsze z przemądrzałego osła, ale nikt nie mógł zmrużyć oka, więc go wczoraj musiałem zarżnąć i zrobić kiełbasy na dzisiejsze święto. Jeśli masz pieniądze i dobre zęby, to możesz je spróbować. Tanio. W ten sposób możesz zostać filozofem.
    - Pieniędzy nie mam - odrzekł Placek - ale mam dobre zęby.
    - Za zęby nie dam ci kiełbasy, bo mam swoje, tani to towar. Ale co masz w swoim garbie?
    - Garb - odrzekł Placek - mam z samego atłasu i jedwabiu i chętnie oddałbym ci dwa łokcie jedwabiu za łokieć kiełbasy.
    - Jest to godziwy interes - odrzekł oberżysta. - Chociaż w mojej kiełbasie nie ma jedwabiu, ale jest w niej sama mądrość.
    - Tak - odrzekł Placek - ale ponieważ wszyscy mają garb, więc i ja go mieć muszę. Dlaczego właściwie wszyscy w tym mieście noszą garby?
    - Jaki pan, taki kram - rzekł cicho oberżysta. - Jego Dostojność hrabia Mortadella ma garb od urodzenia.
    - Rozumiem - powiedział Placek - tym bardziej nie mogę dziś i jutro pozbawić się takiej wspaniałej ozdoby. Jutro jednak, po wielkich wyścigach, chętnie ci odsprzedam mój garb.
    - W takim razie jutro dostaniesz kiełbasę. Jesteś mądry jak sam Patałłach, ale ja jestem mądrzejszy.
    - W istocie - rzekł z udanym zdumieniem Placek - jesteś nadzwyczajnie mądry. Ja jednak umiem robić takie czarodziejskie sztuki, jakich nawet ty nie widziałeś.
    - Oho! A jakież ty umiesz sztuki?
    - Pokażę ci za półtora łokcia kiełbasy sztukę, jakiej największy nie zrobi czarownik.
    - Cóż to takiego?
    - Zrobię tak: stanę przed tobą, a ty na chwilę przymkniesz oczy, a kiedy zawołam już! - otworzysz je, a ja przez ten krótki czas rozdzielę się na dwoje i zamiast mnie jednego będzie nas dwóch, dwóch zupełnie takich samych, podobnych do siebie kubek w kubek. Kiedy znowu przymkniesz oczy, znowu tak zrobię, że wejdę w siebie z powrotem i znowu będzie jeden.
    - Takiej sztuki - rzekł z niedowierzaniem oberżysta - nie potrafi nikt na świecie.
    - Spróbuj, a zobaczysz! Jest to sztuka strasznie trudna, ale mój ojciec był wielkim czarodziejem i umiał się podzielić nawet na trzy części. Ja umiem tylko na dwie, ale i to dosyć.
    - Jeśli to zrobisz, to dam ci dwa łokcie kiełbasy i kawał salcesonu z oślich uszu. I nie tylko to. Jutro, po święcie, mógłbyś się produkować w mojej gospodzie i zarobić razem ze mną wiele pieniędzy.
    - Doskonale! Chcesz zobaczyć sztukę?
    - Bardzo chcę!
    - A ja chcę przedtem zobaczyć kiełbasę.
    - Niech i tak będzie!
    Oberżysta wszedł do gospody, Placek zaś tymczasem skinął na Jacka, który słuchał z ukrycia całej rozmowy, aby był w pogotowiu. Po chwili oberżysta wyniósł szlachetne zwłoki uczonego Patałłacha w mizernym kształcie kiełbasy i salcesonu.
    - Widzisz - rzekł do Placka - że postępuję uczciwie, więc jeśli mnie oszukasz, to i z ciebie zrobię salceson.
    - Bardzo dobrze! Zamknij teraz oczy i czekaj, aż zawołam: już! Gdybyś chciał podejrzeć, jak się ta sztuka odbywa, to mógłbyś stracić jedno oko.
    - Dobrze, zamykam oczy i nie będę podglądał.
    - Nic nie widzisz? - zapytał Placek.
    - Nic.
    Placek zaczął szeptać tajemniczo:
    - Rumbarbarum! Rumbarbarum!
    A kiedy Jacek podkradłszy się na palcach stanął przy nim. wtedy krzyknął:
    - Już!
    Oberżysta otworzył oczy, które mu na wierzch wylazły ze zdumienia, gdyż przed nim stało dwóch, jak dwie krople wody podobnych do siebie, chłopców. Człowiek ten patrzył na nich z nabożnym lękiem i aż zaniemówił.
    - Skąd jest ten drugi? - zapytał wreszcie z trudem.
    - Wyszedł ze mnie - rzekł Placek - to jest duch. Możesz go nawet dotknąć, ale ostrożnie, bo raz takiego, co go chciał dotknąć, ukąsił w rękę. Ciebie jednak nie ugryzie, bo trzymasz w ręku kiełbasę, więc on wciąż w nią tylko patrzy, a ciebie nie widzi.
    - Boję się takich sztuk - szepnął oberżysta - zrób tak, aby zniknął.
    - Zamknij oczy!
    - Zamknąłem.
    - Huku! Puku! - zaklinał Placek - zmykaj duchu! Już! Kiedy oberżysta otworzył oczy, stał przed nim Placek wesoło uśmiechnięty.
    - Zasłużyłeś sobie na tę kiełbasę - rzekł z ulgą oberżysta. - Jeśli jutro pokażesz w mojej gospodzie tę potężną sztukę, obaj zrobimy majątek. Czy przyjdziesz jutro?
    - Najlepiej będzie, jeśli mi pozwolisz przespać się w stajni po Patałłachu. Odpocznę, a jutro stanę do wyścigów.
    - Prześpij się! - rzekł oberżysta.
    - Ale o jednym pamiętaj! Niech się nikt przez noc nie zbliża do stajni, bo ja na noc wypuszczam z siebie mojego ducha.
    - A cóż on robi?
    - Czuwa nade mną i odgania mi z twarzy muchy, gdy kto jednak zbytnio się do mnie zbliży, wtedy szczeka i gryzie.
    - To straszne! - rzekł z drżeniem oberżysta. - Masz kiełbasę i idź spać, ale nie wypuszczaj swojego ducha tak długo, zanim ja nie zasnę.
    - Mogę to dla ciebie zrobić - rzekł Placek. - A jutro pokażę w twojej gospodzie jeszcze dziwniejsze sztuki.
    - Dobrej nocy - powiedział odchodząc oberżysta - tobie i twojemu duchowi.
    - Zaskarbiłeś sobie jego przychylność - rzekł z wielką łaskawością Placek. - Dobrej nocy!
    Za to wzniosły duch Patałłacha nie miał tej nocy spokoju i musiał gorzkie ronić łzy widząc, jak ci, których zrzucił z grzbietu w słusznym gniewie, teraz śmiejąc się pożerają kiełbasę z jego doczesnych zwłok.
    - Jest to kiełbasa mądrości - rzekł Jacek.
    - A ten salceson jest salcesonem filozofii - śmiał się Placek. - O Patałłachu, na co ci przyszło?!
    W tej chwili rozległ się nad domem potężny, straszny ryk.
    - To Patałłach się rozgniewał! - rzekł Placek. - Oberżysta jednak musi być w strachu, bo myśli, że to mój duch tak się wściekł. Ale chodźmy spać, ryczący duchu, bo musimy jutro być na wszystko gotowi. Zapamiętałeś, cośmy ułożyli?
    - Wszystko zapamiętałem. Mądrzy to my jesteśmy.
    - Wielka sztuka! Jemy kiełbasę z największego uczonego. Nowy ryk rozległ się przeraźliwie.
    - Słyszysz? Ten zwierzak po śmierci zachował swoje zwyczaje. Trzeba dokończyć kiełbasy, bo będzie ryczał przez całą noc i nie da nam spać.
    Spali jednak doskonale na sianie, po raz pierwszy od wyjścia z domu. Skoro zaś tylko zaczęło szarzeć na świecie, powstali czym prędzej i wymknęli się na plac przed pałacem, gdzie już od wczesnego rana zbierali się współzawodnicy.
    Plac był wspaniale udekorowany chorągwiami ze starych gazet i girlandami z jodłowych gałęzi. Zaczął się szybko zapełniać tłumem współzawodników, starych, młodych i w średnim wieku. Porządek utrzymywali jacyś czcigodni ludzie, bardzo zatroskani; niektórzy z nich wysypywali drogi piaskiem albo podtrzymywali chwiejące się chorągwiane żerdzie. Byli to uczeni, poeci, muzycy i malarze, których, jako że w wielkiej sztuce biegania na długi dystans na nic nie byli przydatni, używano do tych robót, jak to jest w powszechnym zwyczaju wśród ludzi, dla których nogi więcej znaczą niż głowa. Dlatego też czcigodne osoby miały na twarzy wiele smutku, o tym zapewne rozmyślając, że na nogach można przeskoczyć rów, ale nie można dostać się do nieba, gdzie mieszka mądrość. Może też i o tym myśleli, że koń jeszcze lepiej biega od człowieka, ale nigdy nie napisał mądrej książki ani też pięknego nie namalował obrazu, a wszyscy mieszkańcy tego miasta zapragnęli zmienić się w konie albo zgoła w zające.
    Wybiła wreszcie godzina ósma.
    Ponieważ w tym mieście nie było zegara, przeto na wieży namiestnikowskiego pałacu wymalowano zegarową tarczę, na której wskazówki poruszane były ręką, a silny człowiek, uderzając młotkiem o dziurawy rondel, z ukrycia naśladował dostojny dźwięk zegara. Czasem mylił mu się rachunek i po godzinie pierwszej wybijał po raz drugi dwunastą, ale nikt sobie nie brał tego do serca. Tego dnia jednakże człowiek--zegar starał się być punktualny i godzinę ósmą wybił donośnie i dźwięcznie. Kiedy zaś ostatnie przebrzmiało uderzenie, otwarto pałacowe podwoje, z których wyszedł najpierw ciężki zapach pomady, a tuż za nim namiestnik we własnej osobie, za czym jego świta, wasale i rycerze, dziewice i matrony, heroldowie i sędziowie. Jeden z paziów niósł na purpurowej poduszce kubek do jaj, a drugi, na błękitnej, scyzoryk.
    Na widok namiestnika tłum zakrzyknął:
    - Niech żyje hrabia Mortadella!
    On skłonił się łaskawie, potem usiadł i zaczął spozierać po tłumie współzawodników. Ponieważ dzień uroczysty wolny był od sądowych rozpraw i od wydawania wyroków, hrabia nie był zmuszony do przymykania jednego oka, więc ukazał się bez czarnej przepaski, tak że oczy jego widoczne były w całej okazałości. Wodził tedy łaskawym spojrzeniem, uśmiechem pełnym uprzejmości witając przybyszów z dalekich stron i obcych miast, aż wreszcie dojrzał Placka.
    - Kto jest ten młodzieniec w czerwonych majtkach, który ma taką twarz jak indycze jajo? - zapytał ciekawie.
    Placek pokłonił się i rzekł śmiało:
    - Przywędrowałem tu, Wasza Dostojność, z dalekiego kraju, gdzie ludzie biegają tak szybko, że mogą w biegu pochwycić zająca i bez wielkiego trudu mogą dogonić wiatr.
    - Ha! - zdumiał się hrabia.
    - Ach! ach! - zdumiały się dziewice z orszaku.
    - O! o! o! - zdumieli się panowie i rycerze.
    - No! no! no! - zdumieli się z niedowierzaniem współzawodnicy.
    - Jeśli - rzekł hrabia - umiesz biegać tak szybko, to zdobędziesz nagrodę.
    - Wasza Dostojność - rzekł Placek - uśmiech Waszej Dostojności będzie dla mnie najwyższą nagrodą.
    - Och! - uradował się hrabia.
    - Pi! pi! pi! - uradowały się dziewice.
    - Hu! hu! hu! - uradowali się rozgłośnie panowie i rycerze.
    - Fiu! fiu! fiu! - uradowali się niechętnie współzawodnicy.
    - Cieszyłbym się - rzekł hrabia - gdyby tak skromny i przystojny młodzian zdobył nagrodę. Zapamiętam sobie twoją wdzięczną postać i będę cię szukał łaskawymi oczyma wśród tej dzielnej drużyny. Czy masz już jakie wybitne rekordy?
    Placek nie wiedząc, co znaczy to słowo, odpowiedział na chybił trafił:
    - Mam ich sto dziewięćdziesiąt dziewięć, potężny hrabio.
    - A! a! - zakrzyknął hrabia.
    - Ho! ho! ho! - zakrzyknęły dziewice.
    - Hej! hej! hej! - zakrzyknęli panowie i rycerze. Przerażeni współzawodnicy nic nie zakrzyknęli.
    - Dzielny to jakiś młodzian - rzekł hrabia. - Pragnąłbym mieć takiego syna. Jeśli zwyciężysz, otrzymasz ode mnie dodatkową nagrodę w postaci słoika pomady, bo chociaż jesteś piękny, jednak masz nieco nakrapianą twarz. Pomiędzy piegami jednak piękną masz cerę, młodzieńcze. Nabierz oddechu, bo za chwilę dam znak do biegu, a trudną mieć będziesz sprawę, albowiem zjechali się tu najsłynniejsi współzawodnicy tego świata. Niech mi podadzą narzędzie do strzelania!
    W mig przyniesiono papierową torbę, którą nadął jeden z rycerzy, mocne mający płuca i długi oddech.
    - Baczność! - zawołał hrabia.
    Ustawiono szybkobiegaczów, a uczeni ludzie usunęli się czym prędzej z pola.
    - Raz, dwa, trzy! - krzyknął namiestnik i wystrzelił z torby.
    Tłum współzawodników runął przed siebie jak gromada z nagła przerażonych baranów: każdy z nich wytrzeszczył oczy, a niektóry wywiesił język jak czerwoną flagę, co zapewne pomaga przy wielkim wysiłku, i pognali, aż się za nimi zakurzyło.
    - Gdzie jest młodzian w czerwonych majtkach? - zapytał hrabia.
    - Na przedzie! - zakrzyknęły dziewice.
    - Oby został zwycięzcą! - rzekł hrabia, pomyślawszy równocześnie, że takiemu smykowi można by dać kieliszek do jaj, a zamiast scyzoryka uśmiech, o który tak pięknie prosił.
    Tłum współzawodników zniknął mu z oczu, gdyż mieli, krążąc przez poła i lasy, obiec miasto dokoła.
    Placek, który świetnie biegał, znajdował się z początku na czele długiego węża biegnących, następnie jednak, niewidocznie i ostrożnie, zaczął powoli zostawać w tyle, kiedy zaś przestano na niego w ogólnym zapamiętaniu zwracać uwagę, obejrzawszy się pilnie, uskoczył jelenim susem w bok i zapadł w boczną ulicę. Nikt nie dojrzał tego czynu wielokrotnego rekordzisty, wszyscy bowiem byli zajęci sobą, nikt też nie widział, że kiedy pochód obłąkańców począł zbliżać się do mety, wtedy z przydrożnego drzewa na sto kroków przed nimi zsunął się Jacek i począł jak zając gnać na czele zdyszanego orszaku.
    - Czy widać co? - zapytał hrabia.
    - Och! - zakrzyknęły dziewice - bieży jakiś samotny bohater, a za nim bardzo daleko biegną inni.
    - Ha! - zdumiał się hrabia. - Czy aż tak ktoś się wysforował?
    - To one! To one! - zawołały dziewice.
    - Jak to one? Czy biega ktoś rodzaju żeńskiego?
    - Czerwone majtki! Czerwone majtki!
    - Uff! - zdumiał się hrabia.
    Z pałacu wszyscy dostrzegli już Jacka, który gnał, wielkie czyniąc susy, lekko i bez zmęczenia.
    - To nie do pojęcia! - mówił hrabia. - Pobił najsłynniejszych biegaczów!
    W tej chwili Jacek mijał celownik, pozostawiwszy daleko poza sobą wydłużonego węża biegnących. Udawał, że ciężko dyszy i że się słania ze zmęczenia na nogach, na czole nie miał jednak ani kropelki potu.
    Wrzask na cześć nie widzianego dotąd zwycięstwa podniósł się tak niezmierny, że się powietrze zakotłowało aż pod niebo. Krzyczeli wszyscy, nawet hrabia, nawet zdyszani współzawodnicy, choć szeroko otwartymi ustami z trudem chwytali powietrze. Niektórzy z nich, ci przede wszystkim, co utracili swoją wielką sławę, patrzyli ponuro niemniej jednak zdumieni: nie zdarzyło się bowiem dotąd, aby ktoś potrafił wyprzedzić wszystkich o tak wielką odległość i przyjść do mety bez zmęczenia. Tym więcej to było podziwienia godne, że zwycięzcą był niepozorny chłopak.
    - Albo jego ojciec - mówili między sobą - był zającem, albo są to jakieś czary.
    Po całym mieście, po wszystkich zaułkach i po wszystkich domach gruchnęła wieść, tocząc się zgiełkliwie jak wóz po moście, że zwycięstwo osiągnął piegowaty chłopak w czerwonych spodenkach. Każdy biegł szybko, aby ujrzeć jego i uroczystość wręczenia nagrody.
    Najbliżej stojący porwali Jacka w ramiona i nieśli go przed oblicze hrabiego, który, bardzo rad. że sława tak niezwykłego rekordu spadnie jak rzęsisty deszcz na jego miasto, wygłosił wśród wielkiej ciszy stosowne przemówienie, po czym kazał Jackowi przyklęknąć, włożył mu na rozmierzwiony łeb równie rozmierzwiony wieniec z choiny, potem dodał:
    - A teraz wręczam ci wielką nagrodę, o którą walczyli przedstawiciele całego świata. Przyjmij ten kubek do jaj i zachowaj go szczęśliwie do końca życia!
    - Niech żyje! - wrzasnął tłum.
    A Jacek poczekawszy, aż się uciszy, rzekł ze czcią:
    - A gdzie jest scyzoryk, dostojny hrabio?
    Zlękli się wszyscy mniemając, że się hrabia rozgniewa, on jednak rzekł łaskawie:
    - Ach, prawda, zapomniałem o scyzoryku! Dobrze, że mi to przypomniałeś!
    Słysząc to mrugać zaczęli ku sobie miejscowi ludzie i wiedzieli, co wiedzieli.
    Znowu się ozwał radosny wrzask i rwetes, podniesiono bohatera, aby go w triumfie obnosić po mieście. Wtem z oddalonych ulic począł się toczyć grzmot innych głosów.
    - Co się stało? - zapytał hrabia.
    Ucichli wszyscy, nasłuchując. Wrzawa zbliżała się do pałacu jak dudniąca grzmotami chmura, po chwili zaś ujrzano tłum ludzi radosne wydających okrzyki.
    Spojrzał Jacek i zmartwiał.
    Nowy pochód niósł na ramionach przerażonego Placka, krzycząc:
    - Niech żyje zwycięzca! Niech żyje bohater!
    - Co takiego? - zdumiał się hrabia.
    - Co to znaczy? - zakrzyknięto.
    Od nowego pochodu, jak liść odrywa się od drzewa, oderwał się goniec i przypadłszy do hrabiego, zawołał:
    - Niesiemy zwycięzcę, dostojny panie! Ukrywał się skromnie w oślej stajni, ale go tam znalazł oberżysta, a my wynieśliśmy go na ramionach... Oto się zbliża.
    Za chwilę stało przed hrabią dwóch zwycięzców, mocno przerażonych i bladych, o ile można było ujrzeć w lesie piegów blade widmo strachu.
    - Hę! - zdumiał się hrabia.
    Tłum oniemiał i patrzył ogłupiałym wzrokiem, nie wiedząc, co o tym sądzić.
    - Który z was jest który? - pytał hrabia. Jacek i Placek milczeli.
    - Odpowiedzcie, który z was jest zwycięzcą? Oni nie odpowiadali, a nikt nic nie wiedział.
    - To są jakieś czary! - zawołały dziewice.
    - To nie są wcale czary - rzekł stojący na uboczu uczony człowiek, który się całej tej hecy przyglądał z uśmiechem. - Obaj są zwycięzcami.
    - Jakże to może być? W jaki sposób?
    - W dowcipny sposób. Są to przebiegli chłopcy: jest ich dwóch, choć wyglądają jak jeden. Zdarzają się czasem takie podobne istoty. Toteż jeden biegł na początku, a drugi ukrył się gdzieś na końcu i w odpowiedniej chwili pierwszy znikł, a drugi się pokazał. Mądre są to szpaki!
    - Oddaj nagrodę! - ryknął hrabia. - Dawać ich tutaj! Kiedy ich chwycono, aby powlec do hrabiego, wypadł z tłumu zażywny człowiek rycząc:
    - Moja kiełbasa! ach, złoczyńcy, oczajdusze, rzezimieszki! Oszukali mnie niecnie i podstępnie!
    Nikt nie wiedział, co ma oznaczać ten tęskny głos, rozpaczający nad kiełbasą, bo wszystkich porywał gniew, że się dali podejść dwom przemyślnym smykom.
    - Co z nimi uczynić? - zawołali rycerze. Hrabia pomyślał i rzekł:
    - Każdemu dać po tysiąc dziesięć kijów w pięty, aby więcej nie mogli biegać!
    - Ach! ach! to zbyt wiele! - zapłakały dziewice. - Tysiąc będzie dość.
    - Mało będzie! - ryknęli w tłumie. - Tysiąc dziesięć, tysiąc dziesięć, tysiąc dziesięć!
    - Chodźcie, robaczki! - rzekł ponuro kat. - Nauczę was uczciwie biegać.
    Chłopcy byli bladzi i na pół umarli ze strachu.
    Dziewice zakryły oczy, ale wszyscy patrzyli zachłannie.
    Ułożono chłopaków na brzuchach, kat zawinął rękawy i zaczai walić na przemian: raz Jacka, raz Placka.
    Ryczący duch Patałłacha musiał wielką uczuć pociechę usłyszawszy wrzask swoich wrogów.
    - Ach! ach! - mdlały dziewice.
    - Nie ma litości! - krzyknął tłum.
    Już kat wyliczył siedemdziesiąt siedem plag, daleko jednak było do tysiąca i dziesięciu.
    - Łaski! - błagał Jacek.
    - Łaski! - błagał Placek.
    - Tysiąc dziesięć! - krzyknął hrabia.
    Zgiełkliwy ten dzień, pełen głosów i wrzawy, zagrzmiał raz jeszcze: od bram miasta ozwał się donośny głos trąb. Przerwano na chwilę egzekucję nasłuchując, co oznaczają te potężne głosy. Po chwili zadudniły kopyta i ukazał się strojny orszak. Wszyscy patrzyli pilnie, spojrzał i kat. Jacek i Placek, po raz pierwszy w życiu nie okazując zbytniej ciekawości i mało się troszcząc o to, kto to z taką nadjeżdża paradą, w dwóch susach wpadli w tłum spłoszonych jak sarenki dziewic, a za moment nie było z nich śladu. Nikt tego nawet nie zauważył, gdyż orszak przystanął przed pałacem, a groźny mąż zawołał:
    - Dostojny hrabio Mortadella! Z rozkazu jegomości najjaśniejszego króla przestajesz od tej godziny być jego namiestnikiem i od tej chwili nie masz już prawa zatruwać tego miasta swoją pomadą.
    Zdumiał się lud, zdumiały się dziewice, zdumieli się rycerze i wasale.
    Srogi mąż wołał dalej z konia:
    - Opuść ten tron, albowiem zasiądzie na nim twój dostojny następca.
    - Wynoś się czym prędzej! - krzyknęli nagle wierni dotąd poddani. - Hej! ludzie, dajcie nam zwierciadło! Czy ma kto zwierciadło?
    Okazało się, że wszystkie dziewice mają zwierciadła. W jednym z nich przejrzał się hrabia Mortadella i ujrzawszy swoją twarz, aż się wzdrygnął:
    - To ja tak wyglądam? - szepnął.
    - Ach, umieram! ach, jakiż on brzydki - zawołała najstarsza z dziewic w imieniu wszystkich.
    Nieszczęsny hrabia Mortadella podniósł się z purpurowego krzesła i począł schodzić smętnie po schodach pałacu. Nagle przystanął i spojrzał ze zdumieniem, patrząc, jak wszyscy ludzie wśród głośnych śmiechów pozbywają się swoich garbów.
    - Już nie będziemy garbaci - wołali. - Precz z Mortadellą!
    Hrabia zwrócił się pokornie do groźnego męża i zapytał:
    - Kto jest moim następcą?
    - Dostojny markiz Saradella! - zakrzyknięto w tłumie.
    - Odkryjcie głowy, oto on!
    - Niech żyje! Niech żyje!
    Z wielkiej radości poczęto podrzucać sztuczne garby.
    Z orszaku wysunął się człowiek niepozorny, uśmiechnięty i rozdając ukłony zaczai iść ku pałacowi, kiedy zaś stanął na wysokości schodów, tak że wszystkim był widoczny, podnieśli się na palcach, aby ujrzeć, kogo im najmiłościwszy król przysłał na pana i rządcę.
    - Niech żyje! - krzyknęli ci, co stali w dalszych rzędach.
    Tym jednak, którzy stali blisko, okrzyk zamarł na ustach. Spojrzeli i zdrętwieli: nowy pan miał proste plecy, ale za to garb z przodu.
    - Ach! ach! - jęknęły dziewice.
    A wszyscy inni w wielkim i nagłym milczeniu zaczęli podnosić rzucane w górę garby i czym prędzej umieszczać je sobie na piersiach.
    Markiz Saradella przymknął oko, jakby udając, że tego nie widzi, i ogłosił:
    - Na znak mojej łaski ustanawiam od dziś podatek od prostych pleców.

poprzedni Spis treści następny