Kornel Makuszyński




ROZDZIAŁ ÓSMY

w którym Jacek i Placek nie mogą wyjść zdumienia,
ale wchodzą do nieznanego miasta


    Wszyscy się na nas zawzięli! - mówił Jacek - chcą nas zgubić i zamordować!
    - To chyba dlatego, że nikomu nie uczyniliśmy nic złego - odrzekł Placek. - Może gdybyśmy byli źli i złośliwi, wszyscy by się nas bali.
    - Jesteśmy biedne i opuszczone sieroty - żalił się Jacek.
    - I znowu musimy wędrować na głodno. Bodaj pchły zjadły tego niedźwiedzia: omal mi kości nie pogruchotał, tak że iść nie mogę. Wstyd i hańba, żeby taki ogromny bęcwał rzucał się na dwoje niewinnych dzieci.
    - A to wszystko przez starego człowieka, bo nikt inny, tylko on namówił tego głupiego niedźwiedzia, aby nas pobił. Cóż mu to szkodziło nocować na polu, a nam pozwolić mieszkać w szałasie? Zły to musi być człowiek i bez serca. Ale dokąd my idziemy, Placku?
    - Czy ja wiem? Nigdzie ani drogi, ani ścieżki. Bardzo zgłodniali, pożywili się opadłą z dębów żołędzia i garścią jagód, kwaskowatych i niesmacznych. Tymczasem zaczęło szarzeć.
    - Nie podoba mi się ta okolica - rzekł Jacek - pusto tu i niemiło. Wolałbym zresztą pójść dalej, bo jesteśmy jeszcze zbyt blisko tego niedźwiedzia, a nie wiadomo, czy nie zechcę nas ścigać. Widzę daleko stąd jakieś lasy i wody, trzeba będzie tam dojść i znaleźć na noc posłanie.
    - Nie wiem, czy dojdę - biadał Placek - to coś bardzo daleko.
    - I ja też ledwie poruszam nogami, ale nie ma rady, w lesie zawsze lepiej.
    - Chodźmy! - stęknął Placek.
    - Chodźmy! - westchnął Jacek.
    Szli w milczeniu, niespokojnie spozierając na boki, bo ciemność zapadała coraz gęstsza i coraz bardziej wilgotna: zdawało się, jakby ktoś wywrócił ponad nimi olbrzymią kadź czarnego atramentu. Nie było widać żadnej gwiazdy ani nie było księżyca, choć wczoraj jeszcze pysznił się swoim srebrnym kręgiem. Niebo musiało być zawalone chmurami.
    - Daleko jeszcze do tego lasu? - pytał Placek.
    - Już nic nie widać - odrzekł Jacek - ale zdaje mi się, że las jeszcze daleko.
    - W takim razie jest to głupi las!
    - Czemu głupi? Czy widziałeś kiedy mądry las?
    - Mądry, niemądry, ale widziałem taki, co sam chodzi. Mógłby ten las, do którego idziemy, podejść ku nam.
    - Z tamtym lasem to była jakaś nieczysta sprawa i czarodziejska sztuka. Czego wyjesz?
    - To nie ja zawyłem - odrzekł niespokojnym głosem Placek - myślałem, że to ty...
    - Ja też nie. Słuchaj!
    Daleko, z lewej strony, coś zawyło głucho i przeciągle.
    - Co to może być?
    - Nie wiem! To są jakieś diabelskie wycia. Uciekajmy na prawo!
    Zmienili kierunek i pobiegli na prawo. Stamtąd jednak dobiegł ich po chwili straszny, głęboki bek.
    - Ktoś nas ściga! - mówił gorączkowym szeptem Jacek.
    - Nie widzę cię, gdzie jesteś?
    - Ani ja nie widzę ciebie - odpowiedział strwożonym głosem Placek. - Podaj mi rękę. Boję się!
    - I ja się boję! Tak, dobrze, trzymajmy się za ręce...
    - Chodźmy! Coś wyje z lewej strony i coś beczy z prawej, ale przed nami wolna droga.
    - A za nami?
    - Za nami? Przystańmy, trzeba zobaczyć.
    Obejrzeli się i zdrętwieli: poza nimi patrzyły z ciemności ogromne, zielone ślepia.
    - Uciekajmy! - krzyknął Jacek.
    Zaczęli gonić po bezdrożach, przez jakieś puste pola. Wciąż słychać było wycia i beki, a ile razy obejrzeli się poza siebie, widzieli te tajemnicze ślepia. Duch już w nich zamierał, kiedy nagle ujrzeli przed sobą na jakiejś wyniosłości łunę ogniska.
    Odetchnęli na widok żywego ognia; sił im przybyło, więc jak pływak, co pruje zawzięcie czarne wody, tak oni płynęli przez tę noc czarną i ciemną, pełną złych głosów, szumów, dzwonień, westchnień i beków. Ogień płonął coraz jaskrawiej jak purpurowy kwiat, co coraz pełniej rozkwita. Wiatr chwiał nim na wszystkie strony, jakby chciał z korzeniem wyrwać ten krzew ognisty. Blask ognia był silny i barwił szeroką przestrzeń.
    W pewnej chwili zdawało się chłopcom, że biegną wąską ścieżyną, a po jej stronach plami się jakieś czarne bagno i jakaś topiel wodą połyskująca. Gdyby nie ten blask, co naprzeciw nich wybiegł, i gdyby nie ta krwawa latarnia ognia, byliby weszli na zdradzieckie trzęsawiska. W jej zbawczym rozbłysku widzieli jednak coraz wyraźniej jak gdyby groblę, lekko. wznoszącą się ku górze, ku ogniowi. Kiedy już byli blisko niego, ujrzeli zarys jakiejś niewielkiej postaci, co jedną rękę podniósłszy ku twarzy, jakby chcąc przytłumić jaskrawy blask ogniska, patrzyła nieruchomo w tę stronę, z której przychodzili.
    Chłopcy przystanęli zadyszani, jakby chcąc wyrozumieć wzrokiem, kogo mają przed sobą.
    - Widzę człowieka - szepnął Jacek - kto to może być?
    - Może to ktoś, co zastawia na nas pułapkę - rzekł cicho Placek - bądźmy ostrożni...
    Wtem od ognia przypłynął do nich głos. Brzmiał tak ciepło, jakby się nagrzał w gorącej czerwieni ogniska. Głos zapytał:
    - Czy to ty nadchodzisz, mój synu?
    - To jakaś kobieta! - rzekł pewnym głosem Jacek. - Chodźmy ku niej.
    Placek jednakże, usłyszawszy ten głos, zmartwiał i nie ruszał się z miejsca wlepiwszy oczy w mówiącą kobietę.
    - Czemu stoisz jak słup? - zapytał Jacek.
    - Jacku - mówił cicho Placek - to dziwne...
    - Co dziwnego?
    - Przypatrz się dobrze, bo mnie się zdawało, kiedy usłyszałem ten głos...
    - Co ci się zdawało?
    - Że to przemówiła... że to przemówiła... nasza matka...
    - To nie może być!
    - Nie wiem, ale ten głos... kiedy powiedziała: "czy to ty nadchodzisz, mój synu?…"
    Jacek spojrzał pilnie ostrym wzrokiem i niedowierzająco pokręcił głową.
    - To nie może być nasza matka, bo i skąd by się tu wzięła?
    - Ale ten głos!...
    - Łudzi cię tylko głos. To jednak z pewnością nie jest nasza matka.
    - Skąd masz tę pewność?
    - A stąd, że nasza matka zapytałaby: czy to wy nadchodzicie, synowie moi - a ta czeka na jednego tylko.
    - Tak, tak, to prawda. Nas jest dwóch... Ale zbliżajmy się ostrożnie.
    - Kogóż się boisz, kobiety?
    - Nie boję się, ale mi jest jakoś dziwnie...
    Kobieta u ogniska powtórzyła tęsknym, pełnym drżenia głosem:
    - Czy to ty nadchodzisz, mój synu?
    Oni zbliżyli się ku niej niepewnie, baczni na wszystko, takie już bowiem widzieli rzeczy dziwne i czarodziejskie, że nie dowierzali nikomu.
    - Ach, to nie jest mój syn! - westchnęła kobieta. Była stara, zwiędła, siwa i biedna. Nie wiadomo, jaki kolor miała jej twarz, bardzo pomarszczona, gdyż ogień malował ją mocnym rumieńcem, który dziwnie wyglądał wobec siwych. włosów. W zgrzybiałej tej postaci jedno było młode i żywe: jej oczy. Spojrzenie miała jastrzębie, mocne i przenikliwe, jakby w oczach mieszkała jej dusza i jakby w nich całe skupiło się życie; zdawać się mogło, że nic innego ta kobieta nie czyni, tylko wciąż patrzy i wciąż czegoś wygląda, tak że oczy jej zaprawiły się w patrzeniu przenikliwym i dotkliwym. Przygasły one, kiedy ujrzały, że to nie ten oczekiwany się zjawił, lecz jacyś nieznajomi, dziwnie wyglądający chłopcy: oberwani, umazani błotem, zastrachani i zmęczeni. Kobieta zapytała łagodnym głosem:
    - Kto wy jesteście, moje dzieci?
    Jacek trącił nieznacznie Placka łokciem, a ten, żałośliwą -przybrawszy minę, rzekł:
    - Jesteśmy biedne sieroty, co nie mają ani ojca, ani matki.
    - A dokąd dążycie przez ten straszny kraj?
    - Sami nie wiemy, w świat...
    - O, biedne sierotki! A cóż wy myślicie znaleźć na dalekim świecie?
    - Pragniemy znaleźć jakąś pracę! - zełgał Jacek.
    - Ale nigdzie znaleźć jej nie możemy - dodał Placek. Kobieta zamyśliła się, potem rzekła:
    - Po co macie szukać tak daleko, znajdziecie pracę u mnie. Sama jestem bardzo biedna, ale jakoś wyżyjemy.
    - A cóż my tu będziemy robić?
    - To co ja, dzieci drogie. Będziemy palić ogień.
    - Palić ogień? Po co się on pali?
    - O, dzieci! Ten ogień was zbawił! Dookoła są bagna i straszliwe trzęsawiska, a na to suche wzgórze prowadzi jedna jedyna ścieżka, na którą trafiliście szczęśliwie, bo mój ogień pokazał wam drogę. Jest to święty i dobroczynny ogień, który palę dla mojego syna.
    - A kiedy on wróci?
    - Nie wiem. Odszedł szukać dla mnie pożywienia przed dziesięciu laty, kiedy był wielki głód i niczym nie mogliśmy się pożywić. Biedactwo: małe było i słabe. Poszedł i od dziesięciu lat wyglądam go we dnie, a w nocy rozpalam ogień i podtrzymuję go aż do świtu, aby mój synaczek nie zbłądził.
    - I długo zamierzasz to czynić?
    - Aż do dnia mojej śmierci. Kiedy zaś nie będę mogła nakarmić ognia drzewem, kiedy nie będę mogła przywlec i rzucić go w ognisko, wtedy sama rzucę się w ogień, aby go podtrzymać jeszcze przez chwilę, bo może właśnie wtedy syn mój będzie wracał do mnie przez trzęsawiska.
    - A jeśli on już nie wróci? Kobieta spojrzała z rozpaczą.
    - Jak to być może, aby dziecko nie wróciło do swojej matki?
    Chłopcy odwrócili oczy.
    - Wróci - mówiła kobieta - choćby był na końcu świata.
    - A czemuż nie powraca tak długo?
    - Nie wiem; może go król wziął na żołnierza albo może jęczy w niewoli u zbójców?
    - A jeśli zginął?
    - O, nie! - zawołała kobieta. - Moje dziecko żyje!
    - Skąd wiesz o tym?
    - Bo gdyby umarł, to moje serce dałoby mi o tym znać, a zaraz potem by pękło. Mój syn żyje! Dlatego nie przestanę rozpalać ognia aż do ostatniego tchnienia.
    - Straszna to jest praca!
    - Nie ma takiej pracy, której by matka nie dokonała dla swojego dziecka.
    Chłopcy po raz drugi nakryli powiekami oczy, aby przy blasku ognia nie dojrzała w nich fałszu.
    - Palę ten ogień - mówiła kobieta - dla niego, palę i dla innych. Wielu zabłąkanych ogień ten uratował, wielu tonących i grzęznących w bagnie wyprowadził na to bezpieczne wzgórze. Myślę, że za to Pan Bóg pomoże powrócić mojemu synowi i wskaże mu drogę. Strasznie, strasznie już jestem zmęczona. Od lat dziesięciu nie zaznałam snu w nocy, a we dnie wciąż się budzę, bo mi się zdaje, że słyszę wołanie. A to tylko na tych trzęsawiskach coś woła.
    - I my słyszeliśmy dziwne głosy. Co to tak woła?
    - Nie wiem. Może to woła zły duch, aby zbłąkanych sprowadzić ze ścieżki, albo może to płaczą ci, co się tu potopili.
    - A czy jest stąd inna droga?
    - We dnie można przejść na zachód.
    - A co jest na zachodzie?
    - Powiadali kiedyś ludzie, że jest tam wielkie miasto. Bardzo to stąd daleko i długo by trzeba wędrować, dlatego zostańcie u mnie. Drzewa tu jest dość, więc będziemy palić wieczysty ogień i będziemy czekać na mojego syna. Pomóżcie mi, dzieci ukochane, och, pomóżcie! Lękam się wciąż, czy ogień nie jest zbyt słaby, lecz już więcej nie mogę przywlec gałęzi, własne serce cisnęłabym do ogniska, aby zajaśniało większym blaskiem, lecz jedno tylko mam serce, które musi żyć i być gotowe na przyjęcie mego dziecka. Czy mi pomożecie?
    - Oczywiście! - rzekł niepewnie Jacek.
    - Niech wam Bóg zapłaci! Szkoda, że nie macie już matki, boby się uradowała swoimi dziećmi. Pozwólcie, że was ucałuję!
    Wzięła w swoje spracowane ręce głowę Jacka i ucałowała ją serdecznie, po czym to samo uczyniła z Plackiem, który poczuł na swojej twarzy coś ciepłego. Była to gorąca łza tej kobiety. Placek zadrżał i poczuł w sercu jakąś nieznaną rzewność. Ocknął się jednak szybko i spojrzał pilnie na Jacka, badając, czy on tego nie dojrzał. Jacek jednak nie mógł tego widzieć, gdyż odwrócił głowę i patrzył gdzieś w ciemność. Coś się i z nim jednak musiało dziać, gdyż głowę wtulił w barki i czasem drżał całym ciałem. A kobieta mówiła:
    - Idźcie odpocząć, moje drogie dzieci, a ja będę czuwała. Jutro zaś uradzimy, co mamy począć, i na noc jutrzejszą taki we troje rozpalimy ogień, aby go było widać na sto mil.
    - Gdzie mamy spocząć?
    - W tej chacie pod drzewem: znajdziecie tam chleb, wodę i posłanie. O brzasku ja powrócę, aby odpocząć, a wy stańcie na szczycie i patrzcie daleko, dookoła, a gdybyście ujrzeli gdziekolwiek człowieka, wołajcie i zbudźcie mnie. Usłyszę was nawet wtedy, gdybym umarła.
    Chłopcy odeszli, powoli stąpając przez czerwony krąg. Nie rzekli do siebie ani słowa, nawet wtedy, kiedy znaleźli się w biedniutkiej chacie. Coś się w nich działo, ale nie wiedzieli co; coś im ciągle szemrało w sercach, ale nie rozumieli tych głosów.
    Widzieli przez maleńkie szybki okna, jak stara kobieta wlecze z wysiłkiem wielkie gałęzie i karmi nimi ognisko, buzujące i krwawe, potem znowu oczy w dal wytęża, przesłania je ręką i patrzy, patrzy, patrzy...
    Rumiany brzask spływał ze wzgórza i jak zaróżowiona woda lał się po jego stokach, aż ku granicy bagnisk, na których buczały dziwaczne głosy i słychać było wciąż postękiwania i zawodzenia. Czasem dalekie ozwało się wołanie; może to wołał wodny ptak, może zwierz jaki, zapadający się w bagno, prawie ludzkim głosem wołał pomocy. Wtedy kobieta drżąc wołała:
    - Czy to ty nadchodzisz, mój synu?
    Nikt jednak nie nadchodził. Wtedy mdlało w niej serce i ogień, jakby zawiedziony, przygasał i chwiał się żałośnie, jakby czując, że tej nocy trawił się na próżno, sercem na próżno gorzał i na próżno krwawym rozbłyskiem czerwonego oka patrzył w noc i mrok. Po chwili jednak chwytał nowe przez staruszkę przyniesione drzewo, żywił nim moc przygasłą i znowu gorzał, jak człowiek, w którym duch zamarł na chwilę, żywi się nadzieją i blaskiem na nowo rozbłyśniętych oczu wygląda cudu. Kiedy zaś począł szarzeć świt, zaczął ogień umierać powali i układać się na popielisku szarym i beznadziejnym; serce tej kobiety gasło też jak jej nieumęczony ogień, oczy, śmiertelnie znużone, zaledwie tliły się spojrzeniem, a na jej twarzy, też szarej i nagle spopielałej, zjawiała się boleść zawodu. Wtedy pocieszała się cichym szeptem nadziei:
    - Słońce jest jaśniejsze niż moje ognisko.
    Patrzyła potem, czy na wysokiej żerdzi widnieje czerwona chusta, z daleka widna, we dnie wskazująca drogę, i szła ciężkim krokiem do chaty na sen pełen pfzywidzeń.
    Kiedy się chłopcy obudzili, ujrzeli ją śpiącą. Miała na bladych ustach lekki uśmiech. Pewnie się jej śniło, że syn powraca ścieżką wśród bagnistej topieli, wpatrzony w matczyną czerwoną chustę, którą wiatr radośnie łopoce.
    Oni wyszli z chaty i przez chwilę patrzyli ciekawie dookoła. Smutno tu było i pusto. Ogień przygasł, wobec słońca mizerny, nad bagniskami wałęsała się mgła; cicho było i spokojnie.
    - Strasznie tu jest - szepnął Jacek.
    - Smutno bardzo - rzekł Placek.
    - Czy zostaniemy tu?
    - O, nie! Pójdziemy na zachód... Tam jest miasto...
    - Żal mi tej kobiety... - rzekł nieśmiało Jacek. Placek spojrzał na niego z podziwem i szepnął z trudem:
    - Dziwna rzecz: i mnie jej żal... Ale co my tu będziemy robili?
    - Czy myślisz, że syn jej powróci?
    - Chciałbym, żeby powrócił... Ale śpieszmy się, idziemy na zachód. Patrz, tam biegnie ścieżka!
    - Dobrze, ale chciałbym ci coś powiedzieć... Nie będziesz się śmiał?
    - Tu jest tak smutno, że nie można się śmiać.
    - Tym lepiej... Oto wiesz co, zanim odejdziemy...
    - Mów śmiało!
    - Zanim odejdziemy, chciałbym tej kobiecie pomóc. Placek spojrzał na niego z nagłym zdumieniem.
    - I ja - rzekł nieśmiało - miałem tę samą myśl. Ale jak jej pomóc?
    - Myślałem o tym... Przygotujemy jej drew na ognisko.
    Placek skinął głową zaznaniem. - Śpieszmy się! - rzekł.
    Nie wiedzieli sami, dlaczego zbieranie gałęzi i wleczenie wielkich konarów szło im łatwo i szybko. Uśmiechali się, jakby czynili jakąś psotę, i radowali na myśl, jak się kobiecina zdziwi, ujrzawszy stos drew, nie minęła bowiem godzina, a oni zwlekli chyba pół lasu; ułożyli drwa porządnie, ciężkie najbliżej ogniska, opodal lekkie gałęzie. Obejrzeli swoje dzieło z zadowoleniem, po czym uśmiechnięci spojrzeli na chatę, w której spała staruszka.
    Zaczęli schodzić wąską ścieżką, wijącą się wśród bagien, bardzo zadowoleni. Kiedy już uszli kawał drogi, Jacek rzekł nagle:
    - Słuchaj no, Placek, ale to, cośmy zrobili, to nie była praca?
    - Oczywiście - zaśmiał się Placek - to był figiel.
    Pomyśl sobie, jak się kobiecina zdumieje!
    - Tak, chciałbym to widzieć... Śmieszna to była kobieta! Ale dlaczego ona nas pocałowała?
    - Nie wiem - odrzekł Placek zamyślony.
    - I ja tego nie mogę zrozumieć...
    - Ja myślę, że kobiety czynią to dla swojej przyjemności. Ta kobieta jednak bardzo mi się podobała, bo nie zrobiła nam najmniejszej krzywdy.
    - Ale chciała nas zatrzymać, abyśmy pracowali!
    - Dlategośmy odeszli. A za to, że nas nakarmiła, nazbieraliśmy jej drzewa.
    - O, nie! - zawołał Jacek. - Ja nie dlatego to uczyniłem.
    - A ja myślałem...
    - W takim razie myślałeś jak Patałłach. Ja to zrobiłem dla nas.
    - Dla nas? A cóż nam z tego drzewa?
    - Bardzo wiele! Pomyśl, że idziemy przez bagna, a nie wiemy, jak długo trzeba będzie przez nie wędrować, więc jeśli nas noc zaskoczy, będzie nam jasno, bo ognisko dzisiaj będzie tak wspaniałe jak nigdy.
    - Nie pomyślałem o tym...
    - Tak, a myślałeś, że to uczyniłem z wielkiej miłości do tej kobiety. Cha! Cha!
    Nie doczekali tej nocy na bagnach, gdyż około południa weszli już na suchą ziemię. Przeszli las, który tak obrzeżał trzęsawiska jak rzęsy oko, i zaczęli wędrować wesołym krajem, pełnym zieleni i przyjaznych głosów. Spotykali coraz częściej ludzi, których chcieli rozpylać o drogę do wielkiego miasta, jednak nic o nim nie słyszeli, inni tak byli zajęci ciężką pracą, wielkie krople potu z siebie sącząc, że nie chcieli rozmawiać z dwoma obdartusami. Byli i tacy, co ujrzawszy dwóch dziwnych chłopaków, tak nakrapianych na gębie, jakby im kto tuż przy twarzach wystrzelił z pistoletu, tak że nie spalone ziarnka prochu upstrzyły im skórę, uciekali ze strachem, nie mogąc sobie wyobrazić, aby bez czarów ludzkie istoty mogły być tak bardzo do siebie podobne.
    - Co to jest - mówił do Placka strapiony Jacek - czy wszędzie na całym świecie ludzie tylko pracują?
    - Tak jakoś wygląda - mówił Placek. - Są to, widać, sami obłąkańcy. I ludzie, i zwierzęta... A cóż to czyni ten człowiek?
    Patrzyli z podziwem, jak ogromny, ciężki, z sękatymi ramionami chłop odbywał dziwną wędrówkę z dolinki na wzgórze; stali długo, ukryci w krzakach, on zaś niezmordowanie odbywał długą drogę niosąc zawsze coś w rękach.
    Kiedy się zbliżyli zaciekawieni, chłop przystanął, otarł pot z czoła i patrzył na nich z uśmiechem jasnymi, niebieskimi oczyma.
    - Witajcie - rzekł wesoło - czy jesteście zdrowi?
    - Owszem, bardzo zdrowi! - odrzekli zdumieni tą miłą troskliwością.
    - No to chwała Bogu - mówił spracowany chłop - bo byłbym niepocieszony, gdyby wam cokolwiek dolegało.
    - Dlaczego? Przecie nas nie znasz.
    - Pewnie, że nie znam, ale się zawsze smucę, jeśli komukolwiek jest źle na świecie. Wszystkim ludziom powinno być dobrze i wszyscy powinni być szczęśliwi. O, jakże się cieszę!
    - A ty jesteś szczęśliwy?
    - Ja jestem najszczęśliwszy.
    - Jak możesz tak mówić, kiedy jesteś obdarty i spełniasz jakąś dziwną pracę?
    - Cha! cha! - zaśmiał się chłop wielkim, szerokim i szczerym śmiechem - to jest praca ciężka, ale wcale nie dziwna.
    - A cóż ty robisz?
    - Noszę w garściach ziemię! To bardzo przyjemna robota.
    - A po cóż ty nosisz ziemię? Przecież wszędzie jest jej takie mnóstwo, że możesz jej mieć, ile tylko zechcesz! Chłop zaśmiał się jeszcze weselej.
    - Ziemi jest dużo - rzekł - ale to nie jest moja ziemia, tylko królewska. Król tu wprawdzie nigdy nie był i pewnie nawet nie wie o tym, że to jego. Nie wiem, na co mu tyle ziemi, bo nikt na niej nie orze ani nie sieje. A ja dostałem w dziedzictwie pustą skałę, na której nic nie rośnie. Nikt tego nie chciał brać, więc mnie to dali. Poszedłem do królewskiego rządcy i powiedziałem mu, że zginę z głodu, a on zaśmiał się i powiada: "Weź sobie z królewskiej ziemi, ile tylko potrafisz w garściach przenieść na swoją skałę". Dobrze! - rzekłem - i jak widzicie, noszę tę ziemię i będę miał wielkie pole.
    - A długo już tak nosisz?
    - Już dwadzieścia lat od świtu do nocy, a jak miesięczna noc, to i w nocy. Rządca królewski przyjeżdżał tu przed niedawnym czasem, bardzo się dziwił, kręcił głową i powiedział, że on żartował tylko, ale widzi, że chłop toby sobie ziemię przyniósł nawet z piekła.
    - To ty przeniesiesz aż tyle ziemi?
    - Cha! cha! - zaśmiał się chłop.
    - Czemu się śmiejesz?
    - Ja się śmieję, bo ten rządca to będzie jeszcze płakał, że zrobił taki żart. Jeszcze ze dwadzieścia lat, a ja będę miał wspaniałą rolę, a król będzie miał skałę.
    - A jeżeli umrzesz, to się nie będziesz bardzo cieszył?
    - Dlaczego by nie? Nie ja będę używał roli, to będzie jej używał mój syn.
    - A syna masz?
    - Nie mam jeszcze, bo ziemi za mało, ale za jakie pięć lat to już będzie można wyżywić ze trzy gęby. To dobra ziemia.
    - A co będzie, jeśli ci królewski rządca odbierze swoją ziemię?
    Chłop spojrzał na nich ze zdumieniem.
    - Jak mi może odebrać, kiedy to moja praca? Moja praca i moje prawo. To już jest moje na wieki wieków. Musiałby mnie przedtem zabić.
    - A czy ten rządca mieszka w wielkim mieście?
    - Tak! To niedaleko stąd.
    - Nareszcie! - zawołał Jacek.
    - To wy aż tam wędrujecie?
    - Tak, do tego miasta. Znasz drogę?
    - Sam tam nigdy nie byłem, ale trafić tobym trafił.
    - Powiadasz, że to niedaleko. Będzie miła?
    - Mila to będzie.
    - A może dwie?
    - Dwie, powiadacie?... Może być, że i dwie.
    - A nam mówili, że dziesięć - rzekł chytrze Placek.
    - Dziesięć? Tak mi się coś widzi, że będzie dziesięć mil.
    - A może sto?
    - Przysięgać tobym nie przysięgał, ale coś mi się tak zdaje, że będzie ze sto z okładem.
    - To trzeba długo iść?
    - Ej, nie bardzo.
    - Ze dwa dni?
    - Za dwa dni zajdzie.
    - A może za miesiąc?
    - Można i za miesiąc.
    - To jakaś dziwna droga! - rzekł Jacek.
    - Nie bardzo - odrzekł chłop - ale długa.
    - A jak trzeba iść?
    - Prosto jak strzelił, a potem na lewo.
    - A kiedy trzeba iść na lewo?
    - Skręcicie tam, gdzie zawsze pasą się barany.
    - A jeżeli nie będzie baranów?
    - To ich trzeba poszukać, bo od baranów idzie się na lewo.
    - A jeżeli ich nie znajdziemy?
    - To już nie wiem jak. Jakby były barany, tobym wiedział.
    Nagle Jacek, który przypadkiem spojrzał przed siebie, wykrzyknął:
    - Co tam widać?
    - A to właśnie to wielkie miasto! - odrzekł chłop.
    - Czemuś tego od razu nie powiedział?
    - A bo pytaliście o drogę! Ale kiedy widać miasto, to już pewnie traficie.
    - Z pewnością! Chodź, Placek!
    - Niech was Bóg prowadzi.
    - Do widzenia!
    - A bądźcie zdrowi - wołał za nimi chłop. - Zamartwiłbym się, gdyby wam się przygodziło co złego.
    I zaśmiał się bardzo serdecznie.

poprzedni Spis treści następny