Kornel Makuszyński




ROZDZIAŁ SIÓDMY

w którym ludzie i zwierzęta starają się nadaremnie
puste głowy Jacka i Placka napełnić olejem mądrości


    Gdybym kiedykolwiek dopadł Patałłacha - mówił Jacek wędrując z Plackiem piąty dzień przez bezdroża - marny byłby jego los.
    - Wyrwę mu ogon - groził Placek - aby go mógli wreszcie zobaczyć.
    Tak narzekając na nieuczynność zwierzaka, co nie chciał dla nich pracować, wielkie w nich tym nierozumnym postępkiem wywołując zdumienie, wędrowali wciąż na zachód; żywili się mizernie, czym się zdarzyło, w każdym razie nie lepiej od swojego wroga Patałłacha. Zbliżali się coraz bardziej do okolic zaludnionych, widzieli bowiem czasem z oddali ludzkie siedziby albo sine dymy z kominów. Bali się jednakże zbliżyć; do ludzkich osiedli, zewsząd bowiem dobiegały ich naszczekiwania psów, które ich lękiem przeraźliwym przejmowały od czasu, kiedy na bagnach ujrzeli widmo straszliwego psa.
    Zapomnieli zupełnie o rodzinnym miasteczku, zapomnieli o matce. Człowiek, który wychodzi z domu na obczyznę, ciągnie za sobą przez świat cały cieniutką, niewidzialną niteczkę. Jej początek przywiązany jest do drzwi rodzinnego domu, a nić odwija się z serca jak z czerwonego kłębka. Czasem tylko śmierć, bardzo smutna, przecina nożycami tę niteczkę purpurową. Ci chłopcy jednakże zerwali ją tuż za progiem swojego domu. Wlokła się za nimi czas niejaki, jak niteczka krwi, lecz już jej nie widać. Już by nie znaleźli powrotnej drogi idąc jej śladem. Zdawało im się, po kilku zaledwie dniach, że lata całe minęły od chwili, kiedy uciekli z domu. Za nimi na przebytej drodze legła mgła zapomnienia, a w ziemi głęboka rozwarła się przepaść. Nie wiedzieli, jak bardzo nieszczęśliwy jest człowiek, który cisnął w odmęt, niepamięci wszystkie wspomnienia. Nie wiedzieli tego nieszczęśni chłopcy, że czasem dusza człowieka musi się napić ze świętego źródła wspomnień, aby się orzeźwić, kiedy jest zmęczona, aby ozdrowieć, jeśli jest chora. Nie wiedzieli o tym, że nawet kiedy trud życia okryje się siwizną, wtedy wśród samotnej nocy można znaleźć światełko w ciemności, wspomniawszy owe bezgrzeszne lata chłopięce, najcudowniejsze i najsłodsze. Ten, co wydarł sobie z pamięci wszystkie święte wspomnienia, myśli, że jest wolny i że mu jest lekko na duszy, bo zbył ciężaru. O, nieszczęśliwy! Kiedyś poczuje, że jest sam, i poczuje, jak mu serce ziębnie, jakby na lodowej znalazł się pustyni. Wtedy w wielkim smutku woła swojej matki, ale głos wyschłego serca niedaleko doleci.
    Nie myśleli o tym wszystkim ci dwaj włóczędzy. Na razie było im dobrze, choć głodno, ale słońce świeciło bujnie, ziemia kwitła, szumiały wody. Nikt ich nie zmuszał do pracy, nikt od nich niczego nie żądał. Szli przez kraj piękny i bogaty. Pomyśleli, że tu się chyba zaczyna ta ziemia obiecana, w której nie potrzeba pracować. Z wielkim tedy zdumieniem przystanęli jednego razu u boku lasu, ujrzawszy maleńką mrówkę, co z ogromnym trudem wlokła krętymi ścieżynkami wśród traw gałązeczkę dziesięć razy większą od niej. Ciężka to musiała być praca, ponad siły tego owada, mrówka bowiem często przystawała w drodze albo wywracała się pod brzemieniem, na chwilę jednak nie przerywała swojego trudu, śpiesząc się bardzo i gramoląc się pod ciężarem, jeśli ją przygniótł.
    Jacek rzekł:
    - Widziałem obłąkanego barana, który oszalał ze strachu przed nami, widzieliśmy osła, który głupio oszalał od nadmiaru mądrości, ale nie widziałem jeszcze obłąkanej mrówki. Patrz, Placek, przecie ona dźwiga całe drzewo.
    - Nierozumna istota! - zawołał Placek z pogardą.
    - Ma na własność ogromny las, a dźwiga w upale gałązkę. Widać, że w tych okolicach panuje jeszcze szaleństwo pracy. Ach, cóż to za przebrzydły owad! - krzyknął Jacek.
    Mówiąc to nadeptał nogą biedne stworzenie.
    - Teraz sobie odpoczniesz - zawołał śmiejąc się. Jeszcze nie skończył mówić, a już inna mrówka zjawiła się nie wiadomo skąd na drożynce i poczęła wlec gałązkę z taką zapamiętałością, jakby zależało od tego jej życie, czy ją dowlecze tam, gdzie powinna. Chłopcy przypatrywali się ze wzgardą temu straszliwemu trudowi, po czym przydeptał ją Placek. Zabili tak trzecią, czwartą i dziesiątą. Mrówki, nie zważając na rzeź, przerażone, lecz bardziej pracowite, wyległy całym tłumem. Bose nogi Jacka i Placka wgniatały je w ziemię, chłopcy bowiem uczynili sobie straszliwą zabawę z mordowania niewinnych stworzeń. Śmiejąc się głośno skakali jak opętani, szerząc zniszczenie. W jednej chwili jednakże ogarnął ich niepokój i poczuli, że coś po nich łazi, po plecach, po nogach i po rękach. Krzyknął wreszcie przeraźliwie Jacek, krzyknął jeszcze przeraźliwiej Placek. Sto mrówek usiłowało wydrzeć sobie tragiczną gałązkę, a tysiące tymczasem uczyniły wyprawę na Jacka i Placka. Dotąd skakali wesoło, teraz jednak zaczęli skakać jeszcze wyżej, ale nieco smutniej. Zaczęli biegać wyjąc jak opętańcy: kiedy Jacek drapał się po brzuchu, Placek tarzać się począł po ziemi ległszy na plecach. Nic to jednak nie pomogło. Pracowite zwierzątka teraz dopiero, pokazały swą sumienną pilność, jak gdyby postanowiły nie pominąć najmniejszej cząsteczki na ich skórach. Gdyby w tej chwili odbywały się zawody sportowe, Jacek otrzymałby pierwszą nagrodę za skok wzwyż, a Placek za skok w dal. Jeleń takich nie czyni susów, jakie czynili oni; najdzikszy Indianin tańcząc taniec wojenny nie wydaje tak straszliwych okrzyków, jakie oni wydawali. Poczęli płakać, skomleć i wyć. Wreszcie Jacek wydobył z siebie jaki taki ludzki głos: - Skaczmy w wodę! - krzyknął.
    - Gdzie jest woda? - zawył Placek.
    - Nie wiem... - płakał Jacek - nie widzę...
    - Uciekajmy! - darł się Placek.
    Zaczęli biec na złamanie karku, a mrówki jechały na nich, zupełnie nie przerywając swojej wesołej pracy i ciesząc się zapewne, że bez wielkiego trudu zwiedzą dalekie okolice. Wreszcie ukazała się rzeczułka, w którą Jacek i Placek skoczyli jak dwa szczupaki. Zanurzyli się kilka razy z głową i tkwili w wodzie, 'nie śmiejąc z niej wyjść. Nagle zadrżeli, bo coś obok nich strzeliło jakby z pistoletu. Rozległ się mocny głos podobny do klaśnięcia. Obejrzeli się ze strachem i ujrzeli dziwne stworzenie, które z wielkim gniewem tłukło płaskim ogonem o wodę, jak czasem bielące płótno kobiety biją w nią kijanką. Wiele innych stworzeń siedziało na grobli, która przecinała rzeczułkę tworząc sztuczną zatokę, i mądrymi oczyma przypatrywało im się z niesmakiem. Ten zaś zwierz, który zrobił sobie strzelbę z ogona, klasnął jeszcze kilka razy, wreszcie wrzasnął:
    - Precz z wody, kocmołuchy!
    - Zaraz wyjdziemy - rzekł Jacek, szczękając zębami - ale pokąsały nas mrówki i musimy uśmierzyć ból.
    - Mało mnie to obchodzi! Wyłaźcie z wody natychmiast!
    - Ale czemu tak zaraz?
    - Bo potrujecie ryby, brudasy!
    - A czy to wasze ryby?
    - Nasze czy nie nasze, wam nic do tego! Zmyjcie z siebie brud i precz z wody!
    Chłopcy zanurzyli się kilkakroć w wodzie i wyleźli na brzeg, aby się osuszyć.
    - Hej, wy tam! - krzyknął zwierzak. - Czemuście się nie obmyli!
    - Owszem! - zawołał Jacek. - Jesteśmy już czyści.
    Zwierzak pacnął gniewnie ogonem o wodę.
    - Wcale nie jesteście czyści, na gębach macie jeszcze ślady błota.
    - To nie jest błoto, to się nie da zmyć!
    - A cóż to takiego?
    - Piegi!
    - Co to znaczy "piegi"?
    - To taka nasza uroda... Ale jakim prawem tak nas wypytujesz? Coś ty za jeden?
    - Ja jestem król bobrów!- odkrzyknął z dumą zwierzak. - A to są moi bracia, bobry. Niecierpliwią się, bo przeszkodziliście im w pracy...
    - W czym? - zapytali chłopcy ze zdumieniem.
    - W pracy. Czy się wam woda wlała do uszu, że nie słyszycie? Pracujemy ciężko i nie mamy czasu na niemądre gadania.
    - A nad czym wy pracujecie?
    - Budujemy tamę i domy. Tniemy drzewo i spławiamy je umiejętnie, bo chcemy umocować groblę, woda bowiem w tym miejscu była zbyt bystra, a my lubimy wody spokojne i głębokie, aby nikt nie ujrzał drzwi wiodących do naszych domów.
    - Ależ to straszliwa praca - zawołał Jacek. - Po co to robicie?
    Stary bóbr spojrzał na niego z podziwem.
    - Jak to: po co? Widzę, że woda nalała ci się nie tylko do uszów, ale do głowy, bo bredzisz. Pracujemy, bo musimy.
    - A któż wam każe?
    - Nikt nam nic nie ma do rozkazywania. Ojcowie nasi pracowali, pracujemy my i pracować będą nasze dzieci. Kochamy naszą pracę, gdyż chociaż jest ciężka, mądra jest i pożyteczna. Czy wy nie pracujecie?
    - Gardzimy pracą!
    - Uff! uff! - stęknął bóbr w niewypowiedzianym zdumieniu.
    - Właśnie wędrujemy do kraju, w którym nikt nie pracuje. Chodźcie z nami, bobry! Będzie wam rozkosznie i wesoło... Będziemy jeść i pić...
    - A kto będzie dla nas budował domy? - zapytał Bóbr.
    - Dom jest to głupi wynalazek. Tam, dokąd idziemy, stoją same pałace, których nikt nie budował. Chodźcie z nami!
    Stary bóbr spojrzał na nich z gniewem i ze smutkiem równocześnie.
    - Z wami? - rzekł sapiąc. - Z wami? W najbliższym mieście zdarlibyście z nas skóry i sprzedali na futra. Hej, wy oberwańcy, zdechłe żaby, nakrapiane jaszczurki, glisty ziemne, czerwonoportkie basałyki! Byłbym wam przebaczył, żeście nam zmącili wodę, choć widzę, że już kilka ryb, oczadziałych z powodu waszego zapachu, pływa po niej brzuchami do góry. Tego wam jednak nie przebaczę, że gadacie obmierzłe głupstwa nam, zwierzętom mądrym i pracowitym. Jak śmiecie obrażać bobry? Dość tego! Bóbr umie przegryźć gruby konar drzewa, a wy się zaraz o tym przekonacie. Złapiemy was i obetniemy wam zębami chude patyki waszych nóg. Hej, bracia bobry! Złapać mi tych drapichrustów!
    Jeszcze nie skończył swojej głośnej przemowy, a Jacek i Placek już byli daleko: gnali tak, jakby im kto pięty przypiekał żelazem. Słyszeli poza sobą od strony wody wesoły śmiech i ucieszne klaskanie wody bitej ogonami.
    - Straszne to są jakieś figury - mówił odpoczywając zadyszany Jacek.
    - Budują domy - rzekł Placek z mimowolnym podziwem.
    - I ciężko pracują - dodał Jacek. - Pomyśl, jak straszliwie zepsuty jest cały świat; czy wszystek świat pracuje? I jeszcze się taki zwierzak obraża, kiedy mu zaproponowałem życie bez pracy!
    - Z tego widać, że musimy być bardzo jeszcze daleko od błogosławionego kraju.
    - A Patałłach może już tam dobiegł?
    - Nie wspominaj mi tego bydlaka. Gdyby tam był, już byśmy o tym wiedzieli, bo ryczałby z nadmiernej uciechy na sto mil.
    - Osły mają zwykle szczęście!
    - Patałłach istotnie ma szczęście, bo mu nie oberwałem na pożegnanie ucha. Oj, jak mnie swędzi skóra!
    - Przeklęte mrówki!
    - Nie mów o nich, bo mi się znowu zaczyna zdawać, że łażą po mnie. Ale słuchaj no, Jacku, może by tak kogo zapytać o drogę? Nie może być, aby nikt nie słyszał o takim kraju, w którym nikt nie pracuje.
    - Kogo zapytać? Każdy jest dla nas tak nieuprzejmy albo zajęty pracą.
    - Spójrz, coś leci!... o, siada na kwiatach!... Co to takiego?
    - Nie wiem, jakieś małe stworzenie i widać łagodne, bo lubi kwiaty.
    - Czy ten, co lubi kwiaty, jest łagodny?
    - Tego nie wiem, ale myślę, że tak jest, bo nasz nauczyciel lubił kwiaty. I nasza matka, pamiętasz...
    - Daj mi pokój, niczego nie pamiętam... Po co przypominasz matkę?
    - Tak mi jakoś się przypomniało... Już tego nie uczynię... Ale zagadaj no do tego stworzenia!
    Jacek nachylił się nad kwiatem, na którym usiadło złote stworzonko.
    - Kto ty jesteś? - zapytał.
    - Pszczoła - ozwał się brzękliwy głosik.
    - Cieszymy się, że cię spotykamy - rzekł Jacek przymilnie. - Czy nie możesz nam powiedzieć, jak daleko jest do takiego kraju, w którym nie pracują?
    Pszczoła zerwała się z kwiatka i przeleciała na drugi.
    - Czy nie słyszałaś, pszczoło, że cię grzecznie pytam?
    - Słyszałam!
    - Więc czemu nie odpowiadasz?
    - Daj mi pokój, nie mam czasu!
    - Musisz nam odpowiedzieć - krzyknął Placek - bo jeśli nie odpowiesz, to cię zabiję!
    Pszczoła, nie zwróciwszy nawet uwagi na jego słowa, przeleciała na inny kwiat.
    - To jakieś głupie stworzenie - szepnął Jacek - wciąż tylko wącha kwiaty. Należy z nim rozmawiać spokojnie. Hej, pszczoło - krzyknął - dlaczego nam nie odpowiadasz?!
    - Bo po co mam odpowiadać na niemądre pytania? - zabrzęczała pszczoła.
    - Więc nigdy nie słyszałaś o takim kraju?
    - Owszem, słyszałam. Niedawno przebiegał tędy straszliwy zwierz kłapouch i ryczał o tym na cały świat. Podobno był to osioł. Taki kraj nie istnieje...
    - Ej! - rzekł Jacek - a ja myślę, że ten kraj już chyba niedaleko. Przecie ty latasz sobie, wesoło brzęcząc, i nic innego nie robisz, tylko wąchasz kwiaty.
    Pszczoła musiała się bardzo zdumieć, tak że aż zachwiał się ten kwiat, na którym siedziała.
    - Ja wącham kwiaty? Czy jesteście obrani z rozumu?
    Przecież ja jestem pszczoła!
    - Cóż więc z tego, że ty jesteś pszczoła?
    - To znaczy, że nie znam chwili wytchnienia i pracuję, pracuję bez końca. Odbywam dalekie podróże, aby znaleźć pracę. Przestaję pracować wtedy dopiero, kiedy umieram.
    - A cóż ty takiego robisz?
    - Robię wosk, z którego buduję spichrze, a w nich przechowuję miód, aby miało się czym żywić nowe pokolenie.
    - Miód?! - szepnął Jacek. - Placku, słyszysz? Placek nie mógł odpowiedzieć, bo na sarn dźwięk tego słodkiego słowa wywalił język, jakby czekał, że mu nań spadnie kropla miodu.
    Wtedy Jacek rzekł chytrze:
    - Wiemy o tym wszystkim, pracowita pszczoło, i bardzo jesteśmy uradowani, że cię widzimy przy twojej ciężkiej pracy. Czy teraz masz w swoim domu miód?
    - Mam, cudowny, świeży i pachnący.
    - A gdzie jest twój dom?
    - Tam, gdzie stoją te trzy drzewa; w dziupli tego, rośnie w środku, jest mieszkanie moje i moich sióstr.
    - A wiele ty masz sióstr?
    - Tyle, ile jest na niebie gwiazd.
    - A ile jest gwiazd?
    - Tyle, ile pszczół. Gwiazdy to są pszczoły Pana Boga i zbierają miód na łące nieba. Ale żegnajcie mi! Nie mam czasu... Przed zachodem słońca muszę jeszcze sto dziewięć razy odbyć drogę do ula i z powrotem.
    - Szczęśliwej drogi - zawołał Placek.
    - Powinieneś wykrzyknąć to sto dziewięć razy - brzęknęła pszczoła i jak złota okruszyna zginęła w słonecznej mgle.
    Jacek spojrzał na Placka i mrugnął wesoło:
    - Placku - rzekł - będziemy mieli miód!
    - Placek powinien być z miodem, jeśli mam się uczciwie nazywać - rzekł Placek. - Chodźmy czym prędzej do mieszkania pszczoły.
    - Głupie to jest stworzenie - śmiał się Jacek - gdybym miał w domu miód, nie powiedziałbym tego nikomu, ale te wszystkie pracujące stworzenia są naiwne i łatwowierne.
    Pobiegli wesoło do trzech drzew, obejrzeli je starannie i w jednym z nich ujrzeli w rozwidleniu konarów czarny otwór, przy którym brzękliwy i nieustanny odbywał się ruch. Setki pszczół mijało się w locie; te, które wlatywały do ula, leciały lotem ciężkim, wylatujące zaś jak gdyby na lekkich płynęły skrzydłach.
    - Bardzo to jest zabawne - rzekł Jacek. - To są śmieszne stworzenia.
    - Ale spośród pracujących jedyne roztropne, bo przygotowały dla nas miód. Nigdy nie jadłem miodu, słyszałem jednak o nim wiele dobrego. Właź, Placek! Jazda!
    Placek tak drżał z radości, że wdrapał się na drzewo jak wiewiórka.
    - Wsadź tam rękę i wyciągaj miód!
    - Zrobione! - wołał z góry Placek. - Ratunku!
    - Czego się drzesz?
    - Ratunku! - ryczał Placek, padając jak gruszka na ziemię.
    - Co ci się... - zaczai mówić Jacek niespokojnie, ale nie skończył, bo zawył, jakby sam Patałłach nie potrafił.
    Porwali się do ucieczki, ale nad nimi i dookoła nich brzęczał rój pszczół w wielkim, straszliwym i sprawiedliwym gniewie; zapamiętały się i cięły, gdzie się dało. Bzykały i szemrały atakując ich głowy, te zaś, które z powodu zbytniego tłoku nie mogły się do nich dostać, uważały, że ręce i bose nogi nie są też najgorszym terenem do bitewnych operacji, a jeśli idzie o stopień wykształcenia, to i głowy, i nogi na tej samej stały wysokości. Jacek i Placek darli się wniebogłosy; napad mrówek był zaledwie zabawką wobec napadu tej rozgniewanej chmury fabrykantów miodu. Potężny to był wróg i w gniewie zapamiętały, zajadły i bitny. Widać, że praca dodaje takich sił do walki i do obrony tego, co się w trudzie wypracowało. Łatwo to było spostrzec każdemu, ale ani Jacek, ani Placek nie mieli czasu do rozważań, pragnęli tylko uciec z życiem. Żal było patrzeć na tę nierówną walkę, któż jednak miał się nad nimi użalić, choć płacz ich i narzekanie jazgotliwe słychać było na dziesięć mil dookoła.
    - Ratunku! - krzyczał Jacek.
    - O matko!... - płakał z wielkim szlochem Placek. Zaledwie wezwał matki, zdawało im się, że słyszą głos.
    - Do mnie! do mnie! - wołał ktoś ku nim, ktoś kogo nie widzieli, bo oczy mieli zapuchłe.
    Biegli jednak ku temu głosowi, z trudem i ostatkiem sił, bo ciała mieli poranione i pokłute, i czuli, że brzękną i przedziwnie tyją. Potoczyli się jak bezwładne kule z jakiegoś wzgórza i poczuli, że ktoś ich chwycił w ramiona. Otwarli z wysiłkiem oczy i patrząc jak przez szparki, ujrzeli, że są w małym brzozowym gaju i że jakiś staruszek, chroniąc ich od pszczół, przemawia do straszliwych owadów słodkim głosem. Pszczoły huczały, wciąż gniewnie i niespokojnie, lecz coraz ciszej, jakby je ukoił ten dobry głos.
    Staruszek mówił śpiewnie:
    - Odlećcie, odlećcie już, siostry moje. Kwiaty pachną i nie czas na wojnę... Ci chłopcy nie chcieli wam uczynić krzywdy, ale młode to i lekkomyślne... Uspokójcie się, siostrzyczki, i zgaście swój gniew... No, cicho już, cicho!... Wracajcie do domu, bo królowa się niepokoi... Patrzcie, jak strasznie pocięci są ci chłopcy. Już dość, już dość! Nigdy nie należy karać śmiercią... Cicho, cicho, cicho... Niech wam kwiaty pachną, niech się czerwienią i błękitnią... Ludu pracowity, odlatuj, odlatuj...
    Kiedy tak mówił, jak gdyby śpiewał starodawną pieśń, coraz ciszej czyniło się dookoła, a po dłuższej chwili nie widać było ani jednej pszczoły.
    Chłopcy siedzieli, wciąż jeszcze przerażeni, rękoma wodząc po swoich nabrzmiałych twarzach; chudzi dotąd, teraz wyglądali jak dwa księżyce w pełni albo jak owe kukły, które dzieci robią z okrągłych arbuzów. Całe ciało gorzało, jakby przypiekane ogniem, tylko łzy strumieniem płynące przynosiły im niejaką ulgę, chłodząc rozpalone twarze.
    Staruszeczek szybko się uwijając narwał wiele ziół i ich sokiem natarł im miejsca spuchnięte, co im bardzo pomogło. Nakarmił ich i napoił, pocieszył dobrymi słowami, potem rzekł:
    - Wielkie to szczęście, że was pszczoły na śmierć nie zagryzły. Wiedziałem, że są straszne w słusznym gniewie, nigdy jednak w takiej nie widziałem ich furii. Dziwna to jednak rzecz! Byłbym wam dawno przyszedł z pomocą, bo mam nad nimi władzę, niczego jednak nie widziałem ani nie słyszałem. Nagle ktoś krzyknął: "matko" - i to słowo zagrzmiało wielkim głosem, tak że się obudziłem z głębokiego zamyślenia i pobiegłem do was z raturikiem. Który z was, chłopcy moi, wołał matki?
    Żaden mu nie odpowiedział, a staruszek mówił w zamyśleniu:
    - Dobrze ten uczynił, gdyż jest to niezmierne zaklęcie. Wasza matka was ocaliła, dzieci moje. Ale ułóżcie się teraz w mojej chatce na spoczynek. Obok jest źródełko przeczyste i cieniste drzewa.
    Wziął ich za ręce i zbiedzonych zawiódł do szałasu, jaki sobie klecą pasterze, ułożył ich do snu, sam zaś poszedł noc spędzić pod drzewami.
    Chłopcy, od których odleciały pszczoły, ale od których strach dotąd nie chciał odlecieć, nie mogli zasnąć, rozmyślając nad swoją złą przygodą. Poprzysięgli pszczołom zemstę, nie wiedząc, jak jej dokonać. Przypominał im groźne owady ciągły ból i ustawiczne pieczenie; sklęsły im cokolwiek twarze, leczone sokiem ziół, ale jeden na drugiego nie mógł patrzeć bez zdumienia; Jacek nie poznawał pyzatego na gębie Placka, nagle zgrubiały Placek dziwił się, że chudy Jacek stał się opasły i gruby. Wciąż mieli takie uczucie, jakby im ktoś nalał za skórę płynnego ognia. W sercach ich wciąż się burzył gniew i tak gotował jak woda w garnku, bulgocąc i szumiąc.
    Leżeli długo w bolesnym i piekącym milczeniu; wreszcie szepnął Jacek:
    - Słuchaj no, Placek, co ten stary bredził o tym, że nas ocaliła nasza matka?
    - Gadał coś podobnego - odrzekł Placek - ale, widać, uszy mi spuchły, więc niedobrze słyszałem.
    - On chyba sam nie wie, co mówi - szepnął powoli Jacek, jakby się namyślając - bo jakże nas mogła uratować matka, która jest o sto mil stąd.
    - I ja tak myślę. Ten stary jest śmieszny!
    - Śmieszny on nie jest, ja myślę, że jest to raczej zły i przewrotny człowiek.
    - Przecież nas wyratował...
    - Tak, ale dlaczego pszczoły, które chciały nas zamordować, jego natychmiast usłuchały? Może on jest z nimi w zmowie?
    - Ciszej mów, żeby nas nie usłyszał. Poczekaj, zobaczę, czy już usnął.
    Rozchylił ostrożnie gałęzie tworzące ścianę szałasu i spojrzał na polanę. Księżyc świecił jasno i srebrzyście.
    Rozparł się szeroko wśród dwóch brzóz i tak wyglądał jak dziwny ptak, co przysiadł w podróży na gałęziach. Jasno było jak w dzień, tylko stokroć piękniej. Noc była jakby zaczarowana, mieniąca się i połyskująca srebrem i złotem; strumień był ze srebra, drzewa były srebrzyste, mchy błyszczały, jakby były uczynione ze srebra, a w powietrzu jakby drżał złocisty pył. Tak bardzo było cicho, że słychać było drżenie brzozowych listków i cichuteńki ich szelest, choć najlżejszego nie było powiewu, ale brzozy, widać, kąpały się w miesięcznej, srebrnej wodzie z lubością i drżeniem zachwytu.
    Placek patrzył opuchniętymi oczyma i nic nie widział przez dłuższą chwilę, bo mu się zaczęły majaczyć srebrne cienie. Musiał jednak dojrzeć coś dziwnego, bo chwycił Jacka za rękaw i pociągnął silnie.
    - Jacku! - szepnął z trwogą i zdumieniem.
    - Co się stało? - zapytał cicho Jacek.
    - Oczom własnym nie wierzę! - mówił Placek cicho.- Spojrzyj tylko!
    Rozchylili szerzej gałęzie i patrzyli bez słowa.
    Na polanie, pełnej blasków, na srebrnym pniu po umarłej brzozie siedział staruszek w srebrnym łachmanie i ze srebrną brodą. Księżyc tak wszystko wysrebrzył, że powietrze lśniło migotliwym, drżącym, ślicznym blaskiem. Przed starym człowiekiem przysiadł na zadzie ogromny wilk, łapy ku niemu wyciągnął i patrzył mu żebrzącym wzrokiem w oczy, a stary człowiek, cicho i łagodnie przemawiając, wyciskał na wilczą łapę, widać zranioną, sok z ziół. Pogładził potem wilka po kosmatym łbie, a wilk polizał go językiem po ręce, po czym jak duch cicho i bez szelestu zniknął wśród drzew.
    - To czarownik! - szepnął Jacek.
    - Boję się! - kłapnął zębami Placek.
    - Nie bój się, przecie nas jest dwóch...
    - Patrz, patrz, co to idzie?
    Z drugiej strony wtoczyła się do brzozowego gaju ogromna bryła mięsa. Zwierz olbrzymi szedł na dwóch łapach ku staremu człowiekowi, kosmaty i kudłaty. To niedźwiedź! - szepnął Jacek.
    - Coraz bardziej się boję! - kłapał Placek.
    Potężny zwierz podszedł do siwego człowieka, przysiadł przed nim i coś mruczał. Człowiek patrzył na niego pilnie, potem rzekł:
    - Ostatni raz cię poratuję, bo widzę, że znowu masz miód na pysku. Znowu narobiłeś szkody pracowitym pszczołom. Zapomniałeś, żeś mi przyrzekł nie kraść miodu. Och, niedźwiedziu, nic dobrego z ciebie nie wyrośnie!
    Niedźwiedź mruczał bardzo pokornie i pochylił łeb, zapewne zawstydzony. Stary człowiek zaczął mu z kudłów wydzierać osty i ciernie, dobrotliwym głosem narzekając:
    - Włóczysz się nie wiadomo kędy, nie pilnujesz skóry, a potem ja muszę ciężko pracować. Nie płacz teraz i nie przepraszaj... No, no, dość tego: wiesz, że nie lubię, jak się tak mażesz; lepiej, abyś przedtem pomyślał, a potem nie płakał niż odwrotnie. O biedaku, jakże sobie wydarłeś skórę... Ale już dobrze, dobrze. Nie całuj mi ręki, bo mnie oblepisz miodem, śmieszny niedźwiedziu. Idź już, idź! Jeszcze muszę opatrzyć wiewiórkę, która sobie zwichnęła nogę, i pocieszyć sarnę, która od wczoraj płacze, bo jej orzeł porwał dziecko. Gdybyś go gdzie spotkał, powiedz mu, niech mi się nie pokazuje na oczy... Teraz idź! Ach, wywrócisz mnie, bo jesteś nieco za ciężki na pieszczoty!
    Niedźwiedź pochylił wielki swój łeb i widać chciał polizać człowieka po nogach, bo się staruszek zaczął opędzać, śmiejąc się głośno. W świetle miesiąca nawet ten śmiech stał się srebrny. Zwierz potoczył się potem, wielki jak stóg siana, drogą, którą przedtem przebiegł wilk.
    Chłopcy patrzyli z zastrachanym zdumieniem. Widzieli, jak przykucnęła z trudem wiewiórka, widzieli w świetle miesiąca wielkie i takie serdeczne, jakby ludzkie łzy nieszczęśliwej sarny, słyszeli narzekania jakiegoś zabiedzonego psa, który ginął z głodu, i rzewne skargi innych rozmaitych zwierząt, które przybiegły tu, jak do dobrego lekarza, po radę i pociechę. Późno w nocy dopiero staruszeczek, ułożywszy się na mchach srebrzystych, słodko usnął.
    Chłopcy nie spali, lecz zbliżywszy ku sobie nakrapiane z przyrodzenia, a przez pszczoły pocętkowane twarze, długo ze sobą szeptali.
    Wreszcie rzekł Jacek, jak gdyby coś postanowił:
    - Doskonale! Zamieszkamy w tej chałupince i przepędzimy tu lato. Musimy odpocząć i nabrać sił po tych wszystkich nieszczęściach, które nas spotkały. Mamy mieszkanie, las i wodę.
    - A co będzie z pożywieniem? - zapytał Placek.
    - Pożywienie łatwo dostaniemy, bo przede wszystkim każemy pracować temu staremu człowiekowi: będzie dla nas szukał jagód i owoców.
    - A jeżeli nie zechce?
    - Niechby spróbował nie chcieć. On jest jeden, a nas jest, dwóch, on ledwie włóczy ze starości nogami, a my jesteśmy silni. Musi pracować!
    - Tak, ale niewielka to zabawa jeść tylko jagody i owoce!
    - Nie bój się, Placek, będzie i mięso!
    - Skąd tu można wydostać mięsa?
    - Już o tym pomyślałem. Na pierwsze danie pójdzie kulawa wiewiórka, a potem zabijemy tę rozpłakaną sarnę. Najłatwiej ją będzie uderzyć kamieniem w głowę, kiedy położy łeb na kolanach starego człowieka.
    - A kiedyż to się wszystko stanie?
    - Zaraz jutro! Zrobimy tak...
    Zaczął znowu szeptać pochyliwszy się nad uchem Placka, który się uśmiechał z zadowoleniem.
    Zasnęli potem i długo spali. Słońce już przewędrowało kawał nieba, kiedy się obudzili, cokolwiek już chudsi i mniej obrzękli. W tejże chwili, jak gdyby usłyszawszy szelest w chatce, zjawił się staruszek, przywitał ich wesoło, zapytał o zdrowie i rzekł:
    - Chodźcie ze mną, chłopcy mili, napijecie się wody ze źródła, a potem pójdziemy zbierać poziomki. Pan Bóg, który mnie samego dotąd karmił, nakarmi nas trzech.
    Chłopcy spojrzeli na niego ponuro, a Placek rzekł:
    - Chętnie najpijemy się wody i zjemy poziomki, ale nie chce się nam chodzić. Ty pójdziesz sam i przyniesiesz nam co trzeba.
    - Uczynię to - rzekł łagodnie staruszek - jeżeli jesteście zmęczeni.
    - Nie jesteśmy zmęczeni, a ty będziesz to czynił codziennie, jak długo nam się będzie podobało. Odtąd nie będziesz mieszkał w tej dziurawej chatce, bo my ją zajmiemy dla siebie, a ty za to naprawisz jej dach!
    - A gdzie ja będę spał? Chętnie się z wami podzielę wszystkim, mogę nawet spać w lesie w pogodne noce, cóż jednak uczynię w noce burzliwe i niepogodne?
    - Czyń, co ci się podoba! My postanowiliśmy nie pracować i nic nas nie obchodzi. Idź natychmiast po jedzenie, a potem znajdź sobie legowisko...
    - Dzieci moje... - zaczął mówić staruszek.
    - Nie mów tyle - krzyknął Jacek - nudzisz nas i niecierpliwisz!
    - Na Boga! - rzekł staruszek zdumiony. - Czy jest to możliwe, abyście mieli takie niewdzięczne serca? Gdyby się matka wasza dowiedziała o tym...
    - Zamilknij! - krzyknęli oni dzikimi głosami.
    - Ach, boli was wspomnienie matki? Jeszcze jest w was iskierka...
    Chłopcy porwali się, czerwoni z gniewu, a Jacek chwycił kamień i krzyknął:
    - Rzucę w ciebie tym kamieniem, jeśli natychmiast nie odejdziesz i nie spełnisz tego, cośmy ci rozkazali! Precz z moich oczu!
    Stary człowiek spojrzał na niego spojrzeniem długim i smutnym. Westchnął potem ciężko, a w jego oczach ukazały się wielkie łzy.
    - Odchodzę - rzekł słodko - niech wam Bóg przebaczy.
    Powlókł się ciężkim krokiem i usiadł nie opodal na kłodzie. Wtedy Placek zawołał:
    - Ten las od dzisiaj do nas należy! Nie masz prawa siadać w jego cieniu, wynoś się stąd i pamiętaj, abyś przyniósł jedzenie!
    Stary człowiek powstał i odszedł powoli. Wyszedł z lasku i znękany bardzo usiadł na kamieniu w szczerym polu, gdzie słońce piekło i gdzie żadnej przed nim nie było ochrony.
    - Cha! cha! - śmiał się Jacek. - Mamy własny dom i własny las, a ten stary uwędzi się na słońcu!
    Legli w szałasie i cieszyli się hałaśliwie.
    Nagle oczy rozszerzyły się im z wielkiego przerażenia, stało się bowiem coś takiego, co się nie zdarzyło od początku świata. Dzień był ciepły, pogodny i bezwietrzny; wtem zawiał potężny wiatr, drzewa boleśnie zaszumiały, a potem poruszyła się ziemia i drzewa zaczęły poruszać się, i cały las zaczai iść przed siebie; brzozy szły, jak ubrane dziewczęta idą w procesji, dąb szedł posuwiście, a krzaki biegły szybko jak dzieci. Chłopcy patrzyli w obłąkanym strachu, jak ich drzewa mijają i idą, idą, idą... aż doszły tam, gdzie na kamieniu siedział uśmiechnięty i jakby wcale nie zdziwiony stary człowiek. Wtedy go otoczyły leśnym kręgiem, białą brzozową gromadą i przystanęły, zwieszając ponad nim gałęzie, aby go nakryć chłodnym cieniem, a krzaki łasiły się u jego stóp. W chwilę potem źródło, z którego wypływał wesoły strumień, znikło, tak jakby się zapadło w ziemię, a strumień zaczai się wić zygzakiem, jak srebrny wąż, i począł wędrować za lasem. Po niedługim czasie źródełko wychynęło spod ziemi tuż przed siwym człowiekiem, strumyk się z nim połączył i wszystko było jak dawniej. Tam zaś, gdzie przed godziną jeszcze był las, na gołym łysym polu stała chatka, a przed nią Jacek i Placek rozszerzonymi oczyma patrzyli na zdarzone cuda.
    Skamienieli, stali bez ruchu i nie widzieli, że gdzieś z oddali wielkimi krokami zdąża niedźwiedź. Ujrzeli go wtedy dopiero, kiedy ich owionął jego gorący oddech, jak żar z piekarskiego pieca/ Nie mogli nawet krzyknąć, bo brakło im oddechu. Ujrzeli własną śmierć. Niedźwiedź, ryknąwszy z gniewu, porwał ich w objęcia i już miał ich zdusić śmiertelnym uściskiem, kiedy nagle rozległ się nadspodziewanie donośny głos:
    - Nie zabijaj!
    To staruszek, dojrzawszy z lasu, co się dzieje, prosił wielkim głosem o litość dla tych, co nie znali litości.
    Niedźwiedź mruknął niechętnie, wahał się przez chwilę, a potem odrzucił ich od siebie jak ulęgałki, ze wstrętem i obrzydzeniem. Chłopcy potoczyli się daleko, ledwie żywi. Bladzi jak płótno patrzyli, jak niedźwiedź, mocno wparłszy się w ziemię tylnymi łapami, objął przednimi szałas, podniósł go z ziemi i niósł lekko, aż go przyniósł do lasu i postawił przed starym człowiekiem.
    Potem przypadł do jego nóg i zaczai je lizać pokornie.
    A staruszek położył drżącą rękę na jego straszliwym łbie i gładził go, cudownie uśmiechnięty.

poprzedni Spis treści następny