Kornel Makuszyński




ROZDZIAŁ SZÓSTY

w którym i Placek spotykają filozofa Patałłacha


    Jacek i Placek straszną noc przebyli w trzęsawisku. Nie rozumieli dobrze dlaczego, ale wstyd ich palił, że jadowite żmije i oślizgłe węże nazywały ich swymi braćmi. Pojąć nie mogli, dlaczego najlepszy pies na świecie czy też jego upiór wył smutno ponad nimi, zawiódłszy ich przedtem na bagna, gdzie łatwo mogli utonąć. Bolała ich straszna wzgarda mądrego, starego kruka.
    Bali się poruszyć, aby nie zbudzić kłębowiska syczących wężów. Leżeli w jakimś wilgotnym wykrocie, przytuleni do siebie i mocno zastrachani. Zasypiali od czasu do czasu z wielkiego zmęczenia, ale spali krótko, snem niespokojnym i gorączkowym. Ile razy sen skleił im oczy, budziły ich po chwili jakieś dzwonienia i jękliwe westchnienia. Wciąż im się zdawało, że gdzieś z wielkiej oddali goni za nimi poprzez mgły tęskny, rozpłakany głos, który już przedtem słyszeli na pustkowiu.
    Często wśród tej mokrej, mgłami otulonej nocy coraz to nowe padało na nich przerażenie. Przed samym świtaniem ujrzeli w lepkim, drżącym od zimna mroku nowe widmo, biegnące ku nim olbrzymimi krokami. Potwór ogromny zbliżał się cicho i tylko czasem słychać było bulgotanie wody pod jego nogami. Miał łeb straszliwy, nisko zwieszony ku ziemi, a na nim rogi, szerokie jak łopaty; bódł nimi gęstą mgłę i zbliżał się coraz bardziej. Nagle przystanął i począł wietrzyć chrapami, jakby ich poczuł w pobliżu; wtedy prychnął w wielkim gniewie i pocwałował przez bagna. Nie wiedzieli, że to był łoś, ale wedle tego, co ich dotąd spotkało, byli przeświadczeni, że piekielny jakiś upiór przybiegł z daleka, aby im okazać swój gniew i wzgardę.
    Jeden drugiemu tego nie powiedział, ale obaj myśleli o tym równocześnie, jak by im było dobrze i bezpiecznie w tej chwili w domu, przy matce, która zawsze budziła się ze snu, niespokojnie nasłuchując, ile razy który z nich westchnął przez sen. Gdzie ona teraz, ta matka? Mieli żal do niej, że tu po nich nie przyszła i nie wydobyła ich z legowiska wężów.
    Skoro słońce żegnało znad moczarów siwe mgły, jak pasterz spędza ciężkie i leniwe krowy z pastwiska, znowu w nich wstąpiła odwaga. Ujrzeli, że przebyli noc w zapadłej dziurze, na jakiejś kępie. Węże znikły, dookoła nie było żadnej żywej istoty. Wydostali się szybko z wstrętnego legowiska i skacząc z kępy na kępę, wydostali się na suchą ziemię. Wyglądali żałośnie. Obłoceni i sponiewierani, znużeni i zgłodniali, odarci przez chaszcze, pobici przez leszczyny i podrapani przez głogi wlekli się z trudem przed siebie. Pod samotnym dębem znaleźli opadłe żołędzie i poczęli je pożerać łapczywie. Schwytali kilka spokojnie wędrujących ślimaków i połknęli je na surowo. Widać, że duch tych urwipołciów mieszkał w żołądku, bo kiedy się najedli, zaraz nabrali ducha: zapomnieli o wszystkim, przespali się, poszli dalej. Tuż koło dębu szemrał strumyk, nie umyli się jednak, uważając ten zabieg za zbędny.
    Szli znowu bez celu, w ciągłej nadziei, że dokądś kiedyś zajdą.
    Około południa ujrzeli z radością żywe stworzenie. Na środku łąki stał osioł, wcale się nie poruszając. Rozparł się wygodnie, jedno ucho podniósł w górę, drugie opuścił ku ziemi. Wyglądał jak martwy, od czasu do czasu jednakże kiwnął ogonem, co było niewątpliwym znakiem, że żyje. Chłopcy obejrzeli go ciekawie, gdyż dotąd widzieli takiego zwierza jedynie na obrazku. On wcale nie zwrócił na nich uwagi.
    - Dzień dobry panu! - zawołali. Osioł machnął lekceważąco ogonem.
    - Co pan tu robi? - zapytał Jacek.
    Osioł nie odpowiedział, tylko ucho wzniesione do góry opuścił wdzięcznie na dół, a opuszczone podniósł w górę.
    Myśląc, że albo ich lekceważy, albo też jest głuchy, zaczęli go tarmosić za uszy. Trudno było tego nie zauważyć, toteż osioł odezwał się niecierpliwie:
    - Proszę mi nie przeszkadzać.
    - A cóż ty takiego robisz? - zapytał Placek.
    - Rozmyślam! - stęknął osioł.
    - Nad czym rozmyślasz?
    Osioł obejrzał ich uważnie i stał się mniej mrukliwy.
    - Czy wy jesteście ludzie? - zapytał.
    - Przecie widzisz, więc dlaczego pytasz?
    - Widzę, ale pytam, bo chociaż chodzicie na dwóch nogach, mało jednak podobni jesteście do ludzi. Przy tym, chociaż jestem niezmiernie mądry, nie mogę zrozumieć, dlaczego przede mną stoi jeden tylko, a ja widzę dwóch? Ilu was jest właściwie?
    - Dwóch!
    - Jak to może być? Jeden jest zupełnie taki sam jak drugi. Stroicie jakieś psie figle, ale ja się nie dam otumanić. Albo też w tym wszystkim jest jakaś głęboka tajemnica... Czy to tajemnica?
    - Tak jest! - odrzekł Placek. - Jest nas dwóch, ale jest jeden. Gdybyśmy chcieli, toby nas było czterech, ale nie chcemy.
    - Bardzo słusznie, nawet dwóch to już za wiele. Ja jestem jeden!
    - To także za wiele - rzekł Jacek. - Czy nad tym rozmyślasz, żeby z jednego osła zrobić dwa osły?
    - Wcale się nie zajmuję tą sprawą, bo osłów i bez tego jest na świecie niezliczona ilość. Ja rozmyślam nad potężną tajemnicą, bo jestem tak bardzo mądry, że mi rozum ciąży i wciąż muszę myśleć o sprawach głębokich i zawiłych. Czy mnie rozumiecie?
    - Rozumiemy, bo ryczysz bardzo głośno.
    - Jest to we zwyczaju u szlachetnego narodu osłów, że lubią przemawiać dobitnie. Czy nigdy nie słyszeliście o mnie?
    - Dotąd nigdy!
    - Musicie zapewne pochodzić z obcego kraju, bo w tym kraju sława moja jest niezmierna. Skąd wy pochodzicie?
    - Z Zapiecka.
    - Nie byłem nigdy w tej sławnej stolicy. Bardzo mi przyjemnie, że was spotkałem.
    - Czy długo tu tak stoisz?
    - Przystanąłem na tej pięknej łące przed tygodniem, bo mi przyszło do głowy jedno zagadnienie, na które nie mogę znaleźć odpowiedzi. Dręczy mnie jedna wielka tajemnica.
    - Jakaż to tajemnica?
    - Nad tym rozmyślam - zaryczał osioł - dlaczego mogę wszystko widzieć z przodu, a zupełnie nie widzę z tyłu?
    - To bardzo ciekawe.
    - Tak, to jest bardzo ciekawe zagadnienie. Stoję tu od tygodnia i usiłuję dojrzeć, co się dzieje poza mną, ale nic nie widzę. Trudzę się więc bardzo i rozmyślam, co należy uczynić, aby ujrzeć to, co się dzieje za moim ogonem. Czy macie na to jaką radę?
    - Zastanowimy się - rzekł Jacek.
    Odeszli na ubocze i udawali, że się głęboko namyślają. Kiedy powrócili po dłuższej chwili, rzekł Jacek:
    - Jesteśmy tak mądrzy, że wymyśliliśmy niezawodny sposób.
    - Jakiż to sposób? - zapytał niedowierzająco osioł.
    - Jeśli pragniesz zobaczyć, co się dzieje w okolicy twojego ogona, musisz uczynić zwrot w tył.
    - Nie rozumiem tego wyrażenia, musi to być wyrażenie naukowe. Co mam uczynić?
    - Musisz się odwrócić i stanąć tak, aby twoja głowa była tam, gdzie jest twój ogon.
    - I wtedy będę widział?
    - Spróbuj!
    Osioł odwrócił się powoli i nagle ryknął z wielkiej uciechy.
    - To nadzwyczajne! - zawołał. - Że też mi to nie przyszło do głowy!
    - Tak - rzekł skromnie Jacek - wielka to była i niezrównana sztuka, aleśmy ją wymyślili!
    - Czy jesteście mędrcami w swoim kraju?
    - Mędrcami i czarownikami.
    - To zaraz widać. Czy wolno wiedzieć, jak brzmią wasze czcigodne imiona?
    - Nazywamy się: Jacek i Placek.
    - Imiona wasze brzmią poważnie i dostojnie. Drugie jest nawet bardzo smakowite.
    - A jak ty się nazywasz?
    - Ja nazywam się Patałłach. Uważajcie! Patałłach, i to przez dwa ł. Istnieje młodsza linia Patałachów pisząca się przez jedno ł, ale to nie są nawet moi krewni, choć się chętnie do tego przyznają.
    - Czy tak sławny jest ród Patałłachów przez dwa ł?
   Osioł przymknął oczy i ryknął przeraźliwie.
    - Czego ryczysz, zamiast odpowiedzieć? - zapytał Jacek.
    - Najpierw musiałem ryknąć z zachwytu nad tym sławnym rodem. A po raz drugi ryknąłem ze zdumienia, że wy nie wiecie o jego wspaniałości. Dowiedzcie się przeto, że jestem osłem-mędrcem. Niezmierna mądrość mego rodu stąd pochodzi, że ze skóry mojego prapradziada zrobiono pergamin, na którym napisano najmędrszą książkę świata: "O sposobie doskonałego gotowania bobu", a ze skóry mego pradziada i dziada zrobiono grzbiety przy oprawie książek. Jak z tego widzicie, miałem w rodzinie samych filozofów.
    - Czy ojciec twój także był wielkim uczonym? Osioł opuścił oba uszy ku ziemi i ryknął smutno:
    - Nikomu bym o tym nie powiedział - rzekł - ale ludziom mądrym opowiem, choć z wielką żałością. Ojca mojego, który był melancholicznego usposobienia, spotkała wielka zniewaga. Od czasu jak wynaleziono papier, nikt nie chce pisać mądrych rzeczy na oślej skórze, toteż z mojego znakomitego ojca zrobiono kiełbasy, a z jego bielszej niż śnieg skóry zrobiono zwyczajny wór na wodę. Czy to nie wstyd.
    - Straszne to jest zdarzenie! - rzekł Placek. - Ale co będzie z tobą?
    - Ja - zawołał osioł - mam wybitne zamiłowanie do filozofii, ale ponieważ obawiam się, że tak samo jak mój zarżnięty ojciec nie zrobię naukowej kariery, postanowiłem wzgardzić ludźmi, zerwać z nimi wszelkie przyjacielskie stosunki, i właśnie przed tygodniem uciekłem.
    - A cóż na to powiedział twój pan?
    - Młodzieńcze - ryknął osioł - cofnij czym prędzej to niebaczne słowo. Wolny duch takiego jak ja filozofa nie uznaje przemocy. Mało mnie to obchodzi, co powiedział tyran, który mnie zadręczał pracą, a którego ty nazywasz moim panem.
    - Patrzcie, patrzcie! A dokąd ty dążysz?
    - Idę w świat na poszukiwanie takiego kraju, w którym nie potrzeba pracować. Mam już dość pracy!
    Jacek i Placek spojrzeli na siebie ze zdumieniem.
    - Patałachu! - wykrzyknęli.
    - Za pozwoleniem - przerwał im osioł. - Nieuważnie wymawiacie moje nazwisko. Słyszałem tylko jedno ł.
    - Czy to nie jest wszystko jedno?
    - Dla was może, ale nie dla mnie. Patałłach z podwójną literą ł oznacza, że pochodzę z mahometańskich krajów, a jak rozmaici uczeni dowodzą, to nawet z książęcego rodu. Przepraszam, że wam przerwałem. Dlaczego wykrzyknęliście z radością moje piękne imię, choć bez drugiego ł?
    - Patałłachu - rzekł Jacek - chcieliśmy ci powiedzieć, że się przedziwnie to składa...
    .- Za pozwoleniem - zawołał Patałłach - ale chciałbym zobaczyć, co się dzieje od tyłu. Czy mogę się odwrócić?
    - Odwróć się i słuchaj!
    - Za pozwoleniem - rzekł znowu osioł, zmieniwszy pozycję - widzę, że się nic nie zmieniło w okolicach mojego ogona. Nie ma nic ciekawego na tym świecie... Ale co to chcieliście mi powiedzieć?
    - Bardzo radosną wiadomość - rzekł Jacek. - Otóż dowiedz się, Patałłachu...
    - Za pozwoleniem! - wykrzyknął osioł. - Ale mnie zadziwiasz. Skąd mianowicie znasz moje imię?
    - Przecież sam je nam powiedziałeś...
    - Ach, prawda, przypominam sobie. Wtedy jednak głowę miałem tam, gdzie mam w tej chwili ogon, więc zapomniałem o tym. Chcecie mi tedy ogłosić radosną wiadomość. Wybornie! Jakaż to jest wiadomość?
    - Otóż dowiedz się, że ja i Placek...
    - Za pozwoleniem! - ryknął osioł po raz siódmy - czy to, co mi macie powiedzieć, jest sprawą wielkiej wagi?
    - Oczywiście!
    - W takim razie muszę opuścić oba uszy, aby lepiej słyszeć. Słucham zawsze bardzo uważnie, czego mnie nauczył mój dostojny ojciec.
    W tym miejscu ryknął przeraźliwie.
    - Czemu ryczysz?
    - To z wielkiej żałości, bo znowu sobie przypomniałem, że z mojego ojca zrobiono kiełbasy. Ale powiedzcie mi wreszcie, o co idzie, gdyż płonę z ciekawości!
    - Słuchaj więc... Otóż ja i Placek...
    - Za pozwoleniem - przerwał osioł - czy ty i Placek, czy Placek i ty?
    - Czy to nie wszystko jedno?
    - Być może, że wszystko jedno, ale wzniosły umysł zawsze dostrzeże subtelną zawiłość nawet tam, gdzie jej nie ma. Lubię być dokładny i ścisły w myśleniu. Ale zgódźmy na ten porządek, jaki obrałeś; przeto ty i Placek...
    - Ja i Placek chcieliśmy ci oznajmić, że się tak szczęśliwie zdarzyło...
    - Za pozwoleniem - przerwał Patałłach - ale dlaczego wciąż zaczynasz mówić, a nigdy nie kończysz?
    - Bo mi ustawicznie przerywasz - rzekł zniecierpliwiony! Jacek - ciągłymi zapytaniami i nie pozwalasz mi dojść dój słowa.
    - Jest to moda w rodzinie osłów: lubimy wiele mówić i o wszystko pytać. Jeden z moich przodków tym się na cały świat wsławił, że umiał zadawać tyle pytań, iż dziesięciu filozofów nie mogło na nie odpowiedzieć. Cóż więc takiego wydarzyło się szczęśliwego?
    - Nadzwyczajna to jest rzecz - rzekł Jacek - ale my także szukamy tego kraju, w którym nikt nie pracuje!
    - Więc to i wy uciekliście od swego pana?
    - Uciekliśmy, a od kogo, to do sprawy nie należy. Jeśli mnie o to będziesz pytał, ugryzę cię w ucho. Dość, żeśmy uciekli i szukamy tego błogosławionego kraju. Nie chcemy pracować. Chcemy pić i tańczyć. Czy pragniesz tego samego?
    - Za pozwoleniem - ryknął osioł - w naszych pragnieniach jest niejaka różnica: chcę jeść i pić, ale wcale nie myślałem o tańcu. Jestem zbyt poważnym uczonym na takie swawole.
    - Ale jeść chcesz?
    - Chcę bardzo, byle dużo, a nawet jeszcze więcej.
    - Pić chcesz?
    - Chcę, chociaż w mniejszym stopniu pragnę napoju niż jedzenia.
    - A pracować nie chcesz?
    - Gardzę pracą, gdyż jest to złośliwy wynalazek istot nierozumnych. Zawsze też doprowadzało mnie to do głuchego gniewu, że takiemu jak ja filozofowi kazano wozić wodę. Czy pozwolicie, że ryknę na znak protestu?
    - Rycz zdrowo.
    Patałłach rozwarł paszczę i wydał głos tak straszliwy, że z drzew posypały się liście. Potem rzekł nieco mniejszym głosem:
    - Cały świat musi zadrżeć, słysząc mój wspaniały ryk, ale wy się nie bójcie, bo jestem bardzo dla was łaskawy i uprzejmy.
    - Więc pójdziemy razem?
    - Cóż robić? W podróży nie jestem wybredny i byle jakim zadowalam się towarzystwem. Raz musiałem iść w zaprzęgu nawet z koniem, ale wtedy uległem przemocy. Pójdę z wami, ale stawiam jeden warunek.
    - Jakiż to warunek?
    - Od czasu do czasu nachodzą mnie niezmiernie głębokie myśli, które muszę wszechstronnie rozważyć. Wtedy przystaję w drodze i oddaję się rozmyślaniom.
    - A czy to trwa długo?
    - To zależy od rodzaju myśli. Przystaję czasem na dwa, czasem na trzy tygodnie, często jednak już po dwóch dniach namysłu rozwiązuję tajemnicę. Pewnego razu udało mi się rozwikłać bardzo trudne zagadnienie w ciągu jednego jedynego dnia.
    - Nad czym wtedy rozmyślałeś?
    - Nad tym, dlaczego mam cztery nogi...
    - Trudne to było zagadnienie... I cóż wymyśliłeś?
    - Rozwiązanie jest bardzo proste, jeżeli bowiem miałbym tylko trzy nogi, nie mógłbym chodzić.
    - Wielkim jesteś medrcem, Patałłachu!
    - W tej chwili dręczy mnie inna tajemnica, nad którą zastanowię się dopiero w przyszłości; tego mianowicie pojąć nie mogę, dlaczego nigdy w życiu nie widziałem mojego ogona. Wyrasta on przecie ze mnie, więc jest moją własnością. Musi istnieć przeto jakiś szczególny powód, że go nie mogę zobaczyć. Są to jednak sprawy tak zawiłe, że teraz nie chcę sobie nimi zaprzątać umysłu. W tej chwili należy nam myśleć o podróży. Dokąd się skierujemy?
    - Tego właśnie nie wiemy...
    - Jeżeli chcecie, to ja się zastanowię - rzekł Patałłach.
    - A jak długo to potrwa?
    - Może miesiąc, może dwa. Dobrze jeszcze nie wiem, jest to bowiem trudne pytanie.
    - To nieco za długo - odrzekł Jacek. - Chcemy zajść tam jak najprędzej, bo w tych okolicach prześladują nas ustawicznie wielkie nieszczęścia. Najlepiej chodźmy przed siebie.
    - Jest to ludzki sposób rozwiązywania sprawy. Osły doszły do przekonania, że czasem lepiej jest iść w tył.
    - W tył? Za nic na świecie! - krzyknął Placek.
    - Chodźmy więc naprzód, ale ja nie biorę odpowiedzialności za ten pomysł. W drogę, panowie!
    - W drogę! - zawołali chłopcy.
    - Precz z pracą!
    - Niech głupi pracują!
    - Idziemy na zachód.
    - Chodźmy na zachód!
    Osioł chciał ruszyć z kopyta, ale chłopcy, spojrzawszy siebie porozumiewawczo, skoczyli mu niespodziewanie na grzbiet.
    Patałłach przystanął zdumiony, na chwilę oniemiał, potem ryknął z przerażenia i gniewu.
    - Łotry! Precz z mojego grzbietu!
    - Jesteśmy zmęczeni - zawołał Jacek - i pojedziemy na tobie.
    - Złaźcie natychmiast!
    - Ani nam się śni. Od tego jesteś osioł, ażebyś nosił ludzi.
    - Nie jestem osioł, jestem filozof!
    - Pojedziemy na filozofie...
    - Słuchajcie - ryczał Patałłach - nie chcecie pracować?
    - Nie mamy tego zamiaru.
    - A dlaczego każecie pracować mnie?
    - Bo jesteś osioł!
    - To jest oszustwo! Jesteście wstrętni ludzie! Ja też nie chcę pracować. Złaźcie natychmiast!
    - W drogę, Patałachu przez jedno ł!
    Na tak ciężką obrazę gniew porwał oślego filozofa, Wierzgnął tak potężnie, że Jacek zleciał w jedną stronę jak gruszka, a Placek w drugą jak dojrzałe jabłko. Patałłach kopnął jednego w brzuch lewą nogą, a drugiego, dla sprawiedliwości, też w brzuch, ale na odmianę prawą nogą. - Gwałtu! - ryknęli chłopcy oślim rykiem. Patałłach wierzgał przez dłuższy czas, aby okazać, że jest zwycięzcą, i pognał przed siebie jak obłąkany, rycząc przeraźliwie:
    - Precz z pracą! Do widzenia, łobuzy!
    - Żeby z ciebie zrobili kiełbasy! - krzyknął za nim Jacek. Placek nie mógł nawet krzyknąć, bo trzymał się za brzuch i jęczał.
   

poprzedni Spis treści następny