Kornel Makuszyński




ROZDZIAŁ PIĄTY

w którym Jacek i Placek rozpoczynają
poszukiwania takiego kraju, w którym ludzie nie pracują


    Kiedy świt złotym promyczkiem zadźwięczał nad staruszką, obudziła się, nie wiedząc, gdzie jest i co się z nią dzieje. Wnet jednak ostry ból w sercu wszystko jej przypomniał. I to jej też przypomniał, że czeka ją znowu ciężka praca: bronowanie kamieniami nabijanych grud. Spojrzała na pole i nie uwierzyła własnym oczom; przetarła je ręką, myśląc, że jeszcze zasnuła je resztka mętnego snu, i spojrzała po raz drugie pole było gładkie, przepysznie uprawione, jakby uśmiechnięte ze szczęścia, że jest gotowe na przyjęcie ziarna. Stu pilnych i pracowitych oraczów nie mogłoby tak spulchnić ziemi: kamieniste pólko wyglądało tak, jakby je uprawiono w bogatym ogrodzie, aby zasadzić na nim kwiaty. Biedna kobieta poczuła wielkie, wielkie szczęście, nie dlatego, że nie będzie już łamać krzyża i ranić bosych nóg, lecz serce jej napełniło się gorącym rozrzewnieniem, kiedy pomyślała, że to jej dzieci, chcąc jej uczynić radosną niespodziankę, dokonały tej ciężkiej pracy pośród nocy. Uśmiechnęła się po raz pierwszy od wielu, wielu lat takim uśmiechem, od którego nawet w najbardziej chmurny dzień jasno się czyni na świecie. Potem, pochyliwszy steraną głowę, ucałowała ziemię, bo myślała, że zroszona jest potem jej synów.
    - Nikt inny - mówiła sama do siebie - nie mógł tego uczynić, tylko oni, moje chłopaki najdroższe! Umyślnie udawali, że się naśmiewają ze mnie, bo nie chcieli, abym się zmęczyła zanadto, a kiedy usnęłam, dokonali w mig tak wielkiej i ciężkiej pracy. O, czy mi teraz Bóg przebaczy, że byłam złą matką, bo kiedy upadłam bez sił, źle pomyślałam moich słodkich dzieciach? Jakże ja teraz spojrzę im w oczy? Muszę pójść do nich i ucałować ich, i podziękować za to, c uczynili.
    Poszła w stronę domku, uśmiechnięta z wielkiego szczęścia Chciałaby śpiewać z radości, lecz sił nie miała nawet na śpiewanie, głodna i umęczona ciężką nocą na gołej ziemi, ale nie czuła ani głodu, ani zmęczenia, tylko szczęście. Weszła do izby cichutko, aby ich nie zbudzić, przypuszczała bowiem, ż spracowawszy się okrutnie, śpią teraz słodko. Istotnie spali smacznie i Jacek trzymał Placka we śnie za nos, a Placek Jacka dzierżył za czuprynę, tak jakby zapadał w głęboki sen i chwycił się ręką byle czego.
    Matka przystanęła nad nimi patrząc tak tkliwie, że z jej spojrzenia uczynił się promień, co padł na ich piegowate gęby. Musieli poczuć ciepło tego najcudowniejszego na świecie spojrzenia, bo otwarli oczy równocześnie, gdyż wszystko czynili jak na komendę.
    - Jeszcze wcześnie - krzyknął Jacek. - Dlaczego nas budzisz?
    - Aby was ucałować! - rzekło matczysko takim słodkim głosem, jakiego nikt na świecie oprócz matki wydobyć z serca nie umie.
    - A cóż to dziś za święto, że nas chcesz całować? - zapytał niechętnie Placek.
    - O, tak, wielkie dzisiaj jest święto, bo w moich synaczkach zbudziły się serduszka. Niech wam Bóg zapłaci, dzieci najdroższe, za to, coście uczyniły dla waszej matki. Niech wam to stokrotnie nagrodzi! Oby wszyscy ludzie tacy byli dla was, jak wy jesteście dobrzy dla matki...
    Zaczęła ich ściskać i całować, a gorące łzy padały na ich głowy.
    Nie rozumiał niczego Jacek ani Placek niczego nie mógł pojąć. Widać coś się takiego stało, za co im przypisują zasługę.
    Jacek mrugnął prawym okiem na Placka, Placek lewym na Jacka i od razu wiedzieli, że trzeba przede wszystkim dowiedzieć się, dlaczego zostali bohaterami, a następnie zażądać za to słusznej nagrody.
    - O, jak ciężko napracowaliście się dziś w nocy! - radowała się matka. - O, jak bardzo musicie być zmęczeni!
    - Nie warto o tym mówić - rzekł chytrze Jacek.
    - Troszkę tośmy się zmęczyli - dodał Placek - ale nie tak bardzo.
    - Pan Bóg was dzisiaj zapisał w wielkiej księdze - mówiła matka. - W niebie was dzisiaj błogosławią za to, żeście pomogli biednej matce zaorać pole.
    Jacek spojrzał ze zdziwieniem na Placka, a Placek z jeszcze większym na Jacka.
    - To my zaoraliśmy pole? - zapytali równocześnie. Matka, roześmiała się szczęśliwie i rzekła:
    - Ach, urwisy, znowu udajecie, że to nie wy! Cha! Cha! Wszystkim ludziom to opowiem, bo źle o was mówili, a teraz to radość będzie w całym Zapiecku. O, dzieci moje! Nikt na całym świecie nie ma takich synów jak ja.
    - Co prawda, to prawda! - zaśmiał się Jacek - takich to chyba nikt nie ma.
    A Placek na to:
    - Kiedy to się nie dało ukryć, to już nie ma co, Jacku, trzeba się przyznać.
    - Trudno! - zawołał Jacek - chcieliśmy ci, matko, zrobić niespodziankę, ale przed tobą nic się nie ukryje.
    - Więc to wy?
    - Przecie nie anioł z nieba - rzekł Jacek.
    - Bardzo wam było ciężko? - spytała matka z niepokojem.
    - Z początku tylko było ciężko - mówił Placek - ale potem coraz lżej. Ale sroga to była robota. Nie dziw się więc, matko, że jesteśmy trochę zmęczeni, a więcej jeszcze głodni. Czy masz co do jedzenia?
    Matka zatroskała się bardzo.
    - Mam - rzekła smutno - ostatni bochenek chleba Musi nam wystarczyć na długo. Dzisiaj, ponieważ to uroczysty dzień, zjemy po kawałeczku, a od jutra będziemy go drobić na okruszyny. Nie chcę was trwożyć, moje słodkie dzieci, lecz czeka nas wiele jeszcze pracy. Ale już mi ona nie straszna, kiedy wy nauczyliście się pracować. Teraz pewnie naprawicie dach, a potem będziemy razem wydzierać kamienie, aby powiększyć rolę. Będziemy to robić z radością, a Pan Bóg się nad nami zmiłuje, że nie pomrzemy z głodu.
    - Pewnie, pewnie... - bąknął Jacek.
    - A gdzie ten chleb? - zapytał Placek.
    - Chleb jest ukryty w komórce za belką. Napoczniemy go niedługo... Poczekajcie tu, moje drogie dzieci, a ja pójdę do tego źródła, co jest o milę stąd, aby wam przynieść świeżej, zimnej wody. Własną krwią bym was napoiła za to, że jesteście tacy dobrzy.
    Wzięła dzbanki i uśmiechając się do nich poszła powolnym krokiem przez pola.
    Jeszcze im nie zniknęła z oczu, kiedy Jacek zaczai mówić szybko:
    - Słuchaj no, Placek. Z tym polem to jest jakaś awantura, ale to wszystko jedno. To jest gorsze, że nam każą teraz pracować, naprawiać głupi dach i wydzierać z ziemi jeszcze głupsze kamienie.
    - Nikt nas nie zmusi! - wykrzyknął Placek.
    - Zmusić, to nie zmusi, ale przez dziurawy dach będzie ciekło nam na głowy. Co to jest za urządzenie na tym świecie, abyśmy musieli pracować! Ja nie mam najmniejszej ochoty. A ty?
    - Ja mam taką samą ochotę. Ale co robić?
    - Musi być - mówił Jacek - taki kraj na świecie, gdzie nikt nie pracuje, bo wszystko samo rośnie. Ja słyszałem, że jest...
    - Ale gdzie?
    - Tego to ja nie wiem, ale wszystko można znaleźć, a w Zapiecku zawsze będzie bieda i nędza. To jest paskudne miasteczko: albo człowiekowi każą się tutaj uczyć, albo pracować. Wiesz co, Placek? Wiejmy stąd!
    - Bardzo chętnie! Ale dokąd?
    - Przed siebie! Gorzej niż tu to i w piekle być nie może.
    - Doskonale, ale co będziemy jedli?
    - Na początek zabierzemy matce ten bochenek chleba, a jak zajdziemy daleko, to coś znajdziemy. Nauczyciel mówił, że świat jest bardzo wielki i że są na nim miasta większe od Zapiecka.
    - Czy to możliwe?
    - Pewnie to prawda, bo on nigdy nie kłamał. Nie wiem dlaczego, ale nie kłamał, może dlatego, że nie umiał. Gdyby się u nas uczył, toby umiał, ale nie chciał.
    - Więc uciekajmy! A matkę zostawimy?
    - A cóż z nią zrobisz? Na plecach ją będziesz niósł?
    Zabierajmy chleb i w nogi!
    - Zostawimy jej wodę. Nie martw się tym, bo tak będzie po nas płakała, że nawet nie zauważy, że zabraliśmy chleb. Tak nas kocha, że jej będzie tylko nas żal.
    - Za co ona nas tak kocha?
    - Czy ja wiem? Starzy ludzie tacy są dziwni, że nigdy nie wiadomo, co w nich siedzi. Może dlatego nas tak kocha, że jesteśmy bardzo piękni. Więc dajemy nogę, Placek?
    - Jazda! Gdzie ten chleb?
    - Zaraz będzie!
    Wleźli do ciemnej komórki i nawet nie patrząc, od razu znaleźli chleb, samym węchem. Jacek ukrył go za koszulą; obejrzeli szybko izbę szukając, co by się jeszcze dało zabrać, i wyjrzawszy przez drzwi, czy matka nie wraca, wybiegli na pole. Puścili się pędem przez łąki i nawet się nie obejrzeli. Umieli biec z wiatrem na wyścigi jak zające. Skakali przez rowy i rozpadliny, przedzierali się przez leszczyny i głogi. Uciekali z tym mizernym bochenkiem chleba, jakby unieśli skarb. Gnali, nie wiadomo po co i nie wiadomo dokąd.
    Ubiegli tak wiele mil i znaleźli się w głuchym pustkowiu. Nagle Jacek zwolnił biegu i zatrzymał się zdumiony, obok natychmiast przystanął Placek.
    - Co się stało? - zapytał. - Czemu stanąłeś?
    - Nie wiem - odrzekł Jacek - sam dobrze nie wiem. Zdawało mi się, że ktoś nas woła...
    - Zdaje ci się, to las szumi...
    - Zdawało mi się, że ktoś płacze.
    - Nie powiadaj głupstw. Kto by płakał w tym pustkowiu?... To wiatr tak zawodzi...
    - O, nie! Posłuchaj!... Cicho!... Słyszysz?
    - Coś słyszę... Słyszę głos podobny do głosu naszej matki!...
    - Naszej matki?
    - Ale to śmieszne... Żaden człowiek na świecie nie potrafi tak płakać, aby go było słychać o dziesięć mil. Zresztą nasza matka zawsze cicho płakała. Chodźmy dalej!
    - Chodźmy! - rzekł twardo Jacek.
    Szli znowu nieumęczenie, bo mieli doskonałą wprawę. Śpieszyli się tak jakby czym prędzej pragnęli się znaleźć w tym błogosławionym kraju, w którym praca jest nieznana, gdzie zamiast kartofli rosną ananasy, a zamiast żywicy najsłodszy miód ciecze po pniach sosen. Jacek jednak szedł, z większą niż Placek trudnością i kilka razy potknął się na nierównej ziemi, pełnej wyrw i rozpadlin.
    Otarł pot z czoła i rzekł:
    - Trudno mi iść, bo ten chleb zaczął mi od niejakiego czasu dziwnie ciążyć.
    - Zjedzmy połowę, to ci będzie lżej.
    - Pierwej nie był taki ciężki - mówił Jacek zamyślony.
    - Zmęczyłeś się, więc ci się tak wydaje. Dobiegnijmy do tego wielkiego dębu, który stąd widać, tam odpoczniemy i tam przełamiemy chleb.
    Znowu zaczęli iść i po godzinie doszli z wielkim trudem na szczyt wzgórza, nad którym jak olbrzymi, wspaniały parasol rozpostarł się odwieczny dąb. Legli na trawie, ciężko dysząc.
    Kiedy cokolwiek odpoczęli, Placek nagle roześmiał się głośno.
    - Co się stało? - zapytał Jacek. - Czego rżysz jak koń?
    - Śmieję się, bo sobie pomyślałem, jaką minę miała nasza matka, kiedy nie znalazła ani nas, ani chleba... Cha! Cha! Cha!
    - Może nas przeklina? - zapytał Jacek.
    - O, głupi Jacku! Ona nie przeklęłaby nawet muchy. Zresztą jesteśmy już tak daleko, że żadne przekleństwo nie doleci. Dawaj chleb!
    Jacek sięgnął za koszulę i zaczął z dziwnym trudem wydobywać bochenek.
    - Czemu tak marudzisz? - wołał Placek zniecierpliwiony.
    - Sam nie wiem - odrzekł Jacek bardzo zmieszany - ale ten chleb coś dziwnie uczynił się ciężki. Pomóż mi!
    Placek sięgnął i z trudem wydobył obiema rękami chleb. Stał się on tak ciężki, że upadł na ziemię.
    - Przełammy go - rzekł Jacek.
    Podnieśli bochenek z ziemi i usiłowali go przełamać.
    - Co to jest? - zawołał Placek. - Nie był on tak czerstwy, kiedyśmy go znaleźli. Spróbujmy zębami.
    Rozwarł szeroko usta i chciał ugryźć bochenek, lecz nagle krzyknął boleśnie, bo omal nie wyłamał wszystkich zębów. Spojrzeli na siebie z przerażeniem.
    - Ten chleb jest z kamienia! - wykrzyknął zdumiony Placek. - Ach, ta nasza zła matka tak sobie z nas zakpiła!
    Jacek zamyślił się i rzekł ponuro:
    - A może to nie ona? Matka nas nigdy nie oszukała..: To niemożliwe... Ten chleb odmienił się przez czary. Kiedy go ukradłem, był piękny, popękany i rumiany i nie był wcale ciężki. Spojrzyj, jak wygląda teraz: jest szary i bardzo ciężki. To dlatego nie mogłem go udźwignąć... Źle, Placku! Ktoś nas prześladuje...
    - To kara boska! - krzyknął ktoś ponad nimi.
    Z przerażeniem zadarli głowy i ujrzeli na dębowej gałęzi olbrzymiego kruka, który był zupełnie biały i patrzył na nich mądrymi oczyma z pogardą i lekceważeniem.
    - To ty przemówiłeś do nas? - zapytał drżący z trwogi Jacek.
    - Ja! - odrzekł kruk.
    - A czegóż ty od nas chcesz?
    - Gdybym był młodszy, tobym wam wydziobał oczy i wyjąłbym wam serce. Nie uczynię tego jednakże, bo to by była zbyt mała dla was kara! Nie! nie tknę was, bo oczy macie złe, a serca robaczywe.
    - Nie boimy się ciebie! - krzyknął Placek.
    - Wy się też mnie nie bójcie, lecz Pana Boga! Ukradziony głodnej matce chleb zamienił się wam w kamień, ale najlepiej by było, abyście wy się zmienili w kamienie. Jesteście źli i wstrętni. Ziemia wstydzi się, że po niej chodzicie...
    - A skąd ty o tym wiesz? Czyś taki mądry?
    - Jestem mędrszy od siedmiu mędrców. Pióra moje są białe od starości, bo narodziłem się wtedy, kiedy słońce było jeszcze dzieckiem, a gwiazdy jeszcze się nie narodziły. Znam wszystkie mowy tego świata i przeczytałem wszystkie księgi. Byłem w arce Noego i na wierzchołku góry Ararat. Widziałem wszystko i wiem wszystko. Jestem tym krukiem, który nosił chleb Danielowi w lwiej jamie.
    - A cóż ty takiego wiesz?
    - Wiem, że przekleństwo ścigać będzie dziecko, co skrzywdziło matkę. Wiem, że pierwszą osobą po Bogu jest matka. Wiem, że zginiecie marnie, jeśli Bóg wam nie przebaczy i jeśli wam nie przebaczy matka wasza. Kra! Kra!
    - Nie kracz tak strasznie! Nie wierzymy w to, co mówisz. Nasza matka myśli, żeśmy pobiegli w pole i że niedługo wrócimy.
    - Wasza matka leży w tej chwili na progu domu jak nieżywa. Widzę ją ze szczytu dębu. Jej serce wszystko wie, więc wie i o tym, żeście ją zostawili na głód i na poniewierkę.
    - Jeśli jesteś taki mądry, to nam powiedz, czy bardzo nas przeklinała.
    Krukowi, kiedy to usłyszał, oczy zapłonęły szkarłatnym blaskiem.
    - Chłopcy niegodziwi! - zakrakał potężnym głosem. - Wasza matka, zanim legła jak nieżywa, modliła się gorąco o to, aby was nic złego nie spotkało. Dlatego tylko nie zabiję was. Precz, precz z moich oczu!
    Takim to wykrzyknął głosem chrapliwym i groźnym, że chłopcy pobledli. Udawali dotąd, że się wcale nie lękają tego sędziwego ptaka, naprawdę jednak serca w nich zamarły, kiedy do nich zagadał ponuro. Kiedy więc kazał im iść precz, porwali się z ziemi i pobiegli w dół ze wzgórza przez gąszcz krzewów. Głogi chwytały ich kolczastymi palcami za suknie, giętkie leszczyny smagały ich dotkliwie. Poza sobą słyszeli długo przeraźliwy głos kruka, biegnący za nimi jak grzmot. Myśleli też, że za nimi wali szumiąca burza, a to dąb wspaniały i z sercem wzniosłym, usłyszawszy o ich sprawach, rozszumiał się w wielkim gniewie i musiał załamać ze zgrozy potężne ramiona konarów, tak że aż trzeszczały.
    Zziajani, głodni i przerażeni biegli długo, nie przemówiwszy do siebie ani słowa. Pędzili bezdrożem, okolica bowiem była pusta i bezludna. Za nimi biegł strach niewidzialny i niesłyszalny, ale czasem czuli zimne na plecach mrowie, jakby lodowaty jego oddech. Czupryny mieli zlepione mokrością potu, suchość w gardłach i ognie w żołądkach. Biegli już resztkami sił, a to było najgorsze, że biegli bez tchu, byle przed siebie, byle jak najdalej.
    Tymczasem zapadała noc. Niebo pobladło, jakby z rozpaczy, że za kilka chwil nie ujrzy już słońca. Mrok, przez dzień śpiący w komyszach jak dzikie zwierzę, budził się już ze snu, przeciągał leniwie i wypełzał powoli ze swoich ciemnych kryjówek. Zerwał się wiatr i jak tropiący po śladach pies, biegał tam i sam wśród zarośli, które zakwitały dziwacznymi; kwiatami cieniów, zanim je noc nie zakryła. Pod nogami chłopców zachlupotała czasem woda i bulgotała jakby w gniewie, że ktoś ją rozprysnął ciężką stopą. Noc zaczęła gadać dziwnymi głosami: mruczeć i szeleścić, jęczeć i wzdychać. Ciężkimi, jakby wzdychającymi głosami zaczęły się nawoływać jakieś strachy czy wilkołaki. Czarne nietoperze śmigały szybko wykrętnym lotem, jak myśli złego człowieka. Wiatr zwęszył pierwszą gwiazdę i myśląc zapewne, że to jest złoty ptak, uganiał po chaszczach i piął się z piskiem i skowytem po pniach wysokich drzew, aby pożreć złotego ptaka. Drzewa zmieniały się w strasznych olbrzymów, a krzaki w straszniejszych jeszcze karłów. Wszystko było dziwne i przerażające... Chłopcy patrzyli dokoła z trwogą i gnali przed siebie straciwszy wszelką drogę i kierunek. Trwożył ich każdy krzak, a każdy zwalony pień zdawał się po nich wyciągać macki; nadaremnie wyglądali jakiegoś światełka, nadaremnie nasłuchiwali ludzkiego głosu. Chcieli odpocząć, odpocząć za wszelką cenę, lecz trwoga niosła ich wciąż naprzód, a lęk podcinał ich jak biczem.
    Nagle Jacek krzyknął. Zdawało mu się, że ujrzał dwa czerwone światełka.
    - To pewnie ludzkie mieszkanie! - zawołał radośnie Placek, który też je dojrzał.
    Skręcili w bok i zaczęli biec w tę stronę, gdzie się, jarzyły dwa czerwone ogniki. Biegli z nadzieją, że ich ktoś przygarnie, nakarmi i napoi.
    Wtem ogniki znikły, a po chwili znowu zapaliły się w dalekości.
    - Biegnijmy! - krzyknął z rozpaczą Jacek.
    - Tam, tam na lewo! - wołał zamierającym oddechem Placek.
    Nadzieja dodała im sił. Zabiegli na jakieś moczary, bo woda, bita ich nogami, bulgotała coraz częściej i opryskliwiej.
    Kiedy się znaleźli w jakimś wilgotnym pustkowiu, dostrzegli, że otacza ich mętna, zimna, ciężka mgła. Wpadli w jej zgniłą toń jak w stęchłą wodę i nie widzieli nic prócz tych migotliwych światełek. Zbliżali się do nich z coraz większym trudem, płynąc raczej wśród tego mglistego jeziora niż idąc. Nagle strach chwycił ich za gardło, tak że nie mogli schwytać oddechu. Na jakiejś wyniosłości stało, mgłami owite, straszliwe widmo przypominające psa. Czerwone światełka to były oczy potwora, teraz już tak wielkie jak dwa czerwone księżyce. On sam zaczął rosnąć i olbrzymieć. Bura mgła tworzyła jego splątane kudły, głowa, zdawało się, sięga chmur. Kiedy patrzyli zlodowaciali od lęku, rozległo się po bagniskach przeciągłe wycie i potoczyło się aż po najdalsze krańce nocy: wycie bolesne, pełne rozpaczy i grozy. Widmo skierowało na nich swoje przerażające oczy. Wtedy oni krzyknęli z wysiłkiem:
    - Ratunku!
    Nikt im nie odpowiedział, tylko widmo psa zawyło jeszcze boleśniej, potem się rozwiało we mgle. Zgasły straszne oczy, przebrzmiał przejmujący głos.
    Chłopcy dygotali ze strachu i zimna. Jacek pochylił się do ucha Placka i wyszeptał:
    - To był duch Łapserdaka!
    - I mnie się tak zdaje - szczęknął zębami Placek.
    - Jakie to szczęście, że był to pies łagodny za życia - szeptał Jacek. - Ale gdzie my jesteśmy?
    - Nie wiem... Musimy wyjść z tego bagna... Chodźmy! Uszli z trudem kilka kroków i nagle zapadli w jakąś czeluść.
    - Ssssss!... sssss!... - usłyszeli ciche, jadowite syczenie.
    - Węże! - krzyknęli z rozpaczą. - Uciekajmy!
    - Nie uciekajcie! - odezwał się syczący głos. - Odpocznijcie sobie... sssss! nic wam nie zrobimy złego... sssss! Są tu węże złe i jadowite żmije, które zabijają każdego... Śmierć! śmierć! Ale wam nie zrobimy nic złego... sssss!
    - Czemu? - zapytał ostatnim tchem Jacek.
    - Bo wy jesteście nasi bracia... sssss! My jesteśmy nakrapiane i wy też jesteście nakrapiani... sssss! My jesteśmy węże i wy też jesteście węże...
    - My jesteśmy ludzie! - krzyknął Placek.
    - Nie, braciszku! ssss! Ty jesteś wężem, a twój brat jest żmiją... Matka wykarmiła was i wyhodowała was na własnej piersi... Ssssss! A wy ukąsiliście ją w samo serce... Nic złego wam nie zrobimy... Jesteście żmije... żmije... ssss...
   

poprzedni Spis treści następny