Kornel Makuszyński




ROZDZIAŁ TRZECI

w którym dorastają nakrapiane ciała i czarnej dusze Jacka i Placka

    Po tych niemiłych przygodach wszyscy się spodziewali, że życie tych dwóch chłopców napełni ciche miasteczko zgiełkiem i wrzawą, ale rzeczywistość przeszła najśmielsze oczekiwania. Ilekroć przybył im rok życia, tylekroć miasteczku upływało sto lat spokoju. Byli oni nad podziw sprytni, ruchliwi jak małpiątka, a w Zapiecku i w okolicy na sto mil dookoła nie było dziury, w którą by nie wleźli, ani nie było kamienia, pod który by nie zajrzeli. Dwie wrony, które zapragnęły na starość spokoju i postanowiły się przenieść na mieszkanie w okolice Zapiecka, zdołały zaledwie ujść z życiem, ale bez ogonów, za sprawą tych dwóch chłopców, i dały o tym znać w najdalsze strony, aby żadne stworzenie, któremu życie jest miłe, nie zbliżało się do tych okolic. Krety chowały się głęboko w ziemi, a jeden jedyny zając, który od wielu lat mieszkał w parowie, o dwie mile za Zapieckiem, miły i dobry zając, nazwiskiem Michał Kapusta, szczuty i goniony przez Jacka i Placka jakby przez kąśliwe ogary, porwał się z głębokiego snu i zaczął uciekać tak nieprzytomnie, że go jeszcze we dwa lata potem widziano uciekającego, choć ubiegł już trzy tysiące mil. Był to mądry zwierzak i wiedział, że każdy zając jest podobny do innego, nigdy jednak nie widział tak podobnych do siebie chłopców i to go właśnie tak przeraziło, bo nie mógł zrozumieć, co się dzieje. Uciekał przed jednym chłopakiem w czerwonych porteczkach i z twarzą pełną piegów, a nagle u wyjścia z kotliny zastąpił mu drogę ten sam, który go gonił z tyłu, w takich samych spodenkach i z taką samą twarzą. Kiedy biedny zając zawrócił, znów takiego samego zobaczył, pomyślał więc, że są to straszliwe czary i że już nie ujdzie z życiem. Cudem tylko ocalał, ale mu się coś w rozumie pomieszało i dlatego ucieka do tej chwili.
    Ciężkie jednak życie miały zwierzęta domowe, które swoje przyszłe nieszczęścia przeczuły w dzień urodzin Jacka i Placka. Nieszczęsny kogut miał wyrwany piękny ogon, ochrypł z żałości i z powodu ciągłych prześladowań stracił rachubę czasu, tak że słońce wschodziło nieporządnie, wedle swojego widzimisię, raz wcześniej, raz później, tym bardziej że na kościelnej wieży od wielu lat popsuł się zegar. Wskutek tych nieszczęść nikt nigdy nie wiedział w Zapiecku, która jest godzina. Ponieważ jednak pianie koguta potrzebne jest nieodzownie, aby dzieci wiedziały, czy już czas wstawać i zbierać się do szkoły, więc burmistrz nakazał, aby muzykant Zapiecka, Barnaba Baraniakiszka, codziennie udawał koguta; biedny człowiek czynił to bardzo pięknie, ale nikt nie wstawał, wszyscy bowiem wiedzieli, że to nie kogut pieje, lecz pan Barnaba, który miał czerwoną gębę, więc dlatego mianowano go Kogutem.
    Nieszczęśliwy baran, który z przyrodzenia miał wyłupiaste oczy, bo wśród baranów takie oczy są warunkiem wielkiej urody, stracił ją niemal zupełnie, bo wszelka przesada niszczy przyrodzony wdzięk. Oczy barana, wskutek ustawicznego strachu i wypatrywania, czy spoza jakiegoś węgła nie zbliża się straszliwy wróg w dwóch egzemplarzach, tak wylazły na wierzch ozdobnej głowy, że jej poza nimi wcale nie było widać. Już prawie nie było na tym świecie barana, tylko te oczy wytrzeszczone i wypukłe, przerażone i pełne niepokoju. Baran ten, szczęśliwy dotąd, teraz tak czasem beknął żałośnie bez powodu, że się ludziom serce krajało. Widać, że mu obrzydło życie, więc się czasem rozpędzał i głową uderzał w ścianę domu, jakby się sam tego miłego życia chciał pozbawić.
    Najsmutniejszym jednak stał się los psa Łapserdaka. Jacek i Placek najbardziej na niego się zawzięli i ciężkim czynili jego psie życie. Wrzucali go do studni albo przywiązywali mu do ogona, co się tylko dało. Straszyli go w nocy, budzili go we dnie; czasem rzucali przed niego tłustą kość, uwiązaną na sznurku; kiedy się do niej zbliżył, kość uciekała jak żywa, co przyprawiało biedne psisko o ogłupiałe zdumienie. Toteż cichy ten dotąd pies wył wciąż smutno, jak gdyby błagał kogoś o sprawiedliwość. Nie miał zębów, więc nie mógł nauczyć tych strasznych chłopców szacunku dla uczciwego psa, gdyby jednak nawet miał zęby, toby je sobie połamał na ich łydkach. Byli oni chudzi i tak wyglądali, jakby ciała ich składały się z samych żył. Głowy mieli tak twarde jak kokosowe orzechy, czasem bowiem jeden lub drugi zlatywał z dachu głową na dół i tylko dziurę wybił w ziemi, a jemu nic się nie stało. Zęby mieli ostre jak wiewiórki, bo jedli i gryźli wszystko, co tylko się dało. Tacy byli żarłoczni, że własnemu ojcu zjedli pasek skórzany od spodni, a nieszczęśliwej matce stary, wydeptany pantofel. Burmistrz dowiedziawszy się o tym strusim apetycie, ukrył w wielkiej skrzyni, zamkniętej na siedem zamków, która była skarbcem miasta, swój słynny but. Barana natomiast uratowały od pożarcia żywcem jego kręte rogi, dość trudne do przełknięcia nawet dla takich żarłoków. W domku ich rodziców nigdy nic nie było do zjedzenia, bo cokolwiek jako tako jadalnego pokazało się w komorze czy na stole, to znikało w tej chwili w nienasyconych ich żołądkach. Biedna matka odejmowała sobie od ust, aby nakarmić swoje straszne dzieci, zawsze jednak wszystkiego było za mało. Ojciec był coraz bardziej chudy i coraz więcej zmartwiony; z trwogą myślał o przyszłości, bo jeżeli jego mili synowie taki okazywali apetyt w bardzo wczesnej młodości, cóż dopiero będzie, kiedy nieco podrosną?
    Oni zaś rośli zdrowo, a tak byli do siebie podobni, że bez umyślnie poczynionych znaków na ubraniu żadne oko ludzkie nie mogło ich rozróżnić. Nikt nigdy nie wiedział, która to piegowata gęba należy do Jacka, a która do Placka. Nieomylnie i bez żadnych znaków poznawała ich jedynie matka, która się nigdy nie myliła. Taką to tajemniczą władzę dał Pan Bóg matczynemu sercu, że nawet ślepa matka pozna swoje dziecko wśród tysiąca, a głos jego, cichutki i nikły, usłyszy nawet wśród wycia wichru i straszliwych pokrzyków i pogwizdów burzy. Serce matki usłyszy głos swojego dziecka z niezmiernej oddali, a oczy matczyne ujrzą dziecko ukochane nawet wśród czarnej ciemności. Bo człowiek może się pomylić, ale serce matki jest świętym sercem anioła.
    Matka Jacka i Placka, malutka, zawiędla i zagłodzona bieduleńka, kochała swoich synów ponad wszystko. Cierpiała bardzo i płakała rzewnymi łzami, kiedy ludzie przychodzili zewsząd ze skargami; modliła się gorąco do Matki Boskiej, aby im odmieniła dusze i serca, ale ostatni kęs chleba chowała dla nich, a podczas wielkiej posuchy, choć sama umierała z pragnienia, dla nich ukryła ostatnie krople wody, może dlatego pomieszanej z jej rzęsistymi łzami, aby jej było więcej.
    Oni ani nie wiedzieli o tym, ani nie chcieli wiedzieć. Otwierali szeroko pyszczki jak młode wróble, a wszystkim wiadomo, że zawsze zachłannie otwarty pyszczek malutkiego wróbla sięga od głowy do ogona. Kiedy zaś wszystko zjedli, co było można zjeść, albo i to, co tylko oni zjeść potrafili, wtedy szli na pola i łąki i przepadali na długie godziny. Wyprawiali dzikie harce, straszyli spokojnych przechodniów, rzucali kamieniami do gwiazd, które mrużyły z lęku złote oczy, krzykiem i wrzawą napełniali błogi spokój miasteczka. Wszystkie swoje przykre psoty czynili na spółkę, a kiedy ich chciano ukarać, wtedy jeden z nich zawsze twierdził, że to zrobił drugi. Jacek twierdził, że szybę u piekarza stłukł Placek, 1 Placek twierdził, że to Jacek, a ponieważ nikt nie wiedział, który z nich jest Jacek, a który Placek, i kiedy chciano nabić reszcie Jacka, ten darł się wniebogłosy, że on jest Placek, i w kółko, więc się zwykle na niczym kończyło.
    Oni sami doskonale wiedzieli, który z nich jest który, ale utrzymywali to w głębokiej tajemnicy, jeśliby jednak ktoś zawołał:
    - Jacek, przyjdź, chłopaczku, dostaniesz jabłko! - wtedy na wyścigi zjawiliby się obaj.
    Nie mieli jednak nigdy sposobności do takiego zgodnego wystąpienia, bo nie było na świecie człowieka, który by ich chciał czymkolwiek nagrodzić, tacy to straszni byli chłopcy.
    Kiedy zaczęli ludzkim przemawiać jeżykiem, hałas w miasteczku stał się nie do wytrzymania. Spokojni ludzie zatykali sobie uszy woskiem albo papierem, w oknach drżały szyby, a pochylona wieża lekko się chwiała. Darli się tak bez rozumnego powodu, lecz z jakiejś uciechy, im tylko znanej. Ponieważ zawsze wszystko robili tak samo, więc Jacek nie miał zamiaru milczeć, kiedy Plackowi zachciało się krzyczeć, i krzyczeli obaj.
    - Czego wyjesz? - pytał ni stąd, ni zowąd jeden drugiego.
    - Bo ty wyjesz! - odpowiadał drugi.
    - Rozumiem! - mówił pierwszy i czynili wrzask w dalszym ciągu.
    Ponieważ w miasteczku mieszkali ludzie bardzo spokojni i nadzwyczaj łagodnego usposobienia, nikomu nie przyszło do głowy, aby ich uczciwie sprać, bez względu na to, który z nich jest Jacek, a który Placek. Wprawdzie wszyscy tak myśleli, że którykolwiek zawinił, należało złoić skórę jednemu i drugiemu, aby w ten sposób natrafić na winnego, lecz że to był ludzie miękkiego serca, nikt tego nie uczynił. Wszyscy mieli u Bogu nadzieję, że z czasem chłopaczkowie ci jednak dojdą do rozumu, ukorzą się, uspokoją i że z nich wielka będzie pociecha, bo byli sprytni. Nic jednak nie zapowiadało te szczęśliwej zmiany. Zmieniły się tylko twarze Jacka i Placka bo coraz więcej było na nich piegów, i zmieniły się ich głowy bo nigdy nie czesane czupryny coraz to stawały się bujniejsze.
    Nadszedł jednak wreszcie czas, że tych dzikich jegomościów trzeba było oddać do szkoły. Bronili się przed tym rękami i nogami, aż się zrobił w miasteczku koniec świata, bo ojciec wziął ich pod pachy i tak ich tam poniósł. Sto prosiąt, niesionych na targ, nie potrafi takiego narobić harmideru i takich przeraźliwych wydawać kwików, jakie wydawali oni, ale ich jednak postawiono przed obliczem nauczyciela. Był to człowiek niezmiernej dobroci, a tak cierpliwy jak święty. Miał różowe okulary, więc może dlatego do wszystkich się uśmiechał, bo wszystko wydawało mu się piękne. Nauczał przedziwnych rzeczy i wszystko na świecie umiał nazwać po imieniu; wołał na kwiatki i gwiazdy, gdyż wiedział, jak się nazywa każdy kwiat i każda gwiazda. Uśmiechał się nawet wtedy, kiedy padał smutny deszcz, bo mówił, że jeszcze nie zapomniał tego, jak ślicznie wczoraj świeciło słońce, a kiedy wszystkim dokuczał upał, on się też uśmiechał i mówił, że mu jeszcze zimno po deszczu. Był on tak mądry, że czytał nie tylko z grubej książki, ale i z małej głowiny dziecka, i wszystko widział, co się dzieje w jego serduszku. Żadne dziecko nie wiedziało, jak on to robi i którędy widzi, co się dzieje w czyimś sercu, a kiedy go dzieci o to zapytały, odpowiedział, że to przez oczy tak widać, co się dzieje w człowieku, jak przez szybki okna widać, co się dzieje wewnątrz domu. Musiało to być prawdą, bo zawsze każdemu dziecku powiedział wszystko prawdziwie. Dzieci kochały go bez pamięci i słuchały nabożnie tego, co im mówił i czego ich nauczał, a on, jak wielki czarodziej, wiedział o tym, co jest w środku ziemi i co jest na niebie, co się dzieje za górami i lasami i co się odbywa w ciemnym ulu. Wiedział on przeto od razu, co się dzieje w Jacku i Placku, którzy stali przed nim pochmurni i nastroszeni jak młode wilczki. Myśleli oni, że takimi minami okropnie nastraszą nauczyciela, który się jednak wcale nie bał, lecz się miło do nich uśmiechał. Nikt oprócz matki nigdy się do nich nie uśmiechnął, bo wszyscy patrzyli na nich z niechęcią, więc kiedy teraz ujrzeli uśmiech na dobrej twarzy staruszka, zaraz pomyśleli, że to jakiś podstęp, i trącili się łokciami porozumiewawczo.
    Nauczyciel rzekł łagodnie:
    - Chcę was, kochane chłopaki, nauczyć wielu dobrych i pożytecznych rzeczy. Chciałbym jednak wiedzieć, jak się który z was nazywa. Który z was jest Jacek, a który Placek?
    Wtedy Jacek od razu pomyślał:
    Jeżeli ja mu powiem, że jestem Jacek, wtedy on pomyśli, że ja skłaniałem, jak zawsze, i że ja jestem Placek. Więc ja mu powiem prawdę, że jestem Jacek, a Placek mu powie, że jest Placek, a on pomyśli wszystko na odwrót, a jutro znowu powiemy inaczej.
    Potem powiedział głośno:
    - Ja jestem Jacek, a ten drugi to jest Placek! Nauczyciel spojrzał mu w oczy, bardzo długo patrzył, potem się uśmiechnął i rzekł:
    - Powiedziałeś prawdę. Tak, ty jesteś Jacek.
    - Ja skłamałem! - zawołał Jacek, po raz pierwszy w życiu przyłapany na prawdzie.
    - Wcale nie skłamałeś - odrzekł nauczyciel - chciałeś mnie wywieść w pole i dlatego nie skłamałeś.
    - Skąd pan o tym wie? - zapytał zdumiony chłopiec.
    - Patrzyłem w twoje oczy - odpowiedział uśmiechając się nauczyciel.
    Jacek z rozpaczą zamknął nagle oczy, bardzo zły. Nauczyciel jednak wciąż się uśmiechając pogładził go po głowie, potem ujął rozmierzwiony jego łeb w swoje ręce i długo mu się przyglądał. Potem to samo uczynił z Plackiem.
    - Teraz już wiem wszystko - rzekł.
    Chłopcy bardzo byli niespokojni nie wiedząc, co on takiego wie, ale nie mogli niczego zrozumieć. Od tego dnia chcieli wciąż wprowadzić go w błąd i ile razy wywoływał on z ławy Jacka, wtedy umyślnie podnosił się Placek albo czynili to odwrotnie, nauczyciel jednakże patrzył wtedy długo na ich głowy i mówił:
    - Nie kłam, moje dziecko, bo ty jesteś Jacek. Wszyscy się bardzo zdumiewali nad mądrością nauczyciela, bo jak już to raz mówiłem, nikt nie mógł ich od siebie odróżnić. Oni nadaremnie myśleli całymi dniami, jakim cudem on to czyni, i nie mogli tego zrozumieć w żaden sposób. Tak byli zamyśleni, że nawet nie czynili zwyczajnego wrzasku i na czas niejaki ludzie w mieście odetchnęli. Nauczyciel zaś znalazł bardzo prosty sposób odróżnienia tych dwóch urwipołciów: oto kiedy się pilnie przyglądał ich straszliwie uwłosionym głowom, szybko policzył, że Jacek ma na głowie trzysta tysięcy dziewięćset siedemdziesiąt cztery włosy, a Placek ma o sto sześć włosów mniej, bo mu tych sto sześć włosów Jacek wydarł niedawno ze łba, kiedy się pobili o zdechłego kreta. Był zaś ten nauczyciel tak mądry, że wystarczyło, aby tylko spojrzał i szybko policzył włosy, i od razu wiedział, który jest który. Oni zaś nigdy się nie dowiedzieli, jak się to działo, i bardzo z tego powodu byli przygnębieni. Patrzyli jednak na nauczyciela z podziwem, uważając go za wielkiego czarownika. Gdyby bowiem znali prawdę, wydzieraliby sobie codziennie włosy całymi garściami, aby mu pomylić rachunek.
    Uczyć nie chcieli się jednakże za żadną cenę, wciąż podczas nauki myśląc o tym tylko, co by gdzie można zdobyć do jedzenia. Dziwnym wzrokiem patrzyli ustawicznie na jednego ze szkolnych kolegów, syna organisty. Chłopiec ten był jedynym tłustym stworzeniem w całym miasteczku, toteż Jacek i Placek patrzyli na niego łakomie, bardzo z tego niezadowoleni, że w Zapiecku nie ma zwyczaju zjadania tłustych chłopców. Syn organisty przeczuwał zapewne, o czym to oni myślą, bo chudł z wielkiego strachu. Zamiast niego zjedli natomiast kredę, gąbkę i wypili atrament z wielkiego kałamarza nauczyciela. Chociaż pożarli przedmioty służące do szerzenia mądrości, nie stali się przez to mądrzejsi. Przez cztery lata uczęszczania do szkoły, mimo ciężkich wysiłków mądrego nauczyciela, nauczyli się odmawiać Ojcze nasz, ale w ten sposób, że Jacek umiał od "Ojcze nasz..." do "...jako w niebie, tak i na ziemi", a Placek od: "Chleba naszego..." aż do "...naszym winowajcom", za to jednak, kiedy się modlił o chleb powszedni, to tak krzyczał, jakby tysiąc lat nic w ustach nie miał i jakby się bardzo obawiał, że Pan Bóg go inaczej nie usłyszy.
    Gorzej jeszcze było z rachunkami, gdyż po długich mozołach Jacek nauczył się liczyć do pięciu, i to na palcach lewej ręki, a Placek od pięciu do dziesięciu na palcach prawej. To jednak było dziwne, że mimo tak znikomych wiadomości rachunkowych obaj doskonale doliczyli do czternastu, kiedy cztery drzewa w Zapiecku urodziły czternaście jabłek, pożartych przez nich z pestkami i ogonkami, zanim dojrzały.
    Wiele trudu i męki przez cztery lata zużył cierpliwy nauczyciel, aby ich nauczyć sztuki pisania i czytania. Próbował tego na wszystkie sposoby i tego tylko dokonał, że Jacek nauczył się abecadła od a do l, a Placek od ł aż do końca. Straszne z tego wychodziły rzeczy, bo Jacek umiał napisać całe swoje imię, wszystkie bowiem litery, z których się składa to wesołe imię, znajdują się na początku abecadła, Placek natomiast był mniej szczęśliwy, gdyż ze swego imienia znał tylko pierwszą literę P, reszta zaś znajdowała się po stronie jego brata. Toteż kiedy się chciał podpisać, wtedy jeszcze śmieszniejsze imię Placek, wyobrażone przez jedną tylko literę, wyglądało tak, jakby z placka został rodzynek, a ciasto gdzieś znikło.
    Żadnego nie było sposobu, aby rozszerzyć ich wykształcenie. Nauczyciel załamywał ręce z rozpaczy, która była tym większa, że Jacek pisał prawą ręką, a Placek lewą i na to też rady nie można było znaleźć. Byli oni z tęgo powodu pośmiewiskiem całej szkoły, bo inni chłopcy umieli doskonale wszystkie litery i znali rachunki, a jeden to był tak mądry, że liczył do stu, a potem na odwrót, co było wielką i niezwykłą sztuką. Jacek i Placek nie mieli jednak żadnej ambicji i nie wstydzili się tego, że ich powszechnie uważano za bęcwałów.
    Nie to było jednak wielkim ich nieszczęściem; to było największym, że byli to chłopcy źli i bez serca. Nigdy nikomu nie pomogli, a każdemu dokuczyli, nigdy żadnemu towarzyszowi szkolnemu nie powiedzieli dobrego słowa, lecz z każdym szukali zwady i powodu do bójki. Nie wiedzieli o tym, że nie ma w szkole większej hańby nad tę, jeśli się jest złym i nieuczynnym kolegą.
    Nadszedł wreszcie nieszczęsny taki dzień, że mądry nauczyciel pomylił się i kiedy zamiast zawołanego Jacka stanął przed tablicą Placek, nie poznał się na tym, co się po raz pierwszy zdarzyło i co te urwipołcie od razu spostrzegły. Przez długi bowiem czas odrosły Plackowi włosy i nauczyciel już nie mógł użyć swojego sposobu, aby ich nieomylnie rozpoznać. Od tej chwili powstało wielkie zamieszanie i nauczyciel bardzo posmutniał, widząc, że chłopcy wciąż go oszukują. I choć mu ich było bardzo żal, odprowadził ich do domu i powiedział, aby już nigdy nie powracali do szkoły.
    Radość ich była ogromna. Większa jeszcze była radość tłustego syna organisty, który odetchnął i zaczął znowu bardzo szybko nabierać ciała.
   

poprzedni Spis treści następny