Kornel Makuszyński




ROZDZIAŁ DRUGI

w którym Jacek i Placek napełniają struchlały świat krzykiem i trwogą.

    Radość z powodu powiększenia rodziny poczciwego i starego rodu trwała jednakże krótko; spadła na miasteczko jak ulewny deszcz i równie szybko wyschła. Zawsze się cieszono w Zapiecku, ile razy na świat przyszedł nowy obywatel, gdyż Zapiecek zwiększał się i zyskiwał na potędze; dotąd jednak rodziły się tam dzieci grzeczne i ciche, o których nic nie było wiadomo aż do czasu, kiedy podrosły i zaczęły brać krzykliwy udział w życiu miasteczka. Teraz jednak stało się coś nadzwyczajnego: od razu urodzili się dwaj chłopcy i natychmiast po przyjściu na świat rozpoczęli taki wrzask, że całe miasteczko porwało się na nogi; wystraszeni ludzie wybiegali na jedyną ulicę wypytując się nawzajem, czy się gdzie nie pali. Burmistrz w jednym bucie, zatroskany o los miasteczka, w którym zawsze było cicho i spokojnie, nie wiedział, co począć i jaką znaleźć radę, bo krzyk wzmagał się i stawał się przeraźliwy. Młodym obywatelom nie podobało się widać w Zapiecku, więc darli się wniebogłosy bez rozumnej przyczyny. Nikt w całym miasteczku nie mógł zmrużyć oka. Uradzono więc naprędce, aby burmistrz, który u wszystkich zażywał wielkiej powagi, poszedł do domu szczęśliwych rodziców i - prośbą czy groźbą - zmusił nowo urodzonych mieszkańców do ciszy i spokoju. Rada jednakże była na nic, gdyż młodzi obywatele nie umieli jeszcze mówić ani nie rozumieli ludzkiej mowy. Mógł więc dostojny burmistrz narazić jedynie swoją godność, gdyby go nie usłuchali.
    Tymczasem stały się rzeczy tak dziwne, że cały Zapiecek osłupiał, jak daleko bowiem sięga pamięć ludzka, nie wydarzyło się tam nic podobnego. Oto pies Łapserdak, najłagodniejszy z psów, który spał sobie smacznie i od tygodnia nie otwierał oczu, wiedząc, że nic ciekawego nie zobaczy, pies, który od wielu, wielu lat nie wydawał z siebie głosu, przebudził się nagle, słuchał przez chwilę przeraźliwego wrzasku nowych mieszkańców, po czym nagle najeżył się i zaczął wyć tak głucho i takim głosem pełnym płaczu, że ludziom włosy stawały na głowach.
    Na cały Zapiecek padł lęk i przerażenie. Niejedno już się zdarzyło w Zapiecku za życia Łapserdaka, ludzie rodzili się i umierali, wybuchł pożar, a raz nawet, podczas dżdżystej wiosny, wylał strumień. Były to sprawy wielkiej wagi i mrożące krew w żyłach, Łapserdak jednak, jak gdyby wiedział, że wszystko na świecie przemija, nie przerywał nawet swojego snu i trwał w spokojnej i mądrej zadumie. Teraz jednak, jak gdyby stało się największe z nieszczęść, zawył i mimo mądrych perswazji przelękłych ludzi nie chciał się uciszyć. Psy są to stworzenia rozumne i nigdy nie robią niczego bez należytego powodu. Łapserdak zaś był niemal filozofem, bo wiele długich lat przemyślał w wielkim milczeniu, nie dziw więc, że przerazili się wszyscy.
    - Nic dobrego z tego nie wyniknie! - rzekł burmistrz ponuro. - Zły to jest znak!
    - Łapserdak wie, co robi - mówili ludzie.
    Nie mieli jeszcze czasu, aby się zastanowić nad niepojętym wzruszeniem mądrego psa, gdy nagle ujrzeli jedynego w Zapiecku barana, który zdradzał wyraźne objawy obłąkania. Wyrwawszy się ze swej stajenki cwałował przez całe miasto jak przerażony koń, przeraźliwym bekiem napełniając powietrze. Rzucili się ludzie, aby chwycić za rogi szaleńca i powstrzymać go w nierozumnym pędzie, baran jednak, choć bardzo stary i pozbawiony sił, roztrącił wszystkich, wywrócił samego burmistrza i pognał przed siebie. Byłby tak biegł do końca świata, z przerażeniem w wyłupiastych oczach, gdyby, nie widząc niczego w oślepłym zapamiętaniu, nie był wpadł na szeroką jedną kobiecinę. Wedle powszechnej mody w Zapiecku miała ona na sobie siedem kiecek, w które się dziki baran tak zaplątał, że legł w bezsile. Wtedy rzuciło się na niego coś czterdziestu chudych mieszkańców i z wielkim związali go wysiłkiem.
    Strasznych rzeczy dokazywał również kogut. Piał, choć to nie była pora na pianie, grzebał nogami ziemię, a nie umiejąc latać, kręcił się w kółko w jakimś opętanym tańcu. Ludzie patrzyli z przerażonym zdumieniem, najgorsze sobie z tego wszystkiego wróżąc rzeczy.
    Ale był to dopiero początek. Narodziny dwóch bliźniaków stały się jakimś przeraźliwym zdarzeniem, gdyż nie tylko ludzie okazywali niepokój, nie tylko poczciwe zwierzęta postradały z niewytłumaczonego strachu wielki swój i sędziwy rozum, ale nawet i natura sama wzięła udział w ogólnym zamieszaniu. Ni stąd, ni zowąd wśród pogodnej nocy zerwał się wiatr i jak przed niedawnym czasem obłąkany baran, tak teraz wiatr, który spał w łożysku wyschniętego strumienia, porwał się z krzykiem ze snu i zaczął uganiać po Zapiecku. W nierozumnym szaleństwie chwycił za włosy cztery biedne drzewa i zaczął je nielitościwie tarmosić, aż zaczęły drżeć ze strachu i płakać rzewnie.
    Wśród liści słychać było wyraźnie płacz i błaganie o litość. Wtedy wiatr, jakby nie wiedział, co czyni, wypuścił je z kosmatych rąk i zawodząc piskliwie, zaczął biegać wśród domów i niecierpliwie odrywał zamknięte okiennice, jakby chcąc zobaczyć, skąd pochodzi ten przeraźliwy krzyk dziecięcy, który go obudził? Zrobił się wrzask i koniec świata: ludzie krzyczeli, pies wył, skrępowany baran beczał, kogut szalał i tańczył, wiatr gwizdał, drzewa płakały, a na dobitek, zwabione tym hałasem, przyleciały gdzieś z krańca widnokręgu chmury i myśląc zapewne, że w Zapiecku wybuchł pożar, puściły deszcz. Ludzie pochowali się po domach i nie mogąc zmrużyć oka, rozważali, co by to wszystko znaczyło? Kiedy się narodzi królowi syn, wtedy strzelają z armat, ale nawet wtedy psy nie wyją i koguty nie tańczą, a barana mało to zdarzenie obchodzi. Nigdy się natomiast nie zdarzyło, aby z tego drobnego powodu, jak narodziny dwóch synów u biednego człowieka, srożyła się natura. Słusznie więc zatrwożyło się całe miasteczko, bo wszystkie te przeraźliwe zdarzenia oznaczały, że narodziny tych dwóch chłopców zapowiadają smutne rzeczy. Dobre kobiety w Zapiecku orzekły, że to będą dwa potwory albo straszliwi z nich wyrosną zbóje. Tymczasem dwaj nasi obywatele, zupełnie nie zwracając uwagi na to, co się zdarzyło z ich powodu, czynili w dalszym ciągu piekielny wrzask.
    Toteż rano, kiedy w pogodny dzień ludzie się stają bardziej odważni, wszyscy mieszkańcy Zapiecka udali się w wielkiej pielgrzymce pod dom poczciwych ludzi, aby się dowiedzieć, co się tam właściwie dzieje? Pies już nie wył, ale czuwał z najeżoną sierścią, baran stał ogłupiały nie tknąwszy jedzenia, co oznaczało u niego najwyższą rozpacz, a kogut po całonocnym tańcu leżał bez siły i łypał oczyma. Gromada ludzi, z burmistrzem na czele, zbliżała się ostrożnie do siedziby noworodków; pod pułapem tego mizernego domku gnieździły się jaskółki, ale okazało się, że tej nocy uciekły nie wiadomo dokąd. Nikt się temu bynajmniej nie dziwił, bo baran jest większy od jaskółki, a także chciał uciec z miasteczka.
    W domku było spokojnie.
    - Pewnie śpią - rzekł szeptem burmistrz. - Zachowujcie się cicho, dobrzy ludzie, aby ich nie zbudzić.
    Wszyscy mieszkańcy stąpali przeto cichutko, a jeden, bardzo odważny, leciutko poskrobał we drzwi, aby wywołać ojca głośnych dzieci. Po chwili zjawił się on na progu, bardzo blady i z zatroskaną twarzą.
    - Co się u was dzieje, panie bracie? - zapytał cicho burmistrz.
    - Źle się dzieje - rzekł ojciec - mam wprawdzie dwóch synów, ale nie wiem, co to z tego będzie. Mają bardzo donośne głosy...
    - Tośmy słyszeli - rzekł burmistrz - ale dlaczego tak krzyczeli?
    - Nikt nie uwierzy dlaczego. Ja sam nie mogłem uwierzyć. Tak są do siebie podobni, że własna matka nie może ich odróżnić, więc jednemu przywiązaliśmy do nogi czerwoną wstążeczkę, a drugiemu białą. Wtedy ten, co dostał białą, rozgniewał się i chciał zerwać bratu czerwoną, bo mu się, widać, bardziej podobała, a tamten nie chciał oddać. Powstał z tego powodu taki krzyk i rwetes, że nie było innej rady, tylko zdjęliśmy im tasiemki, aby nie było awantury. Matka płacze, bo się boi, że w rodzinie będzie niezgoda.
    - Dziwne rzeczy. A teraz śpią?
    - Wcale nie śpią, tylko jeden patrzy nieustannie na drugiego i uważa, czy ten drugi nie dostał czegoś, czego on nie ma.
    - A czy ładne chłopaki?
    - Pożal się Boże! Oczy mają bardzo mądre, ale bardzo przystojni nie są. Jeden i drugi ma na twarzy piegi, że wyglądają jak nakrapiane jaja.
    Jeszcze nie skończył mówić, gdy znowu przeraźliwy krzyk rozległ się w domku.
    Ojciec wbiegł szybko do izdebki, a po chwili wybiegł bardzo zatroskany.
    - Co im się stało? - pytali ludzie dokoła.
    - Biją się! - rzekł ojciec z rozpaczą.
    - Biją się? To niemożliwe!
    - Kto chce, niech zobaczy. Jeden chwycił drugiego za nos, a tamten, choć przecie nie ma jeszcze czym, usiłuje mu odgryźć ucho. O, nieszczęście! Co robić, panie burmistrzu?
    - W imię Ojca i Syna! - zawołał burmistrz - nikt jeszcze nigdy nie pobił się w naszym sławnym i spokojnym mieście. O co im poszło?
    - Nie wiem, ale matka mówi, że jeden się drugiemu wykrzywił, ale nie wiadomo który któremu, bo wszystko robią podobnie i równocześnie. O, o, jak krzyczą!
    Burmistrz zamyślił się głęboko, potem rzekł smutno:
    - A jednak baran miał rację, choć niby głupio wygląda. Marny będzie jego los, kiedy ci dwaj podrosną.
    - Pies też wiedział, czemu smutno wył! - rzekli ludzie.
    - Czy można ich zobaczyć? - zapytał burmistrz.
    - Niech pan burmistrz wejdzie - odpowiedział poczciwy człowiek - ale tylko ostrożnie...
    Burmistrz, który już stawiał nogę w bucie na progu, zatrzymał się.
    - Dlaczego ostrożnie?
    - Czy ja wiem? Na oko są to niemowlęta, ale ponieważ znam ich od wczoraj, więc się boję, czy im przypadkiem nie przyjdzie do głowy, aby obrazić dostojną osobę. Nigdy bym sobie tego nie darował, zacny panie burmistrzu!
    - A cóż oni mogą takiego zrobić?
    - Tego ja nie wiem - odrzekł nieszczęśliwy ojciec - ale to nie są zwyczajne dzieci.
    - Zwyczajne czy niezwyczajne, ale ja jestem burmistrzem i urzędową osobą. Proszę im to powiedzieć.
    - Jakże ja im powiem, kiedy nie rozumieją?
    - Wszystko jedno! Jeżeli potrafią się czubić, to już oni zrozumieją!
    Stało się w istocie coś niesłychanego. Setki ludzi było przy tym i mogą zaświadczyć. Ojciec zwrócił się tam, skąd słychać było nieustanny wrzask, i zawołał głośno:
    - Hej, dzieci, uciszcie się, pan burmistrz idzie!
    W tej chwili, jak na komendę, chłopaki przerwały krzyk i ucichły. Ludzie się zdumieli, pomyślawszy, że ich burmistrz jest tak wspaniałą i dostojną osobą, iż nawet nierozumne, choć złośliwe stworzenia potrafią uszanować jego godność. Wszedł on do izby bardzo chmurny, powitał biedną matkę obu zabijaków, po czym skierował na nich groźny wzrok. Patrzył na nich długo, ujrzawszy dwóch maleńkich urwipołciów z jarzącymi oczyma, straszliwie piegowatych i okropnie brzydkich. Powoli jednak zaczął się mienić na dostojnej twarzy i czerwienić z wielkiego gniewu; dumny w pierwszej chwili, że jego osoba przeraziła tych nieznośnych chłopaków, ujrzał w tej chwili, że był to z ich strony niegodny podstęp. Leżąc na poduszkach przekrzywili śmiesznie głowy, a jeden trącał drugiego, jakby mu chciał zwrócić na coś uwagę. Nagle najwyraźniej zaczęli się śmiać, skierowawszy spojrzenie na nogi burmistrza, z których jedna była we wspaniały odziana but, a druga owinięta w stary worek. Obaj podnieśli w górę nogi na znak wielkiej radości i trzęśli nimi z nadmiernej uciechy.
    Burmistrz, ujrzawszy, że się z niego te straszne dzieci natrząsają, wybiegł czerwony z gniewu i wołał:
    - To są małe diabły, a nie dzieci!
    Kiedy zebranym mieszkańcom Zapiecka opowiedział o wszystkim, ludzie zaczęli załamywać ręce.
    - Boże - mówili - co z tego wyrośnie?
    - A co robi ich matka? - pytały zatrwożone kobiety.
    - Płacze! - rzekł burmistrz smutno - matka zawsze płacze, kiedy ma takie dzieci. Oj, będzie ona miała z nimi ciężki .los!
    Wszyscy zaczęli bardzo wzdychać, pomyślawszy, ile utrapień mają matki, jeśli dzieci są złe i nieznośne. Na całe miasteczko padł z tego powodu wielki smutek, bo wszyscy ludzie byli tu dobrzy i łagodni, a nikt jeszcze dotąd nie śmiał się z tego ogromnego nieszczęścia, które spotkało burmistrza, gdyż nie mógł zdobyć buta na lewą nogę. Litując się przeto nad rodzicami tych dziwnych chłopaków, zwołano wielką radę i uradzono, aby ich ochrzcić jak najprędzej.
    Cały tydzień minął, zanim się to mogło stać. Przez ten czas jednak miasteczko było w ciągłym niepokoju, gdyż wciąż się w nim nieludzki rozlegał wrzask. Wszyscy wiedzieli, że ci dwaj malcy wiedli z sobą srogie walki o byle co i o każdej porze.
    Powyrywali sobie tych niewiele włosów, które każde małe dziecko ma na głowie, bili się o miejsce na poduszce, czasem zaś, kiedy się im krzyk uprzykrzył, zachowywali się wprawdzie cicho, ale patrzyli na siebie spode łba i jeden drugiego pilnował, aby go drugi z nagła nie uderzył w brzuch albo żeby palca nie wraził w oko. Biedna matka wciąż płakała, nie znajdując żadnej rady. Przemawiała do nich słodko, całowała i pieściła, ale wszystko to było na nic. Ojciec czasem krzyknął w gniewie, ale wtedy zaczynali wrzask jeszcze przeraźliwszy, jakby chcieli oznajmić całemu światu, że się im okropna dzieje krzywda.
    Wreszcie zaniesiono ich do kościoła. Ludzie zauważyli, że kiedy ich po raz pierwszy wyniesiono na świat boży, ukrył się gdzieś poczciwy pies, schował się nieszczęśliwy kogut, a barana nikt nie mógł znaleźć. Za to wszyscy mieszkańcy miasteczka wylegli, aby zobaczyć na własne oczy tych straszliwych chłopaków. Byli oni w złych humorach, bo ich związano w powijaki, i to bardzo mocno, tak że nie mogli ruszyć ani ręką, ani nogą, inaczej bowiem nie można było być pewnym, czy nie uciekną od drzwi kościoła. Wprawdzie dzieci w tym wieku nie umieją chodzić, ale to nie były zwyczajne dzieci.
    Za to w samym kościele zaczęła się awantura. Zanim z plebanii przyszedł ksiądz, strasznie dobry i święty człowiek, zastanawiali się rodzice w zakrystii, jakie im nadać imiona. Widać było, że chłopcy przysłuchują się pilnie i wyciągają uszy.
    Ojciec rzekł:
    - Jeden niech będzie Antoni, a drugi Kalasanty. Chłopcy w krzyk.
    - Widać, że się im te śliczne imiona nie podobają - rzekła cicho matka, mocno zatroskana. - Więc może Bonawentura i Pantalemon?
    Okropny wrzask rozległ się w cichej zakrystii.
    - To się im także nie podoba - rzekł ojciec. Wtedy wystąpił burmistrz i rzekł z powagą:
    - Chociaż mnie obrazili, i to bardzo ciężko, przebaczam im jednak, bo jestem w kościele, i dam im dwa śliczne imiona, które w Zapiecku noszą najczcigodniejsi ludzie.
    Chłopcy ucichli na moment i nastawili uszu.
    - Jakież to imiona, panie burmistrzu? - zapytała matka.
    - Gerwazy i Protazy! - rzekł głośno burmistrz.
    - Śliczne imiona! - zawołała uszczęśliwiona matka - ale czy im się podobają? Robaczki moje, czy chcecie się tak nazywać? Boże miły, teraz znowu się śmieją!
    - I znowu ze mnie! - krzyknął burmistrz. - Ha! ja się znowu obrażam! Nazywajcie ich sobie, jak chcecie, a najlepiej będzie: Gałgan i Urwis!
    Wszyscy zaczęli uspokajać czcigodną osobę, a tymczasem piekarz, który miał dziwną zdolność mówienia wierszami, zapytał nieśmiało, czyby tych miłych chłopaczków nie nazwać wesoło, i ponieważ są tak podobni, czyby ich nie nazwać do rymu: Jacek i Placek?
    Wszyscy spojrzeli na chłopaków, a oni porozumiewawczo spojrzeli na siebie, musiały im się podobać te śmieszne imiona, bo nie zaprotestowali swoim zwyczajem straszliwym wrzaskiem.
    Chrzest odbył się nad podziw spokojnie, bo staruszek ksiądz miał głos pełen słodyczy i taką w oczach anielską dobroć, że te urwisy nie śmiały z wielkiego szacunku ani pisnąć. Ochrzcił ich, chociaż nigdy nie było świętego Placka, ale mógł być, jeśli był, święty Jacek.
    Dzień ten jednak nie skończył się szczęśliwie, bo najdziwniejsza awantura wybuchła potem dopiero. Ponieważ nawet w Zapiecku chrzciny obchodzono zawsze uroczyście, więc rodzice, choć biedni ludzie, przygotowali na tę uroczystość winną polewkę. Dymiła ona w wielkiej misie na stole, tuż obok łóżka, na którym leżeli Jacek i Placek, rodzice zaś oczekiwali na progu domku dostojnych gości.
    Kiedy się już wszyscy zjawili, oczekując na wspaniały poczęstunek, matka nagle krzyknęła z rozpaczy. Polewkę ktoś wypił. Nikogo nie było w izbie, a jednak ktoś ją wypił.
    - Ale kto? - zawołali wszyscy.
    Nagle burmistrz uderzył się w czoło i wskazując na Jacka i Placka, smacznie śpiących, krzyknął:
    - To oni!
    Wtedy ludzie cofnęli się z przerażeniem, bo coś podobnego nie zdarzyło się chyba od początku świata.
    A biedna matka takich strasznych synów usiadła w kącie i gorzko zaczęła płakać z rozpaczy i ze wstydu.
   

poprzedni Spis treści następny